O rzadko której technologii robi się tak głośno, jak o druku trójwymiarowym. Ale też nieliczne rozwiązania niosą ze sobą tak kuszącą obietnicę: tworzenia przedmiotów o dowolnym, nieważne jak skomplikowanym kształcie i zawiłej strukturze wewnętrznej, co obecnie leży daleko poza możliwościami nawet najbardziej zaawansowanych technik obróbki materiałowej. Z tego względu druk 3D nazwano technologią przyszłości, chociaż jej podstawy mają już ponad 30 lat. Prawdziwa eksplozja zainteresowania technologią przypada jednak na parę ostatnich lat; na tej fali wypłynął również polski Zortrax, którego współzałożycielem i prezesem jest Rafał Tomasiak.

Olsztyńska firma produkuje drukarki 3D przeznaczone przede wszystkim dla biznesu, ale też dla zwykłych użytkowników. Przedsiębiorstwo oferuje nie tylko same urządzenia, ale również wszystko, co do nich potrzebne, w tym materiały eksploatacyjne oraz oprogramowanie. Tak jak producenci zwykłych drukarek zarabiają również na sprzedaży tuszy, tak samo Zortrax zarabia na sprzedaży tzw. filamentów, czyli tworzyw sztucznych w formie grubych nici, z których drukarki tworzą przedmioty. Dzięki tej kombinacji Zortrax rośnie jak na drożdżach; w ub.r. firma zarobiła na czysto 14,3 mln zł, czyli o 78 proc. więcej niż rok wcześniej. Równie optymistycznie wyglądają przychody ze sprzedaży, które zbliżyły się do 54 mln zł, co oznacza wzrost w stosunku do 2015 r. o 43 proc.

Historia polskich drukarek 3D zaczyna się prawie dekadę temu w dalekiej Azji, a konkretnie w Hongkongu, w którym Rafał Tomasiak i drugi współzałożyciel firmy Marcin Olchanowski po raz pierwszy zetknęli się z technologią druku 3D w działaniu. Panowie poznali się wiele lat wcześniej w kafejce internetowej w Gołdapi (obaj pochodzą z tego miasta); Tomasiak w wywiadzie udzielonym w 2014 r. powiedział, że połączyła ich wspólna fascynacja nowymi technologiami. Później uczęszczali na te same studia – marketing w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Ełku, a jednocześnie zaczęli pisać oprogramowanie do telefonów komórkowych. Szło im na tyle dobrze, że podjęli współpracę z takim tuzem branży jak Sony Ericsson. Z tym też związany był wyjazd duetu do Chin, gdzie przenieśli się w 2006 r. w ramach obowiązków służbowych. I tam zobaczyli te drukarki.

– Już na samym początku zauważyliśmy kilka wad tego urządzenia, które mogły przeszkodzić w jego popularyzacji. Chodziło tu przede wszystkim o cenę, dochodzącą do kilkuset tysięcy dolarów oraz dostępność, ponieważ czas oczekiwania na sprzęt wynosił nawet kilka miesięcy. Następnie zaczęliśmy przyglądać się drukarkom w technologii FFF do samodzielnego montażu, tzw. Rep-rap. Tutaj sytuacja wyglądała podobnie, co prawda cena była bez porównania niższa, jednak samo złożenie i uruchomienie urządzenia zajęło nam prawie rok – wspomina Tomasiak. Profesjonalne urządzenia były więc zbyt drogie, a tanie rozwiązania – zbyt skomplikowane. Tomasiak i Olchanowski wiedzieli, że jeśli chcą wejść w druk 3D na poważnie, muszą pójść o krok dalej i zaoferować gotowe urządzenie, proste w obsłudze, a przy tym dostępne cenowo.

Panowie przez jakiś czas prowadzili sklep internetowy z akcesoriami związanymi z drukiem 3D. Coraz więcej czasu poświęcali jednak na konstrukcję swojego pierwszego modelu, Zortraxa M200. Budowa urządzenia, które ma trafić do sprzedaży, to nie jest jednak tania zabawa. Kiedy Tomasiak skompletował zespół składający się z kilku osób, zapadła decyzja o tym, żeby sięgnąć po finansowanie z rozwijającego się wówczas i modnego źródła, jakim był crowdfunding. Kampania na Kickstarterze, obliczona na zdobycie 100 tys. dol., przyniosła firmie prawie dwa razy tyle. – Sami montowaliśmy i pakowaliśmy pierwsze partie drukarek dla osób, które wsparły naszą kampanię na KickStarterze – wspomina Tomasiak.

Przy okazji Zortrax został pierwszą polską firmą, której udało się zebrać w ten sposób pieniądze; co więcej, olsztyński biznes wyróżnia się tym, że dowiózł swój produkt – w przeciwieństwie do wielu innych, podobnie sfinansowanych przedsięwzięć, które albo nie dochodziły do skutku w ogóle, albo upadały na wczesnym etapie działalności biznesowej z powodu braku środków. Zortrax już na wczesnym etapie (w 2014 r.) wyemitował obligacje (wykupił je w br.), które zapewniły firmie środki na dalszy rozwój.

W tym roku Zortrax wybiera się na giełdę (akcjonariusze już podjęli decyzję w tej sprawie). Debiut będzie jednak miał miejsce w zupełnie innej atmosferze wokół druku 3D niż kilka lat temu. Entuzjazm wokół technologii lekko ostygł; symboliczna jest chociażby sytuacja firmy Maker Bot (jej drukarka trafiła na okładkę magazynu „Wired” z 2015 r. z podpisem „Ta maszyna zmieni świat”), która ze względów oszczędnościowych musiała zwolnić większość swojej załogi oraz zamknęła wszystkie salony sprzedaży w USA. W zastosowaniach profesjonalnych drukarkom 3D nie udało się wyjść poza prototypy, m.in. przez wzgląd na prędkość druku. Nie są one również na razie w stanie zastąpić tradycyjnych metod produkcji elementów opartych na skrawaniu i obróbce, które są szybsze.

Tomasiak jednak się nie zraża; jego optymizm uzasadniają analizy rynkowe, które wróżą wzrosty wolumenu sprzedaży o kilkadziesiąt procent rocznie przez najbliższych pięć lat. – Druk 3D będzie technologią coraz częściej spotykaną zarówno w małych, jak i średnich przedsiębiorstwach. Jeżeli chodzi o producentów, to zapewne zauważymy pewną konsolidację rynku, gdzie zostaną gracze z ugruntowaną pozycją i dobrą strategią na dalszy rozwój. Wciąż dostosowujemy portfolio produktowe do potrzeb kluczowych rynków – mówi prezes.

OPINIA

Wyróżnia ją nie tylko futurystyczna technologia, ale także unikalne podejście do biznesu: równą wagę przykłada się w firmie do rozwoju samej innowacyjnej technologii, jak i jej atrakcyjnego „opakowania”, globalnej ekspansji oraz efektywnego finansowania rozwoju.

Polska gospodarka bardzo potrzebuje takich wizjonerskich przedsięwzięć jak Zortrax, które swoim przykładem udowadniają, że warto uczynić firmowym znakiem rozpoznawczym innowacyjność i dużą wartość dodaną.

PARTNER

źródło: Materiały Prasowe