Niedawno prezydent Zełeński informował o zaplanowanym na początek grudnia zamachu stanu. Czy zagrożenie jest realne, czy może raczej historia została stworzona na potrzeby rozgrywek politycznych?

DM: Zamach stanu to historia stworzona przez otoczenie Wołodymyra Zelenskiego, niemająca raczej nic wspólnego z faktami. To efekt zaostrzenia się konfliktu pomiędzy prezydentem a oligarchami, w tym najsilniejszym z nich, Rinatem Achmetowem, który do niedawna miał swoje wpływy w otoczeniu prezydenta, jednak ich relacje ostatnio się popsuły. Ponadto, Zelensky ma bardzo słabe notowania, a jego poparcia spada, zatem można założyć, że chciał w ten sposób wpłynąć mobilizująco na swój elektorat – to się raczej nie udało.

Reklama

Jakie są obecnie największe zagrożenia ekonomiczne dla naszego wschodniego sąsiada?

DM: Problemem dla Ukrainy jest kwestia przesyłu gazu – na własne potrzeby raczej starcza (wydobycie własne i rewers z zachodu – Ukraina nie kupuje gazu bezpośrednio od Rosji). Natomiast ewentualne uruchomienie NS2 to utrata korzyści z tranzytu zarówno ekonomicznych (opłaty) jak i strategicznych (status kraju tranzytowego). Problemem jest także zaopatrzenie elektrociepłowni w węgiel (znów brak importu z Rosji) co potencjalnie grozi przerwami w dostawach prądu i ogrzewania. Covid – tak, to też dość poważny problem, Ukraina jest na 2. miejscu po Rosji jeśli chodzi o śmiertelność, jak na razie jest zbyt mało osób zaszczepionych (jakieś 7-8 milionów w pełni zaszczepionych).

A co z certyfikacją Nord Stream 2? Czy Ukraina ma realny wpływ na rozwój tej sytuacji?

DM: Teoretycznie tak, Kijów jako państwo tranzytowe może naciskać na Niemcy i UE dyplomatycznie – ale na tym realne instrumenty oddziaływania się kończą. Prawdopodobnie wcześniej czy później NS2 i tak ruszy, Kijów żąda gwarancji dla siebie w związku z tym – będą to jednak gwarancje polityczne, a jak będzie ich skuteczność – to już sprawa mocno dyskusyjna.

W 2014 roku doszło od aneksji Krymu i zajęcia przez separatystyczne siły Donbasu i Ługańska. Na ile zmieniła się sytuacja polityczna i militarna na Ukrainie od tego czasu?

DM: Faktycznie od 2015 roku, tj. od ostatnich poważnych walk pod Debalcewem, które zakończyły się wycofaniem wojsk ukraińskich z tego miasta i podpisaniem porozumienia Mińsk-2, sytuacja na Donbasie jest stabilna – jest linia frontu, wzdłuż której regularnie dochodzi do wymiany ognia, są straty po obu stronach, ale można uznać, że jest to de facto zamrożony konflikt. Politycznie jest on oczywiście obciążeniem dla Kijowa, jako że wymaga dużych środków finansowych, co „drenuje” budżet państwa, równocześnie powoduje straty (ranni, zabici, przede wszystkim żołnierze ale i cywile), a także faktycznie uniemożliwia jakąkolwiek perspektywiczną integrację Ukrainy z UE czy NATO.

Zmiany w armii – te są zasadnicze. W porównaniu z 2014 roku ukraińska armia prezentuje wysoki poziom gotowości do działań. Zmieniło się praktycznie całe wyposażenie, głównie dzięki wysiłkom własnego przemysłu, w mniejszym stopniu dzięki dostawom z krajów zachodnich. Poziom motywacji żołnierzy można uznać za wysoki, na pewno wyższy niż na początku wojny na Donbasie.

Jaki jest stosunek Ukraińców do wojny z Rosją? Czy mieszkańcy zaanektowanych regionów tratują Rosjan jak najeźdźców, czy raczej wybawicieli? Co o tym sądzą w zachodnich obwodach kraju?

DM: 58 proc. Ukraińców chciałoby wstąpienia do NATO, głównie ze względu na zagrożenie ze strony Rosji – to dość dobrze podsumowuje nastroje społeczne. Oczywiście odsetek osób niechętnych Rosji jest większy na zachodzie i w centrum kraju, więcej przychylnych współpracy z Rosją jest na południu i wschodzie – ale nawet tam nie można mówić o sytuacji, w której większość chciałaby jakiejś formy integracji z Federacją Rosyjską.

Jakie są cele polityczne i ekonomiczne potencjalnego ataku na Ukrainę. Czy można to zagrożenie traktować jako rosyjski „argument” w międzynarodowej grze politycznej?

