To paliwowy paradoks. Cały czas mówimy o konieczności uniezależnienia się od gazu z Rosji. Zbudowaliśmy terminal, dzięki któremu statkami przypływa do nas gaz skroplony z Kataru czy USA. Chcemy budować rurociąg Baltic Pipe, dzięki któremu sprowadzimy gaz z Norwegii. Wszystko po to, by dywersyfikować dostawy tego paliwa. Tymczasem w przypadku węgla robimy na odwrót – coraz więcej sprowadzamy go z Rosji.

A to dlatego, że – z punktu widzenia nie tylko ekonomii – po prostu nie mamy wyjścia.

Była górka, jest dziura

Polska jest największym w Unii Europejskiej i drugim co do wielkości na kontynencie (po Rosji) producentem węgla kamiennego. To nasz strategiczny surowiec obok węgla brunatnego. Z węgla ogółem produkujemy 83 proc. energii elektrycznej, z czego około dwóch trzecich właśnie z kamiennego. To do spalania tego paliwa przygotowywane są w tej chwili największe inwestycje w naszej energetyce, czyli m.in. blok o mocy 1075 MW w elektrowni w Kozienicach, 910 MW w Jaworznie oraz dwa bloki po 900 MW każdy w Opolu. W planach jest także ok. 1000 MW nowych mocy w Ostrołęce i ok. 500 MW w sąsiedztwie lubelskiej kopalni Bogdanka.

O ile jednak tzw. energetyka zawodowa na razie pokrywa zapotrzebowanie na paliwo krajowym surowcem, pozostali konsumenci zaczynają mieć problemy. Powodów nie brakuje. Przede wszystkim – rodzimego węgla jest coraz mniej. W niektórych kopalniach kończą się złoża, inne zakłady zostały zamknięte z powodów ekonomicznych. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy do czynienia z ogromną nadpodażą węgla – nie tylko w Polsce, lecz także na rynku globalnym – dziś mówimy o potężnej dziurze.

Treść całego wywiadu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Niemcy i USA mogą zablokować budowę Nord Stream 2. Nie chcą jednak drażnić Gazpromu