Dzieje się to powoli, ale jest pewne: podwodny Grzbiet Śródatlantycki rozpycha północnoamerykańską i eurazjatycką płytę tektoniczną w tempie ok. jednego cala rocznie. Coś podobnego dzieje się z geopolitycznymi płytami tektonicznymi. Zaledwie pokolenie wcześniej USA były nieodzownym sojusznikiem Europy Zachodniej. Dziś, w czasie kadencji Donalda Trumpa, USA bardziej niż przyjaciela, przypominają przeciwnika Europy (według słów Trumpa „Europe’s foe”).

Z tego powodu Europejczycy czekają z zapartym tchem na wyniki listopadowych wyborów prezydenckich w USA. Jeśli wygra je Donald Trump, to usłyszymy kolejny głośny trzask w szczelinie transatlantyckiej. Jeśli zaś fotel prezydenta USA zajmie Joe Biden, głośniejszy okaże się dźwięk strzelających korków od szampana. Ale już niedługo Europejczycy będą musieli przyznać, że stopniowe oddalanie się USA i Europy będzie następowało niezależnie od tego, kto będzie gospodarzem Białego Domu.

Relacje transatlantyckie rozluźniały się już na długo przed nadejściem Donalda Trumpa. W czasie rządów George’a W. Busha prawie pękły, zanim Barack Obama nieco je odnowił. Ale nawet to należało do działań kosmetycznych.

To Barack Obama, z Joe Bidenem jako wiceprezydentem, ogłosił strategiczny „pivot” Ameryki na Azję, co zapowiadało zmianę orientacji z Atlantyku na Pacyfik. Co więcej, poprzedni prezydenci USA już wcześniej narzekali - co prawda w bardziej grzeczny sposób, ale jednak – że Europejczycy, a nade wszystko Niemcy, przeznaczali zbyt mało środków na obronność, aby mogli być wiarygodnym członkiem NATO. Waszyngton krytykował również Europę za wykorzystywanie globalnego systemu handlowego, którego opiekunami byli Amerykanie.

Donald Trump po prostu zerwał zasłonę i subtelność dyplomatycznych sporów. Jak żaden amerykański prezydent od czasów II wojny światowej pokazał pogardę wobec europejskich liderów, takich jak niemiecka kanclerz Angela Merkel, nawet jeśli jednocześnie wyrażał sympatię dla autokratów pokroju Władimira Putina. Donald Trump nie postrzega „Zachodu” jako wspólnoty liberalnych wartości i kolektywnej obrony i dlatego wydaje się, że konstrukt ten rozpada się na naszych oczach.

Reklama

W ramach swoich wojen handlowych Donald Trump uczynił Unię Europejską „strachem” ustępującym miejsca tylko Chinom, nakładając cła związane z „bezpieczeństwem narodowym” na europejską stal, aluminium oraz inne dobra. W obszarze obronności podał w wątpliwość swoje zaangażowanie w NATO. Według Johna Boltona, byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, prezydent Trump w czasie drugiej kadencji może wycofać USA z NATO tak samo, jak doprowadził do wycofania kraju z Porozumień Klimatycznych z Paryża, Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz innych organizacji multilateralnych.

Donald Trump wymazał w ten sposób wszystkie europejskie założenia dotyczące geopolityki. Amerykańska obecność wojskowa i nuklearna od czasu II wojny światowej była najlepszą metodą powstrzymywania Rosji przed agresją. Obecność USA zniwelowała również stare europejskie rywalizacje, przede wszystkim pomiędzy Niemcami i Francją. W tym sensie amerykańska siła była warunkiem wstępnym integracji europejskiej. Dla Niemców USA były prawie jak figura ojca.

Te niegdyś silne więzi są dziś prawdopodobnie już nie do naprawienia. Dwóch na trzech Europejczyków na negatywne zdanie o USA. Z kolei Niemcy dzielą się prawie po równo jeśli chodzi o preferencje, czy ich kraj powinien mieć bliższe relacje z Amerykanami czy z Chińczykami. Młodsi wyborcy w Niemczech preferują Chiny.

Jak zatem wygląda europejski plan B w przypadku, gdy Donald Trump wygra po raz drugi wybory prezydenckie? „Odpowiedzią na politykę America First jest Zjednoczona Europa” – stwierdził niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas. Francuski prezydent Emmanuel Macron lubi mówić o „europejskiej suwerenności”. Nikt jednak nie wie dokładnie, co to w praktyce oznacza. „Europejska armia” pozostaje marzeniem. Już dziś dość trudno jest sprawić, aby ministrowie spraw zagranicznych UE mówili jednym głosem ws. sankcji.

Heiko Maas myli się jednak gdy twierdzi, że kolejna wygrana Donalda Trumpa zjednoczy UE. Bardziej prawdopodobne jest, że Wspólnota ulegnie wtedy dalszym podziałom. Niektórzy z członków Unii Europejskiej, szczególnie ci, którzy graniczą z Rosją, byliby szczęśliwi, gdyby mogli podpisywać dwustronne umowy z Trumpem, aby zostać po jego stronie. W szczególności nacjonalistyczny rząd w Warszawie zdaje się preferować rozmowy z Białym Domem od rozmów z Brukselą, Berlinem czy Paryżem.

Z kolei Joe Biden jest zagorzałym zwolennikiem amerykańskich sojuszy. Jako prezydent wzmocniłby NATO i ponownie wprowadził Amerykę do Porozumień z Paryża oraz WHO. Prawdopodobnie współpracowałby z Niemcami, Francją i Wielką Brytanią nad ponownym zaangażowaniem Iranu w porzuconą przez Trumpa umowę nuklearną. Europejczycy byliby traktowani znów jako partnerzy.

Jednak do czasu. Co prawda Joe Biden nie wycofałby amerykańskich wojsk z Niemiec, tak jak planuje to Donald Trump, ale również nie inwestowałby w obronność transatlantycką. Wynika to z tego, że każdy dolar zainwestowany w wojsko w Europie nie będzie mógł być wykorzystany w Azji.

Tymczasem istniejące napięcia nie zniknęłyby. Tak jak swój poprzednik, Joe Biden próbowałby zatrzymać budowę gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec. Biden naciskałby także na Niemców i innych członków NATO na zwiększenie wydatków wojskowych. Nalegałby też, aby Europejczycy używali swoich armii na misjach, gdzie USA nie widzą już swoich interesów – być może we wschodniej części Morza Śródziemnego lub w Afryce.

Przede wszystkim jednak każdy prezydent USA będzie oczekiwał od europejskich sojuszników, że opowiedzą się za Ameryką przeciw Chinom. Dlatego im bardziej Unia Europejska będzie dążyła do realizacji niejasnego pojęcia „europejskiej suwerenności”, tym mniej wartościowym sojusznikiem dla USA będzie.

Europa, która znajdzie się w równej odległości od Wschodu i Zachodu, nie będzie interesowała USA i nie będzie wtedy ani suwerenna, ani bezpieczna. Europejczycy powinni o pamiętać o tej podstawowej tektonice geopolitycznej, gdy w listopadzie będą otwierać korki od szampana.