DM: Celem politycznym ewentualnego konfliktu byłaby zapewne próba zaprowadzenia maksymalnego chaosu na ukraińskiej scenie politycznej, ekonomicznym – wyniszczenie terenów, na których toczyłyby się walki. Rosja ma świadomość, że nastroje prorosyjskie są zbyt słabe, by mieć możliwość trwałego przyłączenia wschodu i południa Ukrainy, tak jak to planowano w 2014 roku w ramach projektu „Noworosji”. Groźba wojny oczywiście jest takim argumentem i najprawdopodobniej głównie po to jest realizowana koncentracja wojsk.

Jaka jest szansa, że Łukaszenka zrealizuje swoje deklaracje i dołączy do ewentualnej rosyjskiej inwazji na Ukrainę? Czy Ukraińcy poradzą sobie z najazdem 115 tys. żołnierzy, których jeszcze niedawno opisywali eksperci?

DM: Teoretycznie udział strony białoruskiej w takiej operacji jest możliwy, choć faktycznie Białoruś cały czas jest kierunkiem pomocniczym takich działań. Alaksandr Łukaszenka ma jeszcze pewne, niewielkie pole manewru i będzie do końca bronił choćby resztki swojej suwerenności, dlatego zarówno udział Białorusi jako kraju z terytorium którego byłyby prowadzone działania przeciwko Ukrainie czy -tym bardziej - jej sił zbrojnych jest mocno dyskusyjny. Choć oczywiście Rosja ma taką możliwość i jeśli uzna że jest to w jej interesie, po prostu z niej skorzysta, bez oglądania się na Mińsk.

Jak duże jest zagrożenie przerzuceniem migrantów z granicy polsko-białoruskiej na granicę z Ukraina? Jaki to może mieć wpływ na bezpieczeństwo na Ukrainie?

DM: Bardzo duże, czy raczej należałoby stwierdzić, że to już się dzieje – jak na razie na małą skalę, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni ukraińskie służby graniczne zatrzymywały już obywateli krajów Bliskiego Wschodu, którzy dotarli na Ukrainę z Białorusi i chcieli się dostać do UE, tj. do Polski lub na Słowację. Jest to problem o tyle, że wymaga rozproszenia sił – do ochrony granicy skierowano już 8,5 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej i policjantów, a granica ma ok. 1000 km – i trudno może być ją upilnować przy masowym przekraczaniu. Kolejnej fali migrantów należy spodziewać się wiosną.

Na jaką pomoc ze strony UE, czy USA liczy Ukraina? A jaka Pańskim zdaniem realnie będzie jej udzielona?

DM: Ukraina otrzymała już dostawy broni – głównie pociski przeciwpancerne typu Javelin, sprzęt rozpoznawczy (drony i radary), wyposażenie indywidualne żołnierzy typu noktowizory i tak dalej. Obecnie mowa jest o dostawach pocisków przeciwlotniczych Stinger oraz śmigłowców Mi-17 przez USA (Amerykanie mają je po wycofaniu się z Afganistanu). Ukraińskie służby wywiadowcze otrzymują też wsparcie w postaci danych z rozpoznania. Poza tym jest realizowanych szereg projektów szkoleniowych, m.in. w ramach grupy szkoleniowej w Jaworowie koło Lwowa. Dostawy uzbrojenia czy pomoc szkoleniowa to raczej maksimum, zaangażowanie sił zbrojnych NATO/UE w razie otwartego konfliktu jest mało prawdopodobne.

Jak potencjalna wojna na Ukrainie może wpłynąć na sytuację w Polsce?

DM: W przypadku wybuchu otwartego konfliktu należałoby liczyć się z większym napływem osób narodowości ukraińskiej do Polski – zarówno migrantów ekonomicznych, jak i uchodźców. Nie sądzę, by miało to jakiś destabilizujący wpływ na naszą sytuację wewnętrzną, jako że jest już w Polsce 1,5 mln migrantów ekonomicznych z Ukrainy i nie ma to żadnych negatywnych następstw. Jeśli doszłoby do takiego konfliktu i do zajęcia przez Rosję części Ukrainy – czasowo lub na stałe, a tym bardziej jeśli brałaby w tym udział Białoruś – to w sposób znaczący pogorszyłoby to naszą sytuację strategiczną. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest jednak jak na razie dość umiarkowane, ze wskazaniem na niewielkie – choć to może się szybko zmienić na naszą niekorzyść. Wiele zależy od tego, na ile skuteczna będzie polityka odstraszania ze strony krajów zachodnich, która zniechęci Rosję do bardziej agresywnych działań.

Rozmawiała Roma Bojanowicz