Piliście kiedyś napój energetyczny Brawndo? Wątpię. Brawndo istnieje wyłącznie w wyobraźni filmowców odpowiedzialnych za „Idiokrację”, komedię opierającą się na założeniu, że IQ Amerykanów szybko i nieustannie spada. Akcja filmu dzieje się w przyszłości – gdy mieszkańcy USA osiągnęli już poziom umysłowości zbliżony do ameby. Nierozgarnięci Amerykanie Anno Domini 2505 nie tylko Brawndo piją, ale i podlewają nim rośliny. Używają go zamiast wody, bo – jak powtarzają bez zrozumienia za reklamami – „ma elektrolity”. Rośliny więdną, ale oni ze względu na swoją marną kondycję umysłową nie domyślają się przyczyny. Brawndo to nie tylko energetyk. W świecie idiokracji marką tą sygnowane są wszystkie produkty spożywcze. Brawndo jest więc totalnym monopolistą, prosto z najgorszych koszmarów szefa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

„Idiokracji” daleko do wybitnego kina, ale wśród durnych żartów, z których twórcy komedii każą nam się śmiać, czai się budząca dyskomfort zagadka. Czy taka dystopia może się ziścić? I mam na myśli nie katastroficzne prognozy spadku IQ, lecz możliwość wyłonienia się wszechkorporacji, która – jak Brawndo – sprytnym marketingiem żerującym na naszej naiwności całkowicie zdominuje rynek. Korporacji, która będzie całkowicie samowystarczalna i będzie dzierżyć nad nami władzę na niemal dyktatorską modłę?

Nie. Albo: już nie.

Przeterminowana teoria

Co to znaczy: już nie? Szefowie korporacji przestali mieć monopolistyczne ciągoty? Weszli na drogę moralnej odnowy i nie będą już korumpować aparatu legislacyjnego? Nic z tych rzeczy. Zmieniło się co innego. Nie natura kapitalisty, a „natura firmy”.

Tak właśnie zatytułowany jest słynny artykuł Ronalda Coase z 1937 r. („The Nature of the Firm”), w którym ów nieżyjący już ekonomista zadał przełomowe pytanie: „Skąd się w ogóle biorą firmy w gospodarce? Dlaczego nie składa się ona wyłącznie z samozatrudnionych, zawierających ze sobą tymczasowe kontrakty?”. Ekonomia nie oferowała wówczas jasnego wyjaśnienia. Coase musiał sam je wypracować. „Chodzi o koszty użytkowania systemu cen” – stwierdził w końcu.

Brzmi enigmatycznie? Może, ale chodzi o prostą rzecz: taniej i szybciej jest wyprodukować kolekcję mebli, jeśli ma się pod ręką surowiec, projektantów, cieślę, sprzedawców i dostawców, których opłaca się stałą pensją i którzy wykonają każde polecenie. Krótko mówiąc, jeśli ma się firmę. Gdyby firmy nie istniały, koszt każdorazowego wyszukiwania właściwych ludzi pod kątem kolejnych projektów biznesowych (nie tylko finansowy, ale i m.in. czasowy) uniemożliwiałby osiąganie zysku. Nawet po znalezieniu partnerów nie dałoby się nimi efektywnie zarządzać. Z jednej strony byliby zbyt „samowolni”, z drugiej – komunikacja z nimi byłaby zbyt ślamazarna.

Nie opłacałoby się inwestować i produkować. PKB stałby w miejscu.

Firma w optyce Coase’a umożliwia produkcję i wzrost – oto jej istota. A im większy i bardziej kompleksowy zakres działania przedsiębiorstwa, a produkcja bardziej masowa, tym niższe koszty i wyższe marże. Rozumiał to już w XIX w. John D. Rockefeller, którego Standard Oil zajmowało się wydobyciem, produkcją, transportem, rafinacją i sprzedażą ropy naftowej. Żeby szło szybciej, Rockefeller budował nawet własne koleje. „Do ekstremum posunął się jednak Henry Ford we wczesnych latach 20. XX w. Jego firma produkowała nie tylko wszystkie części swoich samochodów i je montowała, ale też wytwarzała własną stal, własne szkło i własne opony. Posiadała nawet w Amazonii własne plantacje gumy, z której te opony produkowano – zauważa Peter F. Drucker, guru nauk o zarządzaniu, w artykule „Czy korporacja przetrwa?” („Will the Corporation Survive?”).

Rzecz jasna, to nie Rockefeller i nie Ford stworzyli firmę molocha. Jej początków upatruje się w Kompanii Wschodnioindyjskiej, instytucji powstałej w 1600 r., która zrzeszała angielskich inwestorów chcących zarabiać na handlu z Indiami Wschodnimi. Główna siła kompanii polegała na tym, że królowa Elżbieta I nadała jej na ten handel monopol (korporacje, jak widać, już u zarania szukały państwowej protekcji i tu akurat niewiele się zmieniło). Z początku rozkwit korporacji nie był szczególnie dynamiczny. Jeszcze w 1832 r. w Wielkiej Brytanii zdecydowana większość firm zatrudniała mniej niż 10 osób. Wysyp giełdowych gigantów, zastępujących małe, rodzinne manufaktury zaczął się dopiero w drugiej połowie XIX w. W tym czasie także powstało pojęcie „pracownika etatowego” oraz pojawiły się normujące etat regulacje.

W świecie takich „zintegrowanych wertykalnie” firm molochów można by obawiać się powstania wszechwładnych i groźnych monopoli à la Brawndo (zwłaszcza jeśli posiadałyby rządową protekcję). Coase pisał swój artykuł 61 lat po wynalezieniu telefonu i 47 lat przed premierą pierwszego komputera przemysłowego, a zatem w erze zdominowanej przez tradycyjne, hierarchicznie zarządzane korporacje. Fabryka, szef, dyrektorzy, pracownicy, produkt. Dzisiaj firmy opisane przez Coase’a odchodzą do lamusa. Brawndo się nie objawi. Dlaczego?

Oto w latach 80. XX w. powstały ponadnarodowe wehikuły finansowe, które popchnęły korporacje w stronę aktywniejszych inwestycji zagranicznych. Dodatkowo zbiegło się to z otwarciem gospodarek Chin i Europy Wschodniej. Globalizacja przyspieszyła. Korporacje straciły wówczas regionalny czy też narodowy charakter. Ich struktury uległy rozproszeniu. Jeśli w 1990 r. przedsiębiorstw wielonarodowych było na świecie 30 tys., to dzisiaj jest ich ponad 100 tys. i posiadają one ok. 900 tys. firm zależnych. Istota korporacji pozostałaby jednak taka sama jak za czasów Coase’a i wciąż chciałyby produkować wszystko, co się da, gdyby nie kolejny czynnik: zmiana technologiczna. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP