PAP.PL: Jakie intencje ma Rosja, która według najnowszych danych przekazanych przez ukraińskie władze obecnie przy granicach z Ukrainą, na anektowanym Krymie i w samozwańczych republikach w Donbasie zgromadziła 94 tysiące wojskowych? Czy rzeczywiście możemy spodziewać się inwazji i jak twierdzi "Bild" zajęcia 2/3 terytorium Ukrainy w trzech etapach?

Wojciech Konończuk: - Tak duża i postępująca koncentracja wojsk wywołuje bardzo mocne zaniepokojenie na Zachodzie, bo nie do końca wiadomo, co oznacza. Deklaracje szefa NATO Jensa Stoltenberga, jakie padły podczas ostatniego spotkania NATO na poziomie ministerialnym w Rydze, wskazują, że z dokumentów wywiadowczych wynika, że scenariusz wojenny jest brany pod uwagę. Kluczowe jest pytanie, czy Rosja grozi wojną i zamierza do niej doprowadzić, czy jedynie blefuje, bo uważa, że poprzez taką operację psychologiczną sprawi, że elity zachodnie pójdą na ustępstwa wobec jej żądań. A te są w ostatnich kilku tygodniach w coraz bardziej otwarty sposób artykułowane...

Reklama

PAP.PL: Chodzi m.in. o gwarancje, że Sojusz nie zostanie rozszerzony na wschód.

W.K.: - To tylko jeden z elementów, które są w pakiecie rosyjskich oczekiwań wobec Zachodu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że rozszerzenie NATO o Ukrainę jest w tym momencie nierealne, ale chodzi o zrewidowanie współpracy w sferze bezpieczeństwa i wojskowej z Ukrainą, zmianę pewnego paradygmatu, jaki od wielu lat funkcjonuje na Zachodzie, czym jest Ukraina i jaką politykę wobec niej prowadzić. Dotyczy to także wymuszenia na Kijowie implementacji porozumień mińskich z lutego 2015 roku, które są dla ukraińskich władz w sposób jednoznaczny niekorzystne, za to są na rękę Moskwie. Rosja robi to, co robi, bo uważa, że Zachód będzie w stanie zmusić Ukrainę do tego, by te porozumienia wykonała.

PAP.PL: Co oznaczałoby to dla Kijowa?

W.K.: - Doprowadziłoby to do zasadniczej zmiany sytuacji na Ukrainie, wpisania separatystycznego Donbasu kontrolowanego przez Rosję w państwo ukraińskie, co zapewniłoby Rosji narzędzie długoterminowego wpływu na Kijów. Rosjanie idą dalej, mówią też, że Zachód nie powinien zwiększać obecności wojskowej na wschodniej flance NATO, tu pojawia się także polskie Redzikowo.

Rosyjski plan maksimum sprowadza się więc do kompleksowego zrewidowania w stronę korzystną dla siebie status quo w Europie Wschodniej, ale zakłada także wymuszenie pewnego samoograniczenia się NATO, jeśli chodzi o członków Sojuszu: Polski, państw bałtyckich, Rumunii. Rosjanie grają o bardzo wysoką stawkę.

PAP.PL: Wykorzystują sprzyjające warunki geopolityczne?

W.K: - Mamy nową administrację w Waszyngtonie, dla której priorytetem są kwestie chińskie. Od dłuższego czasu trwają strategiczne rozmowy rosyjsko-amerykańskie, które – w percepcji Waszyngtonu - pewne sprawy sporne mają uregulować. Dlatego to, co dzieje się przy granicy z Ukrainą należy postrzegać także w tym kontekście. Poza tym zakończył się proces formowania nowej koalicji w Niemczech, do tego zbliżające się wybory prezydenckie we Francji... Zachód nie chce konfrontacji z Rosją. Nic dziwnego, że kremlowscy stratedzy uznali, że istnieją sprzyjające okoliczności do tego, by spróbować pewne rzeczy wymusić.

