Zestawienie dwóch słów w tytule tego tekstu mogłoby uchodzić do niedawna za swoistego rodzaju oksymoron. W latach 80. XX wieku linii kolejowych w Wenezueli (po których mogłyby kursować pociągi) było jak na lekarstwo. Cały ruch koncentrował się na zachód od Caracas na odcinku między portem Puerto Cabello a Barquisimeto z krótkimi odnogami na północ i południe kraju. Żadną z tych linii nie można było dojechać do Caracas. O rozbudowie kolei dużo się mówiło, ale niestety za słowami nie szły czyny. Hugo Chávez chciał zmienić ten stan rzeczy i rozbudowa kolei została wręcz wpisana do przeforsowanej przez niego nowej konstytucji, jako przedsięwzięcie o charakterze priorytetowym.

Ambitne plany budowy kolei

Na początku XXI w. zapowiedziano do końca 2030 r. budowę nowych połączeń kolejowych o łącznej długości 13 600 km. Od samego początku plan wydawał się bardzo ambitny (jeśli w ogóle wykonalny), wierzono jednak w łut szczęścia, pomoc Chin i przede wszystkim siłę petrodolarów. W niemal ćwierć wieku od ogłoszenia pierwotnego planu wybudowano (jeszcze w 2006 r., czyli za rządów samego Cháveza) zaledwie niespełna 45 kilometrów. A obejrzenie wybudowanych i oddanych do użytku stacji wywołuje dość przygnębiające wrażenie – ciemne gmachy z minimalną dawką sztucznego światła ze względu na chroniczne braki w dostawie prądu. Może dobrze, że Hugo Chávez nie widzi, jak jego ambitne plany poprawy infrastruktury transportowej spełzły na niczym. Można też rzec, że plan rozbudowy kolei wenezuelskich jest świetną metaforą ilustrującą fiasko budowy socjalizmu XXI w. Oczywiście mam świadomość tego, że na łamach OF pisałem już, na jakie przeciwieństwa losu natrafiała budowa nowej odmiany socjalizmu w tym kraju. Zawsze będą jednak jakieś okoliczności łagodzące (czy wymówki, jak kto woli), ale efekt ostateczny zostawia naprawdę wiele do życzenia.

Reklama

Gdyby jednak Chávez jakimś cudem widział teraz to, co się dzieje z jego ojczyzną, to na pewno fiasko rozbudowy kolei w Wenezueli byłoby najmniejszym powodem jego zmartwień. Po wręcz niespotykanej w dziejach pokoju zapaści gospodarczej i jednym z najwyższych epizodów inflacji, Wenezuela zaczyna wychodzić na prostą, głównie za sprawą dolara amerykańskiego, a dokładniej procesu dolaryzacji. Co gorsza, o losach krainy, przez którą przepływa Orinoko, coraz bardziej zaczyna decydować – niezbyt lubiany przez niego – Waszyngton.

Spór terytorialny

Ostatnie doniesienia prasowe z Wenezueli koncentrowały się na dyskusji terytorialnej z jej wschodnim sąsiadem, Gujaną. Rzeczywiście doszło do pewnej eskalacji napięć, przy czym konflikt ten z kilku powodów nie mógł wzbudzać dużego zainteresowania samych Wenezuelczyków. Po pierwsze, dla każdego Wenezuelczyka jest jasne, że tzw. Gujana esequiba jest częścią integralną Wenezueli. A że toczy się o nią spór? Nie pierwszy i nie ostatni spór terytorialny z udziałem tego kraju. Po drugie, nawet gdyby tego sporu nie było, to żadnemu Wenezuelczykowi nie przyszłoby na myśl tam jechać, nie mówiąc już o przeprowadzce.

Nie jestem pewien, czy większość Wenezuelczyków potrafiła wymienić z nazwy chociaż jedno miasteczko leżące na tym terenie. Z ponad 6 mln Wenezuelczyków, którzy opuścili ojczyznę na skutek trawiącego ją kryzysu, raczej żadnemu z nich nie przyszło na myśl kierować się na wschód.

