"Nomadland". Kto decyduje o wyruszeniu w podróż za pracą: społeczeństwo czy jednostka?

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
18 września 2021, 20:16
Kamper
<p>Wielu dojrzałych Amerykanów jest zmuszonych do poszukiwania pracy w odległych zakątkach kraju</p>/ShutterStock
Kapitalizm jest znakomitym narzędziem ekonomicznym, ale nie powinien być ostateczną wyrocznią rządzących. Bo to nie żadna boska siła. Rynek ma być użyteczny dla społeczeństwa. Odwrotność stanowi społeczeństwo rynkowe, w którym to reguły ekonomiczne mają pierwszeństwo

„Nomadland” Jessiki Bruder był w USA jedną z najważniejszych książek 2017 r. Filmowa adaptacja znakomitego reportażu zdobyła w tym roku trzy Oscary – za najlepszy film, najlepszą reżyserię i najlepszą główną rolę żeńską. Przed paroma dniami Bruder odebrała w Warszawie Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszą książkę non-fiction wydaną w Polsce w 2020 r. Wszystkie te honory oddano reportażowi, który wszechstronnie i z wielką empatią – ale bez sentymentów – opowiada o życiu ludzi wędrujących po Ameryce za pracą, ludzi, często już w dojrzałym wieku, którzy zdecydowali się porzucić domy, przenieść się do kampera czy przyczepy kempingowej i ruszyć w drogę. Stoją za tym ekonomiczne kalkulacje – ze skromnych świadczeń emerytalnych nie sposób wyżyć. Ale historii o grzechach amerykańskiej polityki społecznej u Bruder towarzyszy inna opowieść: rzecz o przyjaźni, wolności i nadziei.

Z Jessicą Bruder rozmawia Piotr Kofta

Jak zaczęła się ta długa przygoda? Od artykułu dla „Harper's Magazine” w 2014 r.? Znalazłem tytuł: „The End of Retirement. When You Can't Afford to Stop Working” (Koniec ery emerytur. Kiedy nie stać cię na to, żeby przestać pracować).

Tak, przygotowując ten reportaż spędziłam dwa styczniowe tygodnie 2014 r. w namiocie w Quartzsite w Arizonie i spotykałam się z ludźmi, którzy przez całą resztę roku jeżdżą po kraju za pracą. Styczeń to czas, kiedy różne okazjonalne zatrudnienia się kończą, a wędrowcy zjawiają się w Arizonie, na pustyni Sonora, żeby obozować. Tu jest tanio i ciepło.

Co sprawiło, że została pani przy tych ludziach i tym temacie?

Kiedy zbierałam materiały do reportażu i kiedy go pisałam, pojawiało mi się w głowie mnóstwo pytań, które, czułam to, nie znajdują odpowiedzi w takiej relatywnie krótkiej formie. Jeśli człowiek zajmuje się pisaniem non-fiction, świat staje się w pewnym sensie jego lekturą. Czytasz świat i – tak samo, jak przy czytaniu powieści – chcesz wiedzieć, co będzie dalej. Rozwijanie tego artykułu w książkę sprawiało mi ogromnie dużo przyjemności, zwłaszcza że mogłam skorzystać z techniki, którą nazywamy „immersion journalism” (dziennikarstwem uczestniczącym): zamiast spotykać się z kimś na krótko, na jedną rozmowę, w jakimś neutralnym otoczeniu...

Czyli tak, jak teraz tu siedzimy.

W pracy reporterskiej staram się spędzać z moimi bohaterami możliwie dużo czasu, wracać do nich, sprawdzać, co się zmieniło. W wypadku „Nomadland” trwało to trzy lata, w co wliczam i to nocowanie pod namiotem, i początki pracy nad książką, i późniejsze podróżowanie vanem. Namiot to był zresztą głupi pomysł – w takich miejscach jak Quartzsite bardzo cię on ogranicza, choćby z tego powodu, że musisz się trzymać w miarę blisko toalety. Moi rozmówcy nocowali swobodnie na pustyni, ja musiałam do nich dojeżdżać. I oczywiście parę razy kompletnie się zgubiłam w ciemności. W tym dziennikarskim zanurzeniu – podkreślam – nie chodzi o to, by udawać, że się jest bohaterem własnego reportażu, i ja, jeżdżąc vanem po Stanach, nie udawałam, że jestem współczesnym nomadem, chciałam po prostu podejść do tych ludzi jak najbliżej.

Czy dałoby się wskazać główny temat „Nomadland”? Może jest nim pojęcie „wspólnoty” w różnych znaczeniach i odcieniach?

To pojęcie wciąż powraca w książce, ale życie – to pozaliterackie – bywa tak skomplikowane, że nie chciałam, by „Nomadland” skupiał się mocno na jakimś konkretnym temacie. Kiedy biorę pod uwagę potencjalnego czytelnika, pragnę, żeby dał radę wyciągnąć z lektury jak najwięcej, ale nie chcę postawić go w sytuacji, w której ktoś – np. ja – mówi mu, co ma myśleć. Pokazuję mu różne rzeczy, opowiadam mu o rozmaitych sprawach, nie wiem jednak, czy dojdzie do tych samych konkluzji, do których ja doszłam. Słyszałam opinie o „Nomadland”, że ludzie po lekturze nie są pewni swoich uczuć i emocji. Widzą pewną zbiorowość, której członkowie są wobec siebie serdeczni, z drugiej strony sami pośrednio doświadczają samotności, zagubienia czy braku nadziei, które dotykają bohaterów. A potem znów czytają o radości, przyjaźni, pięknie rozległego pejzażu. Jeśli o mnie idzie, nie widzę w tym wszystkim sprzeczności, wystarczy nie pozwolić tym diametralnie różnym aspektom życia, żeby się nawzajem zneutralizowały.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj