Kreml powoli blokuje Telegram. Nadzór i cenzura ważniejsze niż armia

Założony w 2013 r. Telegram jest drugą najpopularniejszą aplikacją komunikacyjną w Rosji, po WhatsAppie należącym do Meta. We wtorek Roskomnadzor, urząd nadzorujący rynek telekomunikacyjny, poinformował, że dostęp do komunikatora będzie stopniowo ograniczany.

"Rosyjskie prawo nadal nie jest egzekwowane (…) nie podejmuje się żadnych rzeczywistych działań w celu zwalczania oszustw oraz wykorzystywania komunikatora do celów przestępczych i terrorystycznych" – czytamy w komunikacie urzędu.

"Z tego powodu (…) Roskomnadzor będzie nadal wprowadzał stopniowe ograniczenia (dotyczące Telegrama – red.), aby zapewnić przestrzeganie rosyjskiego prawa i ochronę obywateli" – dodano.

Paweł Durow – współzałożyciel Telegrama, Rosjanin posiadający również obywatelstwo francuskie – napisał, że władze próbują zmusić obywateli do korzystania z rządowej aplikacji Max, stworzonej w celu sprawowania nadzoru i politycznej cenzury.

Eksperci wątpią, by Kreml wycofał się z tej decyzji, mimo że dla wielu rosyjskich oddziałów frontowych i formacji obrony przeciwlotniczej w kraju Telegram jest często jedynym narzędziem umożliwiającym sprawną komunikację. Władze wolą sprawować pełną kontrolę nad społeczeństwem niż ułatwiać funkcjonowanie własnym wojskowym.

Ta postawa wywołuje wściekłość rosyjskich prowojennych Z-blogerów. Zresztą nie tylko ich.

Do więzienia za ostrzeżenia na Maksie? "Surrealistyczne zagrożenie"

Już we wtorkowy wieczór na kanałach w Telegramie pojawiły się nagrania wideo, w których rosyjscy żołnierze prosili "towarzyszy z Roskomnadzoru", by "nie spowalniali i nie blokowali" komunikatora.

– Walczymy z wrogimi dronami, żeby nie dotarły do naszej ukochanej ojczyzny – Rosji. A Telegram to nasz jedyny kanał łączności, nie odbierajcie nam go – mówił jeden z nich.

Wtóruje mu kanał "Dwaj Majorzy" (1,2 mln obserwujących). "Telegram wciąż jest w dużej mierze niemal jedynym sposobem komunikacji w jednostkach walczących i umożliwia koordynację mobilnych grup przeciwlotniczych. Dlaczego do tej pory nie istnieje jednolity system monitorowania przestrzeni powietrznej?" – czytamy we wpisie.

Z kolei kanał "Białoruski Siłowik" (440 tys. obserwujących) zwraca uwagę na inne zagrożenie – z naszego punktu widzenia kuriozalne, ale w rosyjskich realiach całkiem realne: „W tej chwili wszystko jest spięte przez Telegram i, niestety, jak zauważają koledzy, w Maksie raczej nie będzie to działać z obiektywnych powodów – ze względu na ryzyko ukarania za przekazywanie informacji o zagrożeniach, jakkolwiek surrealistycznie by to brzmiało”.

Pieskow oderwany od realiów. To podstawa komunikacji na froncie

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow mówił propagandowemu dziennikowi "Wiedomosti", że "nie wyobraża sobie, by łączność na froncie zapewniał Telegram lub inne komunikatory". Blogerzy wojenni natychmiast zaczęli go krytykować.

"A jak, zdaniem szanownego rzecznika, wygląda łączność na froncie? Wszystko opiera się na czatach telegramowych: wymiana informacji, współrzędnych, transmisje (często prowadzone na dziś już zablokowanym Discordzie) itd. Skala oderwania od rzeczywistości po prostu poraża" – komentuje kanał Grupy Rozpoznania Sabotażowo-Szturmowego „Rusicz”, jednostki rosyjskich neonazistów.

Co ciekawe, nad blokowaniem Telegrama ubolewają nie tylko wojskowi, lecz także gubernator często ostrzeliwanego przez Ukrainę obwodu biełgorodzkiego Wiaczesław Gładkow. Martwił się, że nie będzie miał gdzie publikować ostrzeżeń o atakach dronów, które dotąd przekazywał na swoim kanale telegramowym.

"Obawiam się, że spowolnienie działania kanału może wpłynąć na przekazywanie wam pilnych informacji, jeśli sytuacja się pogorszy, a my jesteśmy regionem przyfrontowym. (…) Oczywiście trzeba rejestrować się w komunikatorze Max" – napisał.

"Nie ma gotowych alternatyw dla Telegrama"

Z-blogerzy nie mają wątpliwości, że wojskowi nie przeniosą się z Telegrama na Maxa. Uważają, że gdy tylko zaczną przekazywać np. współrzędne nadlatujących ukraińskich dronów za pośrednictwem rządowego komunikatora, natychmiast zainteresują się nimi własne służby kontrwywiadowcze.

Wskazują, że utrata Telegrama – po wcześniejszym odcięciu od Starlinków na początku lutego – pozbawi rosyjską armię kolejnego kluczowego kanału łączności.

"Chyba wszyscy rozumieją, co się stanie, jeśli Telegram zostanie zamknięty? Tysiące żołnierzy zostaną bez łączności, co w warunkach trwającej ofensywy może mieć fatalne skutki. A jeśli jeszcze uwzględnić, że Starlinków też nie ma, a na niektórych kierunkach komunikacja wciąż nie została zorganizowana. Jednostki przeciwlotnicze, które muszą współdziałać podczas nalotów dronów, napotkają poważne problemy – i w gruncie rzeczy jedynym beneficjentem będzie przeciwnik, bo działającej alternatywy dla Telegrama, niestety, nie mamy" – pisze kanał "Archanioł Specnazu" (1,1 mln obserwujących).