Gorzki smak emigracji

Czas szybko leci i wspomniany exodus przeszedł już do historii. Jednak tylko niektórzy Wenezuelczycy decydują się na powrót. Z wielu powodów, w tym tęsknoty za bliskimi, a także ze względu – co dla nich samych jest gorzką pigułką do przełknięcia – na niechęć ze strony Kolumbijczyków, Peruwiańczyków czy zwłaszcza Brazylijczyków do nowych przybyszy z ojczyzny Boliwara. Nacje te tak się im „odpłaciły” za to, że kiedy sami byli w potrzebie, to Wenezuela przyjmowała ich z otwartymi ramionami. Naiwnością ze strony wierzyciela było zawsze oczekiwać jakiejkolwiek wdzięczności ze strony dłużnika. Wenezuelczycy odczuli tę maksymę na własnej skórze.

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego Wenezuelczycy wracają do swojej ojczyzny. Otóż w Wenezueli jakość życia uległa (przynajmniej niektórym) poprawie. Przede wszystkim skończyły się problemy z zaopatrzeniem. Z relacji setek lokalnych (ale nie tylko) blogerów widać, że sklepy i centra handlowe odzyskały swój blask. A przyglądając się dokładniej tym relacjom, odnoszę wrażenie, że wyglądają one dużo lepiej niż u schyłku ery petrodolarowej z początku lat 80. XX wieku Oczywiście należy wyraźnie podkreślić, że te „świątynie konsumpcji” nie są dostępne dla wszystkich. Ale nawet w tych mniej zamożnych częściach Caracas widać wyraźną poprawę. Co jest jej przyczyną?

Wenezuelczycy twierdzą jednomyślnie: to nieformalna dolaryzacja ich gospodarki, która zaczęła bardzo szybko obejmować coraz szersze jej kręgi z chwilą zniesienia restrykcji dewizowych pod koniec 2019 r. Pierwszym przejawem liberalizacji były tzw. bodegones, czyli sklepy, w których można było kupować za dewizy. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że bodegones przeszły już raczej do historii. Obecnie w Wenezueli można nabyć niemal wszystko, trzeba tylko mieć pieniądze. Po odcięciu czternastu zer na przestrzeni niespełna czternastu lat, pieniądz jakby odzyskał swoje podstawowe atrybuty. Mimo postępującej dolaryzacji nie ogłoszono jeszcze śmierci boliwara, który teraz nosi nazwę boliwara cyfrowego (bolivar digital). Od momentu jego wprowadzenia w życie jesienią 2021 r., zdążył on już stracić niemal 90 proc. swojej wartości, ale nadal znajduje się w obiegu. Ponadto, na przestrzeni ostatnich sześciu lat, jest on nad wyraz stabilny i oscyluje wokół poziomu 36 cyfrowych boliwarów za dolara (chociaż na tzw. rynku równoległym do kursu notowanego przez bank centralny trzeba dołożyć jeszcze niespełna 3 boliwary). Co ważniejsze, w drugiej połowie kwietnia i na początku maja okazał się on odporny na wstrząsy polityczne, bo tak można nazwać przywrócenie przez Waszyngton sankcji gospodarczych.

Dane makroekonomiczne

Oczywiście sporym problemem są dane makroekonomiczne. Według rządowych danych po 8-proc. wzroście w 2022 r., PKB w 2023 r. wzrósł o ponad 5 proc. Inaczej to widzą niezależne lokalne ośrodki ekonomiczne. Zdaniem np. „Observatorio Venezolano de Finanzas”, wzrost PKB zarówno w 2021 r., jak i 2022 r. był dużo wyższy od wskaźników oficjalnych i wynosił odpowiednio 14 proc. oraz 12 proc., ale w 2023 r. – już około 1 proc. Z kolei inflacja według tego samego ośrodka badawczego wyniosła w 2023 r. ponad 180 proc. i wykazuje dalszą tendencję spadkową. W lutym 2024 r. miał miejsce nawet spadek cen w ujęciu miesięcznym (rzędu 0,5 proc.), ale inflacja na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy (czyli od marca 2023 r. do marca 2024 r.) wyniosła niespełna 89 proc. Wielu obserwatorów wskazuje jednak na inny rodzaj inflacji, a mianowicie na inflację dolarową – czyli zjawisko podobne do tego, co Polska doświadczyła w 1989 r., kiedy za jednego dolara na początku 1989 r. można było kupić znacznie więcej niż za tego samego dolara pod koniec tego samego roku. Sami Wenezuelczycy wracający najczęściej z USA skarżą się na to, że za 100 dol. można w Wenezueli coraz mniej kupić. Paradoksalnie to za czasów Nicolasa Madura mechanizm optymalnej alokacji zasobów (który już w latach 80. XX wieku mocno szwankował) zaczyna coraz lepiej funkcjonować.

