Jak do tej pory odbyły się cztery rundy negocjacyjne - jedna na żywo, a trzy następne z powodu epidemii koronawirusa w formie wideokonferencji - i po każdej z nich negocjatorzy obu stron, David Frost i Michel Barnier zgadzali się w zasadzie co do jednego: postęp jest bardzo ograniczony.

Po ostatniej jak dotychczas, zakończonej w pierwszym tygodniu czerwca, Barnier zarzucił nawet Brytyjczykom, iż wycofują się ze wcześniejszych zobowiązań, zaś Frost mówił, że "jesteśmy blisko dojścia do granicy tego, co możemy osiągnąć".

Do pewnego stopnia postęp w negocjacjach utrudnia ich format, który nie pozwala na żadne kuluarowe, nieformalne rozmowy, ale nie jest to główną przyczyną. Zasadniczym problemem jest bowiem nie forma, lecz treść. Wszystkie potencjalne punkty sporne, jakie wskazywano przed rozpoczęciem negocjacji nadal pozostają punktami spornymi i na podstawie tego, co relacjonują Frost i Barnier, nie widać, by w nich osiągnięty został jakikolwiek znaczący postęp.

Reklama

Pierwszym nierozwiązanym punktem wciąż pozostaje to, co ma zostać wynegocjowane - czy ma to być całościowa umowa, obejmująca wszystkie aspekty relacji, jak chciałaby UE, czy też podstawowa umowa o wolnym handlu uzupełniania odrębnymi, być może późniejszymi porozumieniami w innych kwestiach, jak sugeruje W. Brytania. Uzgodnienie tego, jak będzie wyglądał handel po zakończeniu okresu przejściowego, czyli od 1 stycznia 2021 roku, jest sprawą najpilniejszą, ale obie strony muszą uregulować także szereg innych spraw, jak współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa, wymiana danych, współpraca naukowa itp.

Punktem spornym jest to, co Bruksela nazywa równymi warunkami gry. UE obawia się, że W. Brytania zacznie stosować "dumping regulacyjny" i chcąc zyskać przewagę konkurencyjną będzie obniżać standardy w zakresie praw pracowniczych, ochrony środowiska, praw konsumenckich. Zatem UE chce, żeby w zamian za dostęp do unijnego rynku dostosowywała się do unijnych regulacji, także tych przyszłych. Londyn uważa, że byłoby to zaprzeczeniem idei brexitu, który polega na tym, by się uwolnić od unijnych regulacji, ale zarazem wskazuje cały szereg przykładów, gdzie brytyjskie regulacje są bardziej wyśrubowane niż unijne i gdzie wcale nie zamierza tego zmieniać.

Patowa sytuacja pozostaje w kwestii rybołówstwa. Wielka Brytania chciałaby pełnego dostępu do unijnego rynku dla swoich ryb i produktów rybnych, ale UE domaga się w zamian za to takiego samego dostępu do brytyjskich łowisk, jaki jest obecnie, co z kolei jest nie do zaakceptowania dla brytyjskiego rządu, a jeszcze bardziej dla brytyjskich rybaków, którzy w nadziei na niezależną politykę rybołówczą masowo poparli brexit.

Wreszcie nierozwiązana pozostaje kwestia tego, co jest określane jako zarządzanie przyszłymi umowami, czyli kto będzie rozstrzygał ewentualne spory i jaka ma być w tym rola Trybunału Sprawiedliwości UE. Wielka Brytania nie zgadza się, by rozstrzyganiem sporów zajmował się TSUE, gdyż jak argumentuje, w oczywisty sposób nie będzie on bezstronny.

Gdy pod koniec lutego, a więc tuż przed rozpoczęciem negocjacji, brytyjski rząd opublikował swój mandat negocjacyjny, ostrzegł, że jeśli do tego czasu nie będzie wystarczającego postępu, może w czerwcu zerwać rozmowy, aby skupić się na przygotowaniach do wyjścia z okresu przejściowego bez umowy.

Ponieważ w minionym tygodniu Wielka Brytania i UE uzgodniły zintensyfikowanie w lipcu negocjacji, które pomiędzy tygodniami rozpoczynającymi się 29 czerwca a 27 lipca mają się odbywać co tydzień, scenariusz zerwania negocjacji w czerwcu jest bardzo mało prawdopodobny. Co innego po zakończeniu tego miesiąca intensywnych rozmów, choć trzeba pamiętać, że ewentualne zerwanie negocjacji wcale nie musi ich kończyć, bo może być też taktyką negocjacyjną.

Z drugiej strony równie mało prawdopodobne jest zwrócenie się przez Wielką Brytanię z prośbą o przedłużenie okresu przejściowego, zresztą w minionym tygodniu oficjalnie zakomunikowała, że tego nie zrobi. Zgodnie z istniejącymi ustaleniami Londyn ma na to czas do końca czerwca. Ale nawet pomijając problemy polityczne i prawne jakie by się z tym wiązały (Izba Gmin przyjęła ustawę wykluczającą taką możliwość), taka prośba w przededniu lipcowego maratonu negocjacyjnego osłabiałaby brytyjską pozycję w rozmowach.

Mimo że obie strony zasadniczo chcą porozumienia, oczekiwania wobec poniedziałkowej rozmowy Johnsona z szefami unijnych instytucji są raczej umiarkowane. Tym, czego można się spodziewać, jest raczej szczegółowy harmonogram lipcowych negocjacji i ogólne zapewnienie, że osiągnięcie kompromisu pozostaje celem obu stron.

W. Brytania uważa, że porozumienie powinno być osiągnięte przed jesienią, żeby biznes zdążył się przygotować do nowej sytuacji. UE mówi, że granicą umożliwiającą ratyfikację umowy przed końcem roku jest 31 października. Patrząc na dotychczasową dynamikę negocjacji, także tych w sprawie obowiązującej już umowy o warunkach wyjścia, bardziej prawdopodobne jest, że jeśli kompromis zostanie osiągnięty, to raczej po obu tych terminach.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

>>> Czytaj też: Niemieckie motoimperium chyli się ku upadkowi? [OPINIA]