Już po wejściu w życie nowelizacji ustawy o nadzorze, która przyzna potężne uprawnienia KNF, zawędrujemy w ograniczaniu swobody w sieci znacznie dalej, niż przewidywała to ACTA. Ta, przeciwko której tysiące ludzi wyszły na ulice.

Jednym z głównych tematów debaty publicznej była ostatnio informacja o chęci przejęcia kontroli nad siecią przez PiS. To za sprawą „Gazety Wyborczej”, która w roboczym projekcie noweli ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, przygotowanym w kierowanym przez Annę Streżyńską Ministerstwie Cyfryzacji, dopatrzyła się zagrożenia dla demokracji.

Streżyńska szybko zabrała głos. Stwierdziła, że nigdy nie wprowadzi rozwiązań uderzających w internautów. Równie prędko wypowiedzieli się eksperci, w większości po stronie szefowej resortu. Katarzyna Szymielewicz, prezeska Panoptykonu, fundacji zajmującej się m.in. oceną poczynań władz w sferze cyfrowej, publikację „GW” nazwała „bardzo nierzetelną”.

Fałszywy alarm? Zagrożenia brak? Nic z tych rzeczy. Nieprawdą jest, że Anna Streżyńska chce dać PiS kontrolę nad siecią. Od samego początku urzędowania opowiada się przeciwko wszelkim autorytarnym zapędom skierowanym w stronę WWW. Ale nieprawdą jest i to, że Prawo i Sprawiedliwość dopiero chce przejąć kontrolę nad siecią. Rządząca partia już to robi. Sama Streżyńska w lipcu 2016 r. jedno z rozwiązań, które weszło następnie w życie, uznała za „ingerujące głęboko w prywatność oraz neutralność internetu”.

Metoda PiS jest dość prosta. Nie uderza bezpośrednio w samych internautów, nie wprowadza się dla nich żadnych zakazów ani nakazów. Blokuje się – tylko i aż – dostęp do określonych witryn. Których? Tych, do których dostęp Polaków byłby niepożądany. A o tym, do których stron dostęp jest niepożądany, najpierw co do kierunku decydują politycy, a następnie, już w szczegółach – urzędnicy Ministerstwa Finansów i już niebawem członkowie Komisji Nadzoru Finansowego.

Obecnie blokowany jest dostęp do stron firm bukmacherskich, które w Polsce nie płacą podatków (stosowna ustawa obowiązuje od 1 kwietnia 2017 r.), za chwilę będą to strony przedsiębiorców uznanych przez KNF za nieuczciwych (resort finansów już przygotował projekt). Złośliwi – pół żartem, pół serio – mówią, że w katolickim kraju powinny być zablokowane strony z pornografią. Ale wtedy, dodają, istniałoby za duże ryzyko, że Polacy jednak w proteście wyszliby na ulice.

Apel bez efektów

Nowelizacja ustawy o grach hazardowych, która wprowadza mechanizm blokowania stron firm bukmacherskich nieposiadających zezwolenia wydanego przez ministra finansów (i nieodprowadzających w Polsce podatków), weszła w życie 1 kwietnia 2017 r. (w pełni funkcjonuje od 1 lipca). Od tego dnia działa Rejestr Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych. Niezgodnie z ustawą. Urzędnicy wpisują do niego domeny internetowe, które przedsiębiorcy telekomunikacyjni mają obowiązek zablokować. Jeśli tego nie uczynią, narażą się na kary idące w setki tysięcy złotych. Obecnie w rejestrze znajduje się 913 pozycji. Codziennie przybywają nowe.

– Blokowanie stron nie jest skutecznym narzędziem. Istnieje kilka technicznych możliwości obejścia blokady i są one powszechnie dostępne – mówi Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo. Ten sam argument w toku prac nad ustawą wysuwała zresztą minister Streżyńska. „Najskuteczniejszym mechanizmem (...) jest zablokowanie przepływów finansowych do podmiotów czerpiących zyski z »nielegalnego hazardu«. Wydaje się, że to rozwiązanie może być rozwiązaniem optymalnym i gwarantującym zamierzony przez wnioskodawcę efekt, a tym samym nieingerującym głęboko w prywatność oraz w neutralność internetu. Ponownie więc proponuję dopracować w projekcie ustawy przepisy regulujące skutki prawne zawarcia umowy na dostarczanie usług finansowych i zrezygnować z zamiaru blokowania stron internetowych jako mechanizmu niedającego skutecznego efektu” – tak pisała do sekretarza Rady Ministrów.

Apele Streżyńskiej nie przyniosły efektu. Co prawda resort finansów złagodził w projekcie przepisy dotyczące blokowania domen, ale z nich nie zrezygnował. To, co udało się wywalczyć – urzędnicy w resorcie nie kryli, że zmiana nastąpiła wskutek tekstu DGP oraz krytycznego stanowiska Fundacji Panoptykon – to jednoznaczne przesądzenie, że blokowane będą jedynie domeny podmiotów oferujących gry hazardowe, a nie także tych wymieniających nazwy firm na cenzurowanym (zablokowana zostałaby np. strona GazetaPrawna.pl, jako że piszemy o rynku bukmacherskim, także tym nielegalnym). Wprowadzono też mechanizm kontrolny. Pierwotnie od decyzji urzędników resortu finansów o wpisaniu domeny na listę blokowanych przysługiwało odwołanie do ministra finansów. Na finiszu prac nad ustawą wprowadzono jednak kontrolę sądową. Decyzję o umieszczeniu w rejestrze można po prostu zaskarżyć. I – jeśli dobrze pójdzie – po dwóch, trzech latach uzyskać wykreślenie domen z ministerialnego wykazu zakazanych.

Krzysztof Izdebski, podkreślając nieskuteczność blokowania domen, ma mocne argumenty. Po pierwsze, łatwo o pomyłkę przy wpisywaniu domeny na listę. Na dowód wystarczy przytoczyć, że Ministerstwo Finansów umieściło na niej (na krótki czas) jedną ze swoich stron internetowych. Po drugie, zabezpieczenia bardzo prosto obejść. W internecie roi się od poradników, dzięki którym w ciągu minuty można wejść na stronę, na którą oficjalnie wstępu nie ma. Po trzecie, trwa nieustanny wyścig urzędników z tzw. nielegalnymi bukmacherami. 24 sierpnia do rejestru blokowanych domen dopisano dwie zarządzane przez firmę BetClic. 26 sierpnia BetClic poinformował użytkowników, że mogą na strony bukmachera dostać się, korzystając z innych adresów WWW. Te na razie są dostępne.

Ministerstwo Finansów – mimo zastrzeżeń – uważa, że blokowanie domen jest świetną decyzją. Chwaliło się nią kilka tygodni temu u nas na łamach. Na dowód wskazano, że w drugim kwartale tego roku liczba zakładów wzajemnych (czyli przede wszystkim obstawianie wyników zdarzeń sportowych) zawartych przez internet u bukmacherów posiadających zezwolenie na prowadzenie działalności w naszym kraju zwiększyła się o 119 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Trudno sądzić, by internauci rzucili się do gry. Po prostu zmienili bukmacherów, u których grają, na tych, na których strony łatwiej się dostać. Wzrastają też przychody firm odprowadzających w Polsce podatki. Z kwartału na kwartał zwiększyły się o ponad 30 proc. – Mimo krótkiego okresu obowiązywania nowej ustawy o grach hazardowych efekt został osiągnięty – uznał wiceminister finansów Piotr Walczak. I nie krył zadowolenia, że lepszy los legalnych bukmacherów to korzyści dla Skarbu Państwa. Tylko w 2017 r. dzięki tej zmianie wpłynie do budżetu o ok. 250 mln zł więcej z podatku od gier niż przed rokiem.

Jakkolwiek więc wprowadzone ograniczenia można obejść, większości internautów tego się nie chce robić. Wybierają rozwiązania prostsze. Krzysztof Izdebski zwraca jednak uwagę, że w krytyce blokowania domen nie chodzi tylko o to, czy to rozwiązanie skuteczne, czy nie. – Tworzenie i rozszerzanie katalogu zablokowanych stron rodzi poważne wątpliwości w kontekście wolności wyrażania opinii. Nie istnieją w polskich przepisach praktyczne rozwiązania gwarantujące przejrzystość procesu blokowania. Przedstawione propozycje kontroli sądowej są iluzoryczne – podnosi ekspert Fundacji ePaństwo.

W ostatnich latach sądy administracyjne coraz częściej orzekają, że urzędy nie muszą udzielać informacji obywatelom o tym, w jaki sposób realizują swoje uprawnienia. Sędziowie używają argumentacji nazwanej ad terroristum. W skrócie: żyjemy w tak niebezpiecznym świecie, że trzeba pozwolić urzędnikom oraz służbom specjalnym działać. Niech robią, co chcą, byleby tylko było bezpiecznie.

>>> Czytaj też: Budżet nie uwzględnia reformy emerytalnej. System zmieni się dopiero w 2019 roku?

Pomyłki urzędników

– Czy planują państwo wprowadzenie blokowania domen w innych gałęziach gospodarki niż hazard? – takie pytanie zadałem wiceministrowi finansów Wiesławowi Janczykowi pod koniec marca 2017 r. Jego odpowiedź była jednoznaczna: „Nie, nie planujemy”. Minister przyznał, że to skuteczny mechanizm, ale jego stosowanie groziłoby posądzeniem o chęć zawłaszczenia sieci. Z takimi zarzutami zaś rząd mierzyć się nie chce. Dlatego na grach hazardowych należy skończyć.

Maj 2017 r. Panoptykon zdobywa projekt nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. A w nim zapisano mechanizm umożliwiający blokowanie domen internetowych tych przedsiębiorców, którzy zostali wpisani na listę ostrzeżeń publicznych prowadzoną przez Komisję Nadzoru Finansowego (a w szczególnych przypadkach można by zablokować domeny wykorzystywane także przez tych przedsiębiorców, którzy na listę jeszcze wpisani nie są). – To bardzo zła propozycja. Wręcz fatalna – twierdziła wówczas Dorota Wolicka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Nie minęło pół roku od przyjęcia w Polsce pierwszej ustawy, która przewiduje blokowanie stron internetowych, a już mamy kolejny projekt. To efekt, przed którym wielokrotnie ostrzegaliśmy, krytykując podobne pomysły w przeszłości. Przekroczenie Rubikonu, jakim było dopuszczenie politycznej ingerencji w infrastrukturę komunikacyjną internetu, powoduje, że każdy kolejny krok będzie, niestety, mniej szokujący dla społeczeństwa i łatwiejszy dla władzy – przestrzega Wojciech Klicki z Panoptykonu.

Ministerstwo Finansów uspokaja. Wyjaśnia, że projekt przewidujący nadanie większych uprawnień KNF przygotowała sama komisja. Nie jest to więc propozycja ministerialna.

4 lipca 2017 r. DGP informuje, że projekt opracowany przez KNF został uznany przez resort finansów za właściwy i zostaną podjęte nad nim dalsze prace. Jeden z urzędników MF mówi nam, że potrzebna jest odpowiedź na działalność firm, jak choćby Amber Gold. Ta spółka, choć przez KNF została „naznaczona” przez umieszczenie jej na liście ostrzeżeń publicznych, dalej prowadziła swoją działalność. I atakowała komisję, sugerując, że chce ona dobić rodzimą firmę. Było to możliwe między innymi dlatego, że opieszałość wykazywały prokuratura i sądy. – Chcemy uniknąć takich sytuacji. A niestety nadal wymiar sprawiedliwości jest nierychliwy. Stąd potrzeba zmian – mówi urzędnik MF.

12 lipca 2017 r. Nasze doniesienia się potwierdzają. Resort finansów publikuje projekt ustawy. W uzasadnieniu wskazuje, że „projektowane rozwiązania przewidują prowadzenie przez KNF rejestru domen internetowych, które będą podlegały obligatoryjnemu blokowaniu przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do sieci internet”. Od decyzji komisji, od wpisania domeny do rejestru przedsiębiorca będzie mógł wnieść sprzeciw. Będzie on rozpatrywany przez KNF.

Dorota Wolicka, która krytykowała pomysł w maju, dziś nadal uważa go za zły. Jej zdaniem cel bez wątpienia jest słuszny. Nikt z nas nie chce, aby piramidy finansowe kradły ludziom pieniądze. Rzecz w tym, że przyjmuje się rozwiązanie, które może rykoszetem uderzyć w wielu uczciwych przedsiębiorców.

Dokładne przypatrzenie się liście ostrzeżeń publicznych dowodzi, że nie jest ona idealnym narzędziem. Urzędnikom zdarzają się pomyłki. Nie można też wszystkich na niej umieszczonych potraktować jedną miarą – jako oszustów. Na początku lipca na liście znajdowało się ponad 160 podmiotów. A wśród nich choćby T-Mobile Polska, Biuro Maklerskie Alior Bank czy Dom Maklerski Pekao, których nikt nie posądza o przestępczą działalność. Już w 49 na te ponad 160 przypadków prokuratura lub sądy nie podzieliły zastrzeżeń KNF co do bezprawnego charakteru prowadzonej działalności przez podmiot wpisany na listę ostrzeżeń publicznych. Nawet więc jeśli dany przedsiębiorca dopuścił się nieprawidłowości, nie były one na tyle znaczące, by uznać go za łamiącego prawo karne. – Dość łatwo można wyobrazić sobie w świetle projektowanych przepisów zablokowanie dostępu do strony internetowej małego przedsiębiorcy. Po kilku latach okaże się, że urzędnicy się pomylili. Ale firmy już nie będzie – wskazuje Dorota Wolicka.

Politycy PiS od kilku miesięcy mówią o potrzebie rozprawienia się z fake newsami. W pewnym zakresie odpowiedzią na te potrzeby ma być opracowywany w resorcie cyfryzacji projekt nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Ten, który – jak się okazuje – nie jest wcale taki zły. Jakub Kralka, autor bloga TechLaw.pl oraz szef zespołu Bezprawnik.pl, ma jednak obawy związane z rozwiązaniami dotyczącymi walki z kłamstwem w internecie.

– Pogłoski o niektórych zmianach w ustawie wkomponowują się nieco w teorię o pełzającym zamachu na internet, bo niejako dokonano by „wywłaszczenia” usługodawców internetowych z ich własnych stron – twierdzi. I dodaje, że motywacji politykom można przypisać pewną słuszność, gdy zauważy się, że Facebook czy Google stały się internetem samym w sobie, zaś administratorzy tych serwisów regularnie już podejmują arbitralne decyzje o ustalonej linii politycznej.

– Muszę jednak w tym wypadku stanąć w obronie własności prywatnej oraz prawa administratora do decydowania o tym, co znajduje się w witrynie, którą z własnej inicjatywy powołał, z własnej inicjatywy prowadzi i z własnej inicjatywy finansuje. Moje obawy wzbudza nie tylko sam pomysł, lecz także liczne problemy, z którymi administratorzy spotkaliby się w praktyce. Wliczając w to scenariusze, w których przedsiębiorcy internetowi stają się zakładnikami internautów, także tych zatrudnianych profesjonalnie przez partie polityczne – zaznacza Jakub Kralka.

Chodzi przede wszystkim o to, jak miałaby wyglądać walka z fake newsami. Resort cyfryzacji skłania się ku wprowadzeniu modelu oddolnej weryfikacji – obywatelskiej. Czyli to nie wybrana komisja oceniałaby, która informacja w sieci jest prawdziwa, a która fałszywa, lecz sami internauci. To jednak też pewne zagrożenie. W e-świecie toczy się wiele politycznych wojen. Mogłoby się więc okazać, że ocena prawdziwości informacji miałaby niewiele wspólnego z faktami. Decydowałoby to, czy się z danym artykułem zgadzamy. I tu pojawia się kluczowa wątpliwość: czy w takim razie treści uznane za fake newsy należy usuwać z internetu, czy jedynie oznaczać? Eksperci skłaniają się ku temu drugiemu rozwiązaniu. Większość polityków opcji rządzącej – raczej ku temu pierwszemu.

Bardziej niż ACTA

Fachowcy działania rządu z politycznego punktu widzenia oceniają jako sprawne. Bo czy nie chcemy być wolni od zagranicznych firm niepłacących w Polsce podatków? Czy żal nam właścicieli Amber Gold oraz wielu innych biznesów, które doświadczeni urzędnicy uważają za piramidy finansowe? Wreszcie, czy jest ktokolwiek, kto popierałby umieszczanie kłamstw w sieci? Odpowiedzi wydają się oczywiste. Dlatego każde z tych rozwiązań zyskuje poparcie. Eksperci jednak przestrzegają, że warto przyjrzeć się całokształtowi, poukładać puzzle. Wtedy ten obraz może być zupełnie inny.

– Nie napawa optymizmem tendencja do blokowania coraz większej kategorii stron internetowych – twierdzi Krzysztof Izdebski. – Nie ma kodeksu internetu. Nie da się więc go zmieniać tak jak choćby ustawy o Sądzie Najwyższym. Nie wiem więc, czy mamy obecnie do czynienia ze zbiegiem okoliczności, czy sprytem ustawodawcy i pełzającym zamachem na wolność internetu w Polsce – zastanawia się Jakub Kralka.

Niezależnie od odpowiedzi na to ostatnie pytanie: już po wejściu w życie nowelizacji ustawy o nadzorze, która przyzna potężne uprawnienia KNF, zawędrujemy w ograniczaniu swobody w sieci znacznie dalej, niż przewidywała to ACTA. Ta, przeciwko której tysiące ludzi wyszły na ulice. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Rząd planuje inwestycje z dużym rozmachem. MON, drogi i Zalew Wiślany