Życie nie rozpieszcza Wenezuelczyków. Średnie wynagrodzenie oscyluje wokół 200 dol. i to raczej w sektorze prywatnym. Sektor państwowy oferuje wynagrodzenia w boliwarach, które nadal znajdują się w obiegu, ale są wypychane przez sektor prywatny w bardzo prosty sposób. Otóż ten sam towar w wielu sklepach (zwłaszcza tych mniejszych) jest tańszy wtedy, kiedy płacimy w walucie USA, niż w przypadku zapłaty w boliwarach. W ten oto sposób inicjatywa prywatna chroni się przez możliwością dalszej dewaluacji waluty lokalnej. Co ciekawe, dolaryzacja obudziła w Wenezuelczykach także ducha przedsiębiorczości. W obliczu bardzo niskich wynagrodzeń oraz faktu bycia spragnionym wielu dóbr konsumpcyjnych (których nie mógł uświadczyć przez kilka ostatnich lat) przeciętnemu Wenezuelczykowi nie zostaje bowiem nic innego, jak imać się równocześnie wielu różnych zajęć.

Problem przestępczości

To, że w niektórych dzielnicach stolicy Wenezueli powiało normalnością, nie może utwierdzać nas już w przekonaniu, że kryzys wenezuelski się zakończył. Wspomniane już niedobory prądu czy wody nadal są tu często problemem. Dwa lata silnego wzrostu gospodarczego to zdecydowanie za mało, aby zniwelować jego skutki. Dla lepszego uświadomienia skali regresu gospodarczego kraju w ostatniej dekadzie należy odwołać się do następującej analizy. Otóż, aby Wenezuela osiągnęła poziom PKB z 2013 r., to PKB powinien wzrosnąć o około 380 proc., co oznaczałoby średni wzrost rzędu 8 proc. przez najbliższe 20 lat. Trudne to będzie do osiągnięcia, bo Wenezuela to nie Chiny. Niemniej, za sprawą opisywanych wyżej procesów, jest jakiś promyk nadziei.

Kolejną ważną nowością jest poprawa bezpieczeństwa. Najlepszym dowodem na to jest pojawienie się ludzi ze smartfonami na ulicach. Nie dlatego, że smartfony dopiero tam dotarły, ale dlatego, że jeszcze 4 lata temu smartfon był ogromną przynętą dla wszelkiej maści rzezimieszków. Na ulicach jest coraz więcej policji. Choć szczerze powiedziawszy, było jej zawsze sporo. Sęk w tym, że przynajmniej w latach 80. XX wieku policja interweniowała tam, gdzie wcale nie musiała tego czynić. A tam, gdzie musiała, to najczęściej jej nie było. Obecnie służby bezpieczeństwa nieco lepiej wywiązują się ze swoich zadań. Niektórzy kierowcy skarżą się wręcz na zbyt częste ich legitymowanie przez te służby. Może jednak dlatego właśnie w wielu lepszych dzielnicach ludzie coraz odważniej wychodzą na ulice nawet późnym wieczorem, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.

Czy spadek przestępczości można jednak tłumaczyć jedynie poprawą jakości lokalnych służb bezpieczeństwa? Niekoniecznie. Otóż wielu przestępców dołączyło do wspomnianego exodusu ludności. Z dość oczywistego powodu, spauperyzowani Wenezuelczycy przestali dla nich być wystarczająco atrakcyjni. Oczywiście tego rodzaju narrację można byłoby traktować ostrożnie, , gdyby nie jeden znamienny fakt. Chodzi o tzw. „El Tren de Aragua”, czyli w tłumaczeniu pociąg z Araguy (jeden z 23 stanów Wenezueli).

