Wiele rekomendacji wydawanych na nowy rok przez duże banki inwestycyjne, jak Goldman Sachs, Citigroup, czy Bank of America, zawiera prognozę, że wchodzimy w okres wyższej inflacji, w skali globalnej. W ostatnich latach niski wzrost gospodarczy oraz niskie ceny surowców sprawiały, że za zagrożenie częściej uznawano deflację niż inflację. Te obawy powoli mijają.

Powody są dwa: wzrost gospodarczy się umacnia, a ceny surowców ruszyły z miejsca. Analitycy funduszu Falcrum, publikujący regularnie swój szacunek bieżącej aktywności gospodarczej na świecie, wskazują, że w grudniu wzrost gospodarczy był najwyższy od kwietnia 2011 r. Ceny miedzi, uznawane za jeden ze wskaźników wyprzedzających globalnej koniunktury, wzrosły od początku listopada o 20 proc. Na to wszystko nakładają się nadzieje inwestorów na luźniejszą politykę fiskalną w USA, dzięki zapowiadanym przez Donalda Trumpa cięciom podatków.

Na polskim gruncie te światowe trendy już są widoczne. W Polsce listopad był pierwszym miesiącem dodatniej inflacji od lipca 2014 r. Inflacja wyniosła 0,03 proc. (po zaokrągleniu wyszło zero). Najbliższe miesiące przyniosą prawdopodobnie wyraźny wzrost inflacji, do 1-1,5 proc., ponieważ słaby złoty i wysokie ceny ropy znacząco podbiły ceny paliw. Tylko ten czynnik doda do inflacji ok. 1 pkt proc.

Z perspektywy globalnej, bardzo ważny jest wzrost inflacji w Chinach, szczególnie inflacji cen producentów. We wrześniu inflacja PPI w tym kraju wyniosła 0,1 proc. i po raz pierwszy od niemal pięciu lat znalazła się powyżej zera. Już w listopadzie ten wskaźnik sięgnął 3,3 proc.

Inflacja cen producentów

Inflacja cen producentów

źródło: Materiały Prasowe

Dlaczego jest to istotne? Przez wiele lat Chiny były uznawane za głównego eksportera deflacji. Nadmiar wolnych mocy produkcyjnych sprawiał, że chińskie fabryki przez kilka lat cięły ceny by utrzymać poziom produkcji. Niższe ceny w Chinach wywierały presję na producentach w innych krajach, prowadząc do niskiej dynamiki cen producentów na całym świecie. Teraz ten trend się odwrócił, ceny w Chinach wyraźnie rosną, co może wywrzeć presję w górę na ceny na świecie.

Czy ożywienie inflacyjne jest zjawiskiem dobrym, czy niebezpiecznym? Dobrym o tyle, że jest objawem wyższego wzrostu gospodarczego. W comiesięcznym badaniu zarządzających funduszami inwestycyjnymi, prowadzonym przez Bank of America Merril Lynch, odsetek osób oczekujących wyższego wzrostu PKB na świecie wyniósł w grudniu 57 proc. – najwięcej od 19 miesięcy – wobec 35 proc. w listopadzie.

Skok jest imponujący i symptomatyczny dla znaczącego zwrotu w percepcji kierunku, w jakim zmierza światowa gospodarka. Dobry sentyment widać na rynkach. Wraz z wyższą inflacją przyszedł wzrost cen akcji na giełdach w wielu krajach, w tym również w Polsce, ponieważ wyższy wzrost cen oznacza możliwość zwiększenia dynamiki przychodów przez producentów.

Ale można wyobrazić sobie też wzrost inflacji jako zagrożenie. W tym samym badaniu inwestorów, jako jedno z dwóch największych „ryzyk skrajnych” (tzw. tail risk) podaje się ryzyko krachu na rynku obligacji wywołanego stagflacją, czyli inflacją rosnącą w warunkach stagnacji gospodarczej. Niektórzy analitycy wskazują na takie niebezpieczeństwo, że banki centralne przestraszą się inflacji i nadmiernie zacieśnią politykę pieniężną, prowadząc do skutków odwrotnych od zamierzonych.

Kluczowe zatem pytanie, które w tym momencie należy zadać, dotyczy tego, czy mamy do czynienia z początkiem poważniejszego trendu inflacyjnego, czy po prostu powrotem do normalności po paru latach nienaturalnie niskiej inflacji? Na razie wydaje się, że bardziej realna jest ta druga opcja. Dynamika cen normalizuje się, ale wątpliwe, czy wkraczamy w okres wysokiej inflacji, która sama w sobie będzie powodować obawy.

Po pierwsze, do pełnowymiarowego ożywienia gospodarczego jeszcze nam bardzo daleko. Wiele krajów zmaga się z nadmiernym zadłużeniem sektora publicznego lub prywatnego, co zwiększa oszczędności i ogranicza popyt inwestycyjny. Po drugie, starzenie się społeczeństw rozwiniętych może dodatkowo ograniczać presję inflacyjną – m.in. poprzez niższy wzrost gospodarczy. Po trzecie, wzrost cen surowców, szczególnie energetycznych, będzie ograniczany przez wysoką podaż. Rewolucja technologiczna w obszarze ropy i gazu łupkowego sprawiła, że przy cenach ropy na poziomie 50-60 dolarów za baryłkę, wydobycie zaczyna szybko rosnąć.

Inflacja w nadchodzącym roku nie powinna być problemem sama w sobie. Jeżeli będzie rosła, to jako skutek lepszej koniunktury.

Autor: Ignacy Morawski, ekonomista, założyciel serwisu SpotData.