Program jeszcze przyspieszyli w odpowiedzi na kryzys 2008 r., przeznaczając na te cele specjalny pakiet wart 600 mld dolarów. Jak sami oceniają, w okresie 2010-2013 skonsumowali więcej cementu niż Stany Zjednoczone w całym XX wieku. To mówi o skali rozmachu, który jest tam widoczny wszędzie i namacalnie.

Przewrót kopernikański

Jednak ścieżka szybkiego (dwucyfrowego w ciągu roku) wzrostu zaczęła prowadzić w ślepy zaułek. Pojawiły się miasta widma (Ordos), na terenie całych Chin straszą puste, niezamieszkałe budynki. Wyraźnie odczuwalna bańka na rynku developerskim to tylko jeden z dowodów na to, że coś należało – i to szybko – zmienić.

Na tej ścieżce szybkiego wzrostu rósł też oczywiście potencjał i zasoby, aż na przełomie 2013 i 2014 roku dokonał się przewrót iście kopernikański: inwestycje do Chin przychodzące, przynajmniej od 1992 r. zawsze duże, stały się mniejsze niż inwestycje z Chin wychodzące. Pojawiły się w ChRL ogromne nadwyżki kapitałowe, z którymi należało coś zrobić.

Owszem, postawiono na rozbudowę własnego rynku wewnętrznego i klasy średniej, ale odpowiedź ostrożnego, ciągle nieufnego chińskiego społeczeństwa na apele władz, by samemu inwestować, nie przynosi jak dotąd spodziewanych przez władze w Pekinie efektów. Obywatele ChRL, pomni własnej gorzkiej historii ostatnich dekad, nadal wolą raczej oszczędzać, niż wydawać. Gorące apele władz na nic się zdają; tym bardziej teraz, po krachu na chińskich giełdach, też w istocie będącym efektem innych apeli – o zainwestowanie na giełdzie, by wewnętrzny rynek napędzić. Chińczycy poszli i zagrali, a potem miliony osób przegrały. Teraz są sparzone, niezadowolone i oczywiście – nadal nieufne.

To – obok wielu innych – są czynniki strojące za geostrategicznymi projektami z 2013 r. nazwanymi obrazowo Jeden Szlak, Jedna Droga (One Belt, One Road – OBOR). Oba te Nowe Jedwabne Szlaki, lądowy i morski, jak już wiemy, skierowane są do Europy. A ten lądowy, idący z Chin centralnych przez Kazachstan, Rosję i Białoruś, trafia do Polski, by docelowo dotrzeć gdzieś do Berlina czy Rotterdamu.

Polska w chińskim interesie

I tak oto Polska znalazła się na wielkiej mapie chińskich zamaszystych planów. Wychodzi z nich, że bez polskiego ogniwa Nowego Jedwabnego Szlaku nie da się w pełni implementować (przynajmniej tego lądowego). A to znaczy, że bodaj po raz pierwszy w długich chińskich dziejach wejście do naszego kraju leży w strategicznych chińskich interesach, z czego my tutaj najwyraźniej do końca jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, nawet w kontekście niedawnej, a znaczącej tegorocznej wizyty prezydenta Xi Jinpinga w Warszawie.

Na szczeblu centralnym przyjmujemy nowe dla nas chińskie inicjatywy nieufnie, jesteśmy jedynie reaktywni, a nie inicjatywni, a na to, co się dzieje reagujemy z opóźnieniem, nawet w statystykach. Według oficjalnych danych NBP napływ chińskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) do Polski w 2014 r. wyniósł tylko 264,8 mln zł (inne dane mówią o 288,9 mln zł), a w roku 2015 zaledwie 14,6 mln zł. Z raportu NBP na ten temat wynika, że w 2014 r. nie odnotowano żadnych dochodów z chińskich BIZ w naszym kraju, a Chiny w tym zestawieniu w ogóle się nie znalazły.

Wiele wskazuje na to, że już wkrótce się znajdą w wielu statystykach i raportach. Albowiem implementując OBOR, Pekin chce w przyszłym roku poświęcić mu specjalny szczyt (bo ten projekt obejmuje aż 65 państw), który chcą zorganizować z jeszcze większym rozmachem niż tegoroczny szczyt G-20 w Hangzhou, dla którego koszt samego spektakularnego Centrum Kongresowego przekroczył miliard dolarów.

