Premiera nowego smartfona P10, która odbywała się właśnie na targach telekomunikacyjnych w Barcelonie ma szansę go do tego celu przybliżyć.

Huawei pozycjonuje się w ostatnich miesiącach dość wysoko, zarówno technologicznie, jak i finansowo - oczywiście z punktu widzenia standardowego użytkownika urządzeń operujących w segmencie nowych technologii. Przy niemal każdej prezentacji nie porównuje już swoich coraz bardziej innowacyjnych wynalazków z topowymi produktami bliskiego geograficznie konkurenta z Korei Południowej Samsunga, ale wykazuje wyraźną przewagę w stosunku do iPhone’ów, uchodzących wciąż za wzór efektywnego urządzenia mobilnego. Nie inaczej jest w przypadku premiery kolejnego dualnego flagowca spod chińskiej ręki: nieco mniejszego i poręczniejszego Huawei P10 oraz P10 Plus – większego, a więc idealnego, by oglądać na nim seriale Netfliksa lub mecz Legii Warszawa, która zdobywa mistrzostwo Polski.

Te modele to kontynuatorzy kultowej linii P9, którą Huawei po raz pierwszy otwarcie rzucił rękawicę sytym i przeświadczonym o własnej renomie Amerykanom z Nadgryzionego Jabłka. Obydwa telefony robią wrażenie jeszcze lepiej przygotowanych niż poprzednik (który już był niezły, ale wyślizgiwał się z ręki z powodu mocno wypolerowanej obudowy) do bycia wiernym towarzyszem codziennej pracy i czasu wolnego dla maniaków treści wideo, social mediów, nawigacji oraz, co zaskakujące, także tym konsumentom, dla których podstawową funkcja smartfona wciąż pozostają połączenia głosowe i wiadomości tekstowe.

>>> Czytaj też: Huawei: Polska jest dla nas jednym z 20 najważniejszych krajów na świecie

Ale do rzeczy – teraz trochę nudnawych szczegółów technicznych. Po pierwsze, P10 to naprawdę, przynajmniej w założeniu, mocna maszyna mobilna. W wersji Plus jest to pierwszy na świecie smartfon dysponujący 4,5 G LTE. Oznacza to, że jeśli dany operator telekomunikacyjny umożliwia technicznie szybki transfer danych, ten smartfon będzie w stanie najszybciej na świecie pobrać pożądane informacje. Mówiąc prościej, choć nie do końca precyzyjnie: film trwający godzinę będzie można pobrać na smartfona P10 Plus nawet w kilka minut szybciej niż na inne podobne urządzenie.

Ale i mniejszy P10 ma się czym pochwalić: choćby dwukrotnie wyższą od standardowej szybkością pobierania danych oraz systemem czterech wewnętrznych anten, które w porównaniu z iPhone’em o 60 proc. zmniejszają liczbę tzw. drop calls, czyli połączeń, które nie mogą być zrealizowane z uwagi na słabą siłę sygnału z sieci telekomunikacyjnej.
Kolejna rzecz bardzo ważna dla zwykłego użytkownika smartfona to efektywny system ładowania Huawei SuperCharge. Pozwala on na używanie P10 przez cały dzień po wcześniejszym podłączeniu go do prądu jedynie na 30 minut. Pobór mocy jest przy tym niski, a bateria – i tu znów przytyk w kierunku iPhone’a 7 – napełnia się impulsami elektrycznymi 2,5 raza szybciej niż w kultowym amerykańskim wynalazku. A jeśli będziemy ładować Huaweia trochę dłużej, a potem używać go np. do oglądania filmów, jest szansa, że urządzenie będzie służyć bez konieczności wpięcia go do gniazdka przez 1,8 dnia. To dzięki ultrawydajnej baterii 3200 mAh – lepszej niż w iPhonie 7 (1960 mAh) oraz Samsungu Galaxy S7 (3000 mAh).

Na koniec dwie wiadomości: dobra i gorsza. Pierwsza jest taka, że Huawei zauważył już definitywnie potencjał polskiego rynku i P10 w obu wersjach będzie dostępny u nas już w marcu, podobnie jak na innych kluczowych z chińskiego punktów widzenia rynkach Europy. Druga: cena smartfona, być może jej wartego, zacznie się od 649 euro (mniejszy), a skończy na 799 euro (większy). Najtańszy będzie więc kosztował około 2,9 tys. zł, a najdroższy - 3,5 tys. To wciąż dużo mniej niż iPhone 7, ale marka Huawei, choć dynamicznie zwiększa swoje znaczenie, wciąż jeszcze przegrywa prestiżowo z Apple’em. Na razie.

>>> Polecamy: Apple chce produkować iPhone'y w Indiach