Do pokazywania nierówności w rozkładzie dochodów najczęściej jest używany wskaźnik wymyślony przez włoskiego statystyka Corrado Giniego. Współczynnik ten jest miarą nierównomiernego rozkładu wartości. W sytuacji skrajnej, gdy jedna osoba ma wszystkie dochody w całym społeczeństwie, przyjmuje on wartość 1 albo 100. Gdy mniej osób gromadzi więcej dochodu, jest on wyższy, co oznacza, że dochody w danym społeczeństwie są bardziej nierówne.

Prawie bez zmian

Według danych Banku Światowego nierówności społeczne mierzone wskaźnikiem Giniego zmieniły się bardzo niewiele. W 1985 r., czyli od kiedy bank ma najstarsze szacunki dla Polski, indeks wynosił 25 pkt, w 1989 r. 28 pkt, a w 1996 r. prawie 33 pkt. Wskaźnik podniósł się jeszcze w 2002 r. kiedy osiągnął wartość 34 pkt i 2004 r. (35 pkt) od tego czasu zmniejsza się – w 2011 r. wynosił niecałe 33 pkt.

Według obliczeń OECD wskaźnik Giniego wynosił 38,1 pkt w 2004 r., by spaść do poziomu 30,4 pkt w roku 2011. Ciekawe w obliczeniach ekonomistów z Paryża jest to, że wskaźnik przed wyrównującymi dochody osób ubogich czy emerytów transferami społecznymi wynosiłby 46,6 pkt Na tle krajów OECD to umiarkowana różnica, ale wynika ona z tego, że aby otrzymywać świadczenia społeczne w Polsce, dopuszczalne dodatkowe dochody są bardzo niskie.

Do tych porównań między krajami i w latami także trzeba podchodzić z dużą ostrożnością, choćby dlatego, że te same badania budżetów gospodarstw domowych rok do roku często są ze sobą nieporównywalne. Takie zarzuty pojawiają się m.in. wobec wszystkich polskich danych liczonych przed 2005 r.

Według Eurostatu nierówności w Polsce maleją. W 2005 r., kiedy po raz pierwszy urząd przeliczył wskaźnik Giniego dla Polski na podstawie badania EU SILC, miał on wartość 35,6 pkt, rok później już 32,3 pkt, a z każdym kolejnym rokiem malał, by w 2013 r. wynieść 30,7 pkt (średnia unijna wynosi 30,5 pkt). Niższy współczynnik Giniego mają postkomunistyczne Czechy czy Słowacja oraz kraje skandynawskie.

Patrzenie na nierówności społeczne tylko z perspektywy ostatnich lat może być jednak nieuprawnione, bo najczęściej to, co się dzieje w danym kraju, jest wynikiem dłuższych procesów: gromadzenia kapitału materialnego, wiedzy czy tworzenia możliwości rozwojowych przez edukację, dostęp do ochrony zdrowia, swobodę przemieszczania się itd. Dane zgromadzone przez helsiński UN University pokazują, ile wynosiły przeciętne historyczne nierówności w Polsce. Pewnym ograniczeniem jest to, że odczyty te były zbierane przez wiele lat z różnych badań, które nie są ze sobą do końca porównywalne.

PRL był krajem o relatywnie niewysokich dysproporcjach społecznych. Nierówności dochodowe jeszcze w 1956 r. wynosiły 27 pkt, a pod koniec rządów Władysława Gomułki w 1965 r. osiągnęły 26 pkt. Gdy w 1970 r. do władzy dochodził Edward Gierek, osiągnęły poziom 23 pkt. Sześcioletni okres wzrostu gospodarczego epoki gierkowskiej to wzrost nierówności społecznych do podobnego poziomu jak w latach 50., ale kolejne jej lata to ich obniżenie aż do najniższego poziomu 20 pkt w latach 1981 i 1982 r., czyli w czasie stanu wojennego.

U progu niepodległości – w 1989 r. – nierówności społeczne w Polsce wynosiły 25 pkt. Od początku lat 90. systematycznie rosły, by osiągnąć szczyt w latach 2002–2005, kiedy według dostępnych danych oscylowały wokół 34–35 pkt. Był to okres największej dekoniunktury na polskim rynku – bezrobocie sięgało 20 proc., a do gospodarki (w tym rolnictwa) nie napływały jeszcze miliardy ze środków europejskich. Dziś nierówności są na poziomie 30–31 pkt, czyli takim samym, jak pod koniec lat 90. Od 2006 r. widoczny jest coroczny spadek nierówności, który jednak wcale nie musi być związany z tym, że Polska jest tak egalitarnym państwem i społeczeństwem.