Co – i za ile – zafundują nam w 2017 roku? Warto pytać w kontekście wypowiedzi premiera Li Keqiang, że jeśli trzeba, Chiny gotowe są wydatkować na cele OBOR do 3 bilionów dolarów. To niemal tyle, ile wynoszą całe chińskie rezerwy walutowe (ponad 3,3 bln dol.). Temu celowi już od lat służą dwa wielkie chińskie banki: China Development Bank oraz Export Import Bank of China, a od 2016 r. ma je wspomagać powołany specjalnie do wspierania projektów w ramach OBOR Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). Azjatycki jest tylko z nazwy, chiński z portfela i siły głosów ważonych.

Nic dziwnego, że w kontekście polskim nie zniechęciły ich ani głośne przed paru laty niepowodzenia firmy Covec, gdy tak spektakularnie zderzyły się nasze odmienne mentalności biznesowe, ani wspomniana ostrożność władz polskich do ich inicjatyw. Polska leży w centrum Europy – i tylko to się liczy.

Więcej pociągów, więcej obrotów

Pierwszą istotną barierę w stosunkach wzajemnych przełamano w ten sposób, że w ślad za LOT-em, począwszy od września tego roku uruchomiono drugie bezpośrednie połączenie z Pekinem, obsługiwane przez państwowe linie Air China. Od pewnego czasu coraz głośniej o trzecim połączeniu do Chin, być może do Shenzhen. W kontekście naszego eksportu, którego gros tworzą małe i średnie przedsiębiorstwa, jest to bardzo istotne. Jednakże jeszcze istotniejsze jest to, że każdy, kto wsiada na pokłady samolotów łączących nasze stolice, jest zaskoczony, że niemal zawsze 80-90 proc. osób na pokładzie to Chińczycy. Skąd i dokąd lecą, no i po co?

Okazuje się, że trafiają niemal wszędzie. Nie tylko do Łodzi, w której firma Hatrans, idąc z duchem czasu i wyprzedzając – co rzadkie, a wręcz pionierskie – projekty OBOR z 2013 r., ruszyła z pociągami z cargo do Chengdu, stolicy najludniejszej prowincji Sichuan. W Polsce zrobiło się głośno na ten temat, a symboliczny skład odbierali na dworcu obaj prezydenci – Xi Jinping i Andrzej Duda.

Tyle tylko, że mer Chengdu (poprzedni), który był w Warszawie i 4 maja zaprezentował chińską wizję tego połączenia kolejowego do Europy z Łodzią (i Kutnem!) jako ważnymi centrami komunikacyjnymi, wcale nie był zadowolony z dotychczasowych osiągnięć, czyli trzech składów tygodniowo. Podał następujący harmonogram: 2016 rok – 10 pociągów tygodniowo (ponad 400 rocznie), 2017 rok – 24 pociągi tygodniowo (ponad 1000 rocznie) i 2018 rok – 50 składów tygodniowo (ponad 2,5 tys. rocznie). Znów natknęliśmy się na chiński rozmach!

Problem nawet nie tyle w tym, czy ten plan zrealizujemy, ile w tym czy kontenery idące do Chin zapełnimy… Jak dotąd udało się przełamać chińskie opory i obok eksportowanego już wcześniej na dużą skalę polskiego mleka w proszku (Mlekovita, Łowicz) w drogę do Chin udały się – po długich negocjacjach – polskie jabłka, a także kurczaki. Dobrze rokuje to dla całego naszego przemysłu rolno-spożywczego, które jest cenione w Państwie Środka, bo dostarcza czystych i wysokiej jakości towarów (czego nie zawsze można powiedzieć o tamtejszych).

Oni przejęcia, my greenfield

Chińczycy przyjeżdżający do Polski nie są jednak najbardziej zainteresowani akurat tym przemysłem. Wręcz przeciwnie. Po wcześniejszych dwóch najważniejszych inwestycjach, czyli wejściu firmy Liu Gong w maszyny budowlane na terenie Stalowej Woli (Chińczycy wydali 300 mln zł, ale inwestycja nie idzie zgodnie z planami i właśnie ograniczono tam zatrudnienie) oraz przejęciu w 2013 r. (też za 300 mln zł) fabryki łożysk tocznych w Kraśniku, w 2016 r. aż się zagotowało od nowych umów.