„El Tren de Aragua” to nic innego jak nazwa grupy przestępczej, której macki sięgają już niemal wszystkich zakamarków obu Ameryk. Początki grupy sięgają lat 2006–2007, kiedy podejmowano kroki na rzecz rozbudowy wenezuelskich kolei. Grupa pobierała haracz z tytułu dopuszczenia do podjęcia zatrudnienia w tym przedsięwzięciu. Jej przywódcą jest nijaki Héctor Rusthenford Guerrero Flores, znany bardziej pod pseudonimem Niño Guerrero. Urodzony w 1983 r. w Maracay, stolicy stanu Aragua, jest dziś uznawany za jednego z największych przestępców działających na zachodniej półkuli. Zrzesza przede wszystkim Wenezuelczyków, którzy sieją postrach zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej. Tym samym Wenezuela została z nowym, mało chlubnym produktem eksportowym, jakim jest przestępczość. Co ważniejsze, władze w Caracas zachowują się tak, jak gdyby pociągu z Araguy nie było – co już doprowadziło do bardzo ostrego sporu dyplomatycznego na linii Caracas i Santiago de Chile. Niewykluczone, że podobnie jak Chile inne kraje zaczną wywierać podobną presję na administrację rządu Madury.

Spuścizna kolonialna

Problematyka „pociągu z Araguy” każe patrzeć na kryzys wenezuelski z zupełnie innej perspektywy. Jest rzeczą zadziwiającą, że gwałtowna dekadencja Wenezueli nie wywarła większego wrażenia na ościennych krajach. Tak jakby los tego kraju był niemalże całkowicie obojętny pozostałym krajom regionu. Oczywiście kraje te mogą ripostować, że np. kraje Europy mało przejmowały się tym, co się działo w krajach byłej Jugosławii i dopiero inicjatywa administracji Clintona rozwiązała kolejną odsłonę kryzysu bałkańskiego. To prawda, ale Europa wydaje się być dużo bardziej zróżnicowana pod względem etnicznym, kulturowym, nie wspominając już o religii, niż Ameryka Południowa czy nawet Łacińska. Ani wspólna religia, ani wspólny język nie były i nie są w stanie zbudować poczucia wspólnoty, nie mówiąc już o jakiejś solidarności. Oczywiście mamy inicjatywy integracyjne, jak chociażby Mercosur (Mercado Común del Sur – Wspólny Rynek Południa, międzynarodowa organizacja gospodarcza, który zawiesił Wenezuelę jako członka w 2016 r.), ale daleko mu do ducha wspólnoty stworzonego przez Unię Europejską. To wręcz zupełnie dwa inne światy.

Dlaczego tak się dzieje? Z odpowiedzią na tak sformułowane pytanie spieszy nam peruwiańska pisarka Marie Arana, jedna z największych specjalistek problematyki Ameryki Łacińskiej i chyba najbardziej kompleksowej biografii Simona Bolivara. Jej zdaniem, nad Ameryką Łacińską nadal ciąży spuścizna kolonialna. Przez ponad 300 lat swojego panowania korona hiszpańska dołożyła wszelkich starań, aby żadna z ich kolonii się nie połączyła. A handel między nimi był zabroniony pod groźbą kary śmierci. Plany Boliwara zjednoczenia tylko trzech krajów spełzły na niczym. Minęło dopiero 200 lat od momentu, kiedy Ameryka Łacińska uwolniła się od jarzma Madrytu. Okazuje się jednak, że to nadal zbyt mało, aby całkowicie wymazać piętno okresu kolonialnego. Tą spuścizną historyczną właśnie można tłumaczyć swoistego rodzaju obojętność innych krajów regionu na to, co dzieje się w Wenezueli.

Rosną szanse opozycji

Wenezuela zawsze była szczególnym i pionierskim krajem. Jako pierwsza podjęła walkę o niepodległość. Od 1958 r. długo była jedyną sprawnie działającą demokracją w Ameryce Południowej. Czy jej perypetie z pierwszego ćwierćwiecza XXI w. coś zmienią z punktu widzenia historii całego regionu? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. „El Tren de Aragua” może jednak stanowić pewien punkt odniesienia. Nikt przy zdrowych zmysłach w Ameryce Łacińskiej nie pragnie rządu w Caracas, który zamyka oczy na problem grupy przestępczej, wywodzącej się z Wenezueli, obejmującej swym zasięgiem coraz większe połacie zachodniej półkuli. Od prezydenta Madury odwracają się nawet ci, którzy wręcz sympatyzowali z ideą rewolucji boliwariańskiej. Wystarczy wskazać na prezydenta Lulę da Silvę, który na pewno bacznie obserwuje to, co dzieje się na pograniczu wenezuelsko-gujańskim (Brazylia graniczy z oboma państwami).