>>> Polecamy: Rosjanie potrafią radzić sobie z kryzysem. Gospodarka cofa się znad przepaści

Kraj chłopów

Jak słusznie zauważa socjolog Henryk Domański w wywiadzie dla „Gazety Wyborczejˮ, przez zmianę struktury klasowej w Polsce – zmniejszenie się klasy rolnej – zmniejszają się też nierówności. Ludzie pracujący w rolnictwie zarabiają mało, a w małorolnych gospodarstwach często wręcz wegetują. W tym samym okresie, kiedy w Polsce spadał wskaźnik nierówności, z 16 do 12 proc. siły roboczej zmniejszał się też odsetek pracujących w rolnictwie.

W Polsce współczynnik Giniego był zawsze wyższy niż w innych społeczeństwach Europy Środowej i Wschodniej ze względu na stosunkowo wysoką liczebność rolników, którzy tradycyjnie lokują się na dole drabiny dochodowej. Według danych Banku Światowego w ostatniej dekadzie wskaźnik Giniego wynosił w Polsce przeciętnie 34 pkt, a zatrudnienie w rolnictwie 16 proc. W pierwszej dziesiątce krajów o najwyższych nierównościach w Europie tylko trzy mają zatrudnienie w tym sektorze niższe niż 10 proc. W Rosji indeks Giniego wynosi 38 pkt, a co dziesiąty zatrudniony pracuje w rolnictwie, w Turcji to odpowiednio 40 pkt i 28 proc., a Macedonii 40 i 28.

Zależność występuje tylko w jednej na trzy gospodarki Europy. Na Słowacji współczynnik Giniego wynosi tylko 28 pkt, a w sektorze rolnym pracuje tylko 4 proc. zatrudnionych, w Czechach jest podobnie (27 pkt i 4 proc. zatrudnionych).

Warto też pamiętać, że nierówności społeczne w Polsce to kwestia regionalna. Jak dowodzi Piotr Michoń, ekonomista z Poznania, największe różnice dochodowe w Polsce są w Katowicach. Wskaźniki Giniego jest tam na poziomie 46 pkt, czyli jak w USA. Nierówności są wysokie także w Tychach (41 pkt), Lublinie i obszarze suburbialnym (40 pkt), w Białymstoku (36 pkt), Sieradzu (37 pkt), Tarnowie (36 pkt) i Warszawie (35 pkt). Najmniejsze nierówności są w regionie otaczającym Białą Podlaską – wskaźnik Giniego wynosi w tym miejscu tylko 20 pkt. Niskie nierówności są też w Oświęcimiu i okolicach, a także w Kaliszu – wskaźnik wynosi tam niecałe 25 pkt.

Kraj bez oligarchów

W przeciwieństwie do wielu innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej Polska nie ma także prawdziwych oligarchów. Najbogatszy Polak – Jan Kulczyk – jest według rankingu „Forbesaˮ wart 3,8 mld dol. To dużo, ale o wiele mniej, niż zgromadzili miliarderzy z podobnych list z innych krajów naszego regionu. Jak pisze Jan Cieński w swojej ostatniej książce „Od towarzyszy do kapitalistów”, fortuna Kulczyka ma jednak wartość 0,73 proc. polskiego PKB. To więcej niż w przypadku Billa Gatesa, najbogatszego Amerykanina, którego majątek stanowi tylko 0,5 proc. PKB USA.

W sąsiednich Czechach Petr Keller, który podobnie jak Kulczyk brał udział w procesach prywatyzacji spółek, ma majątek wart 10,4 mld dol., ale jego majątek to astronomiczne 5 proc. PKB Czech. Na Ukrainie Rinat Achmetow – modelowy oligarcha ze Wschodu – ma majątek wart 12,2 mld dol., a to 6,8 proc. ukraińskiej gospodarki.

W rękach pięciu najbogatszych Polaków jest majątek wart 2,6 proc. PKB (12,8 mld dol.). Na Ukrainie to 15 proc. PKB, w Czechach 9,4 proc., a w Rosji astronomiczne 21 proc.

W Polsce nie ma też wielu milionerów. W 2014 r. na 1 tys. mieszkańców przypadało około 13 milionerów – osób, których majątek był wart więcej niż milion dolarów. To prawie trzy razy mniej niż u naszych sąsiadów Czechów (30) i o wiele mniej niż w Grecji (82 milionerów na 1 tys. mieszkańców). W krajach Europy Zachodniej