Ponieważ nie do końca wychodzi na szczeblu centralnym, Chińczycy postawili na władze lokalne. Przykładów nowych przedsięwzięć, umów i kontraktów jest coraz więcej. Prezydent Kutna Zbigniew Burzyński chwali się wielkim portem kontenerowym u siebie i zakłada szybki rozwój miasta – dzięki Chińczykom. Nie on jeden! Władze Opola właśnie podpisały z chińską firmą Hongbo umowę na sprzedaż 8-hektarowej działki za 78 mln dol. na budowę fabryki lamp typu LED – ku niezadowoleniu istniejącej tam polskiej firmy Auto Power Electronic, której może grozić przejęcie.

Innych przykładów nie brakuje. Niedawno China Coal wspólnie z australijską firmą Prairie Mining podpisały umowę o współpracy przy budowie i finansowaniu kopalni Jan Karski ulokowanej w Lubelskim Zagłębiu Węglowym. Nakłady inwestycyjne wyniosą ponad 630 mln dol. Wydobycie ma ruszyć w 2023 roku.

Chińczycy już od dawna byli zainteresowani zakupem choć jednego bloku energetycznego w elektrowni Kozienice, ale sukcesami mogą poszczycić się dopiero teraz. Do tego nie w Kozienicach, lecz w pobliżu Gdańska, gdzie należąca do giganta State Grid Corporation of China (jedna z największych korporacji na globie, z przychodami rocznymi przekraczającymi 300 mld dol. i aktywami rzędu 50 mld dol.) firma Pinggao wygrała kilka przetargów na modernizację lub budowę sieci przesyłowych z okrętem flagowym w postaci linii Żarnowiec – Gdańsk Błonia. Firma wydała łącznie ponad 600 mln zł.

Inny chiński gigant – firma Sinohydro znana m.in. z wielkiego zaangażowania w projekt największej zapory wodnej na globie Trzech Przełomów podpisała niedawno umowę na 155 mln zł na budowę 67-kilometrowego odcinka sieci elektrycznej łączącej Chełm z Lublinem.

Najnowszy przykład to przejęcie za ponad 150 mln zł znajdującej się w Mławie firmy Novago zajmującej się produkcją alternatywnych źródeł energii, w tym przede wszystkim z odpadów, co dla mocno zanieczyszczonych Chin jest bardzo ważne. W ubiegłym roku Chińczycy przejęli od Ryszarda Krauzego znaczną część aktywów firmy Bioton, producenta insuliny, niezmiernie ważnej dla Kraju Środka, bo mają u siebie miliony cukrzyków.

To pokazuje tendencję zauważalną nie tylko u nas, ale i w całej Europie, gdzie w ostatnim okresie Chińczycy niezmierne się uaktywnili. Według danych firmy Baker&McKenzie oraz nowojorskiego Rhodium w 2010 r. zainwestowali na naszym kontynencie zaledwie 6 mld dol., a w roku 2014 już 55 mld dol. Najchętniej widzą oni fuzje i przejęcia, szczególnie firm mających dla nich największe znaczenie, a więc tych z zakresu wysokich technologii, innowacyjnych (głośne przejęcie niemieckiego producenta robotów przemysłowych, firmy Kuka, za ponad 4,6 mld USD), czy też – jak Bioton lub Novago – szukających nowych rozwiązań technologicznych lub ważnych z punktu widzenia chińskich interesów, czy tamtejszego rynku wewnętrznego.

Chińczycy to nie są święci Mikołaje ani misjonarze dobroczynności. To pragmatyczni, nieugięci negocjatorzy, twardo stąpający po ziemi. Jeden z głównych celów w ramach OBOR jest więcej niż jasny: wspierać innowacje na własnym rynku, stąd ta chęć do fuzji i przejęć.

Nasze cele są i będą inne: wykorzystywać chińskie kapitały, których mają nadmiar, do modernizacji polskich inwestycji typu greenfield, od podstaw i fundamentów, by coś potem u nas zostało. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Jest pewne: Chińczycy już do Polski wkroczyli i warto się do tego zupełnie nowego stanu powoli przyzwyczajać.

Autor: Bogdan Góralczyk, Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, dyplomata, znawca Azji