"Twarde stłumienie protestów nie było na Białorusi niczym nowym. Jednak Łukaszence nie wszystko poszło według planu. Inaczej niż w latach poprzednich protesty nie koncentrowały się tylko w jego centrum władzy - Mińsku. Znaczne skupienie policji w stolicy miało swoją cenę: na prowincji najwyraźniej dały od sobie znać braki personalne aparatu represji" - czytamy w artykule, którego autorem jest Paweł Łokszyn.

Dodaje on, że w Kobryniu interwencyjne siły policji zachowały się całkowicie biernie, na co demonstranci zareagowali aplauzem. W Pińsku policja miała się wycofać w obliczu znacznej liczby demonstrantów, stawiono jej czoła również w Brześciu czy Grodnie.

"Do zmiany władzy w Mińsku, na co mieli nadzieję białoruscy opozycjoniści i emigranci polityczni, nie doszło. Od godziny trzeciej czasu lokalnego grupy demonstrantów w Mińsku i innych miastach zaczęły się najwyraźniej rozchodzić. Tym niemniej niedziela była dla Łukaszenki ciężkim ciosem. Na wizerunku autorytarnego, ale troskliwego ojca narodu pojawiły się rysy, skoro protestowano nie tylko w Mińsku, ale także w mniejszych miastach 10-milionowego państwa" - wskazuje "Die Welt".

Zdaniem gazety, na Kremlu przyjęto niedzielne wydarzenia z mściwym zadowoleniem. "Trudny partner Łukaszenka, który w ostatnich latach drażnił Rosjan zbliżaniem się do Unii Europejskiej i USA, utrzymał się w polityce wewnętrznej w siodle, w zagranicznej jest natomiast słaby jak nigdy dotąd. W obliczu swej kurczącej się wiarygodności białoruski autokrata może okazać większą gotowość pójścia na kompromisy z Moskwą".

Reklama