Chodzi mi o osoby, które zdecydowały się na inwestycje, korzystając z porad ludzi pracujących w uznanych instytucjach finansowych. A teraz płaczą, że zamiast obiecanego zysku tylko tracą. Przede wszystkim zaskakuje nieprawdopodobna ufność, z jaką traktowani są wszelkiego rodzaju doradcy finansowi. Gdyby nieznajoma osoba przyszła do nas wprost z ulicy i zaproponowała niesamowitą superhiperinwestycję, większość z nas wyrzuciłaby ją z domu i poszczuła psem lub kotem.

Jednak wystarczy tę samą osobę odziać w przyzwoity garnitur czy dobrze leżącą garsonkę, posadzić za biurkiem w biurze obsługi klienta i już jesteśmy gotowi beztrosko oddać jej swoje oszczędności. Tymczasem przy inwestowaniu zawsze trzeba pamiętać, że doradca nie działa w naszym interesie. Choćby z tego prostego powodu, że nie jest przez nas opłacany. Płaci mu bank, ubezpieczyciel czy fundusz inwestycyjny, choć nie zawsze bezpośrednio.

Taka osoba musi wykonać określony plan sprzedaży, aby np. otrzymać premię. I – szczerze mówiąc – premia jest dla doradcy często ważniejsza niż nasze zyski, które przecież w biznesie finansowym nigdy nie są pewne. To oznacza, że jeśli doradca proponuje nam nowy superprodukt, to robi tak niekoniecznie dlatego, że to naprawdę najbardziej korzystne dla nas rozwiązanie. Zazwyczaj największe znaczenie ma tu prowizja. A ona z kolei jest tym większa, im więcej na produkcie zarabia instytucja finansowa (oraz – zwykle – im bardziej jest on skomplikowany). A większy zarobek instytucji zmniejsza zysk, który powinien przypaść nam. Dlatego warto takiego doradcę sprawdzić. Ot, choćby poprosić go o spisanie tych wszystkich wad oraz zalet produktu, o których nam opowiadał kwadransami, dziwnie mocno koncentrując się na przyszłych zyskach. A jak spisze, niech to podpisze, choćby po to, abyśmy mogli do niego wrócić już po tym, jak ze wszystkimi aspektami zapoznamy się jeszcze w domu.

Koniecznie w domu, bo na żadną inwestycję nie należy się decydować przy biurku doradcy. Trzeba się zastanowić nad jej celem i naszymi potrzebami nie tylko przed wizytą w instytucji finansowej, ale także po niej. Generalnie w każdym biurze dość łatwo wchodzimy w rolę petenta, który powinien szybko załatwiać swoje sprawy, bo inni czekają. A pośpiech, jak wiadomo, zyskom nie służy. Poza tym, mając w garści informację o tym, jaki produkt nam się poleca, możemy dowiedzieć się o nim więcej choćby z pomocą internetu czy znajomych. A także mamy czas na spokojne przeczytanie wzorów umów. Czasem sama umowa to dość prosty kwitek, który ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka nie kryje w sobie żadnego ryzyka. Jednak obecnie standardem jest to, że poza umową są przeróżne regulaminy, ogólne warunki oraz tabele opłat oraz prowizji. Zwykle w nich właśnie kryją się mniej lub bardziej ukryte zapisy, o które łatwo się potknąć (czyli stracić). I – niestety – trzeba wierzyć papierowi.

Jeśli bowiem usłyszeliśmy, że ubezpieczenie wymaga tylko jednorazowej wpłaty, a zapisy mówią o konieczności wpłacania składek przez pięć lat, to niestety doradca nie powiedział prawdy. Oczywiście, wiele zapisów jest niezrozumiałych dla laika. Tym bardziej warto skorzystać z pomocy internetu, gdzie łatwo można znaleźć wyjaśnienia trudnych terminów. A jeśli tych wyjaśnień znaleźć nie możemy, po prostu zrezygnujmy z takiego produktu. Po co kupować coś, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć? Wiele osób starszych preferuje proste telefony komórkowe, bo smarftony są dla nich zbyt skomplikowane i mają za dużo opcji.

Jednocześnie ci sami ludzie decydują się na zakup produktów, w których zawarte jest mniej więcej tyle inżynierii finansowej, co patentów elektronicznych w iPhone’ie. Zrozumienie produktu ma również i tę zaletę, że mniej więcej wiemy, czego się spodziewać. Przy tych skomplikowanych trudno oszacować ewentualne zyski, a więc także i ryzyko straty. Więc kiedy już wystąpi, często czujemy się oszukani. Po takiej dokładnej analizie można wrócić do doradcy finansowego i ewentualnie kupić to, co nam zaproponował. Jeśli produkt nadal budzi wątpliwości, trzeba nękać doradcę pytaniami, aż dowiemy się tego, czego chcemy. Bo podczas wizyty w instytucji finansowej trzeba jeszcze pamiętać i o tym, że to jej i jej pracownikom zależy na naszych pieniądzach. I to oni powinni się starać, aby na nie zasłużyć. W końcu konkurencja na tym rynku jest spora, a ostateczną opcją zawsze jest skarpeta.