Oczywiście nie wolno przesadzać i przejaskrawiać efektu „pociągu z Araguy”. Zarówno prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva, jak i prezydent Kolumbii Gustavo Petro odwrócili się od Madury nie za sprawą „pociągu”, ale przede wszystkim za sprawą łamania przez niego podpisanych w październiku 2023 r. postanowień z Barbados – mających torować drogę do dialogu z opozycją. Poprawa sytuacji gospodarczej w Wenezueli jest w dużej mierze pochodną zniesienia sankcji przez Waszyngton. Maduro jednak nie wywiązuje się z podjętych postanowień i dlatego USA ponownie narzuciły zniesione wcześniej sankcje. Przyczynił się do tego też fakt, że Maduro nie pozwolił cieszącej się ogromną popularnością Marii Coriny Machado na start w wyborach prezydenckich. Dlatego Machado wskazała na prof. Corinę Yoris, której kandydatura (rzekomo ze względów formalnych) też została odrzucona. W końcu wybór padł na mało znanego dyplomatę Edmundo Gonzaleza Urrutiiego.

Wenezuelska opozycja wydaje się być bardziej dojrzała i skłonna do unikania błędów z przeszłości (podatność na podziały wewnętrze czy zwłaszcza bojkotowanie wyborów, jak to miało miejsce podczas wyborów parlamentarnych w 2005 r.). Mniej skłonna jest też pokładać całą swoją wiarę w USA, gdyż zrozumiała, że Stany Zjednoczone mają jedynie swoje interesy i nie zawsze muszą one być zbieżne z interesami Wenezueli. Ponadto opozycja chyba zrozumiała także, że chcąc odstawić obecnie sprawującą w Caracas władzę, musi jej zagwarantować swoistego rodzaju immunitet. W przeciwnym razie perspektywa rozliczeń będzie jedynie generować ludzi Maduro do dalszego kurczowego trzymania się władzy. O ile jednak wcześniej to opozycja była podzielona, tak teraz widać coraz bardziej wyraźne podziały w partii rządzącej – co powinno jedynie zwiększać szanse Edmundo Gonzáleza Urrutiego. Sondaże opinii publicznej dają mu ogromną przewagę. Czy uda się to jednak przekuć w sukces?

González Urrutia był ambasadorem w Argentynie, negocjował wejście Wenezueli do Mercosur. Cieszy się całkowitym wsparciem M.C. Machado. Rodzi się nawet pytanie o ewentualny dualizm władzy w przypadku wygranych wyborów. Jaka będzie wówczas rola Machado? Kto komu będzie musiał się podporządkować? Kluczowa będzie też postawa Madury, zarówno w trakcie kampanii, jak i po wyborach. Czy uzna porażkę? Czas pokaże. Niezależnie od ryzyka dualizmu władzy (w przypadku wygranych wyborów), to Edmundo Gonzalez może będzie za sprawą swojego doświadczenia dyplomatycznego w stanie nadać nowy impuls współpracy regionalnej – wychodzącej nawet poza walkę z przestępczością. Dialog polityczny wydaje się nie być jemu obcy. Współpracował z różnymi prezydentami, między innymi z Carlosem Andrésem Pérezem oraz Rafaelem Calderą. Służył też ekipie Cháveza wtedy, kiedy kreślono plany rozbudowy kolei. A samemu Gonzalezowi wywodzącemu się z Araguy będzie na pewno zależeć, aby jego ukochany rodzinny stan nie kojarzył się już z obecnym „pociągiem”, ale bardziej ze swoim unikatowym pięknem (jak chociażby Park Narodowy im. Henri’ego Pittiera). Dlatego warto przyglądać się temu, jak będzie dalej przebiegać kapania wyborcza w Wenezueli. Z całą pewnością kraj ten zasługuje na lepszą przyszłość, w tym i realizację ambitnych planów rozbudowy kolei.

Autor wyraża własne opinie, a nie oficjalne stanowisko NBP.

Autor:Paweł Kowalewski, ekonomista, pracuje w NBP, specjalizuje się w zagadnieniach polityki pieniężnej i rynków walutowych
ikona lupy />
Obserwator Finansowy - otwarta licencja / obserwatorfinansowy.pl