Na razie polityka Moskwy sprowadza się do pewnych demonstracji militarnych, wydaje mi się jednak, że opcję mniejszej czy większej eskalacji konfliktu między Rosją a Ukrainą należy brać pod uwagę. Ale nie w formie tego, czym grożą Rosjanie, czyli całościowej inwazji na państwo ukraińskie, chociaż Rosjanie oczywiście mają takie możliwości militarne. Byłby to jednak scenariusz zupełnie zwariowany, który oznaczałby, że Moskwa zupełnie postradała zmysły.

PAP.PL: Byłoby to też nieopłacalne. Co więc jest bardziej realne?

W.K.: - Najbardziej prawdopodobna jest eskalacja na linii kontaktowej między Donbasem a resztą Ukrainy. Pytanie, na jaką skalę miałoby to miejsce i kiedy.

PAP.PL: Jak w obliczu możliwej konfrontacji wygląda potencjał armii ukraińskiej?

W.K.: - To nie jest ta sama armia, która przegrała konflikt z Rosją w latach 2014-2015 i straciła Krym praktycznie bez walki. To armia, która w ostatnich siedmiu latach przeszła znaczną transformację, rozbudowała swój potencjał, jest znacznie lepiej uzbrojona, morale także jest wyższe. Do tego dochodzi bardzo rozwinięte poczucie patriotyzmu na Ukrainie, od Majdanu doszło do znaczącej ekspansji tożsamości ukraińskiej na regiony, gdzie do tej pory była słaba, czyli na południe i wschód kraju. To najlepsza armia, jaką kiedykolwiek miała Ukraina. Państwo ukraińskie jest dziś w innym miejscu niż w 2014 roku, kiedy konflikt się zaczynał, co nie zmienia faktu, że siły ukraińskie są nieporównywalnie słabsze niż siły rosyjskie.

PAP.PL: Były dowódca sił USA w Europie gen. Ben Hodges w niedawnym wywiadzie postawił tezę, że warto byłoby pomyśleć o tym, żeby Sojusz wreszcie przejął inicjatywę. Przestał tylko reagować na to, co robi Rosja. Zaproponował, by na przykład wywrzeć presję przy pomocy faktu, że członek NATO, Turcja, kontroluje strategicznie ważne dla Rosjan cieśniny czarnomorskie czy wywrzeć presję na rosyjskie bazy w Syrii, albo w innych miejscach. Jego zdaniem należy też zdecydowanie kontynuować wysyłanie okrętów na Morze Czarne i przeprowadzanie demonstracji w pobliżu Krymu. Czy to mogłoby skutecznie ochłodzić rosyjskie zapędy?

W.K.: - O ile Rosja próbuje Zachód zastraszyć, o tyle Zachód powinien Rosję odstraszyć przez różnego rodzaju komunikaty wysyłane publicznie i niepublicznie. Ma to służyć temu, by pokazać Rosji w sposób bardzo jasny, jakie byłyby koszty polityczne, ekonomiczne i inne ewentualnej nowej fazy rosyjskich działań zbrojnych wobec Ukrainy. Już mamy z tym do czynienia, gdyż do Rosji płyną sygnały, że jeśli „czerwone linie” zostaną przez Moskwę przekroczone, cena za to będzie wysoka.

Na pewno NATO nie wyśle żadnych sił dla wsparcia Ukrainy, która nie jest członkiem Sojuszu i gwarancje bezpieczeństwa jej nie obejmują. Zachód może natomiast aktywniej wzmacniać potencjał wojskowy państwa ukraińskiego poprzez dostawy sprzętu, ćwiczenia itd.

PAP.PL: Na ile kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej wiąże się z sytuacją na granicy ukraińskiej? Pojawiają się tezy, że szturm na polską granicę miałby być całkowicie sfabrykowany przez Rosjan jako zasłona dymna dla koncentracji wojsk, bądź odwrotnie - sytuacja na Ukrainie miałaby odwracać uwagę od wkroczenia na terytorium Białorusi rosyjskiego wojska, ubranego w szaty sił pokojowych czy stabilizacyjnych i zmiany władzy w Mińsku?

W.K.: - Wszystko to wpisuje się w serię napięć między Rosją a Zachodem, mamy potencjalną eskalację sytuację na pograniczu ukraińsko-rosyjskim, rekordowe ceny na rynku gazowym, za co Rosjanie w dużym stopniu odpowiadają, z drugiej strony widzimy bezpośrednie wsparcie Rosji na poziomie informacyjnym, politycznym, wojskowym dla (Alaksandra) Łukaszenki. To, że kilka tygodni temu odbyły się nieplanowane ćwiczenia rosyjsko-białoruskie w obwodzie grodzieńskim, zaś rosyjskie bombowce strategiczne latały wzdłuż granic Polski i państw bałtyckich, jednoznacznie pokazuje, kogo wspiera Moskwa w całym tym sporze. Rosjanie oczywiście twierdzą, że nie są stroną, co najwyżej mogą być mediatorem, ale w istocie w wielu różnych sferach reżim Łukaszenki wspierają. Napięcia między Białorusią a granicznymi państwami unijnymi są Rosji na rękę.

PAP.PL: Czy dopuszcza pan ewentualność obalenia Łukaszenki przez Moskwę?

W.K.: - Wydaje się to mało prawdopodobne w najbliższej przyszłości. Z punktu widzenia Kremla Łukaszenka zrobił to, co powinien był zrobić: protesty wygasły, mamy do czynienia z bezprecedensową skalą represji wymierzonych w społeczeństwo obywatelskie, a zarazem Łukaszenka w bardzo wielu wymiarach demonstruje służalczą lojalność wobec Kremla. Jeśli chodzi o deklaracje w kwestii Ukrainy, jego narracja nigdy nie była tak zbliżona do tego, co mówi Kreml. Sugerował nawet, że terytorium Białorusi może być wykorzystane w przypadku konfliktu przez rosyjskie siły zbrojne. Łukaszenka zyskuje na napięciach między Rosją a Ukrainą, a także Rosją i Zachodem.

PAP.PL: Jak traktować jego ostatnie wypowiedzi dotyczące Polski, w tym tę o tym, że wybory prezydenckie zostały sfałszowane?

W.K.: - Nie należy ich brać poważnie, to nie jest pierwszy raz, gdy próbuje dyskredytować Polskę i zachodnie demokracje, te wątki regularnie powracają w jego narracji. Łukaszenka opowiada nonsensy i widać, jaką przeszedł ewolucję w ostatnich kilkunastu miesiącach od sfałszowanych wyborów i protestów, które wówczas nastąpiły, jak mocno się zradykalizował. Zasadne jest pytanie, na ile jest on mentalnie stabilny.

PAP.PL: A na ile prawdziwe są twierdzenia, że na skutek porozumień podpisanych między Łukaszenką a Putinem, dojdzie do wchłonięcia tego państwa przez Rosję?

W.K.: - Proces integracji białorusko-rosyjskiej nie jest zakończony. Aneksja Białorusi wiązałaby się jednak z daleko idącymi kosztami dla Rosji, więc chodzi raczej o stworzenie jeszcze mocniejszych, instytucjonalno-prawnych powiązań rosyjsko-białoruskich, które by tę i tak ograniczoną, szczególnie w sferze wojskowej białoruską suwerenność zmniejszyły. I to jest dziś celem Kremla. 28 programów związkowych podpisanych 4 listopada tego roku nie jest zwieńczeniem integracji, ale otwarciem kolejnego pola do negocjacji, gdyż by je zrealizować należy wynegocjować jeszcze kilkaset dokumentów, co będzie procesem długotrwałym i z całą pewnością Łukaszenka będzie się opierał. On zdaje sobie sprawę, że lojalność, którą teraz demonstruje wobec Rosji może go uratować, gra na czas. Jest taktykiem, nie ma planów na wiele lat do przodu. Jego kluczowym celem jest przedłużenie swoich rządów, a zarazem nie chce dać się Rosji zjeść.

Rozmawiała: Joanna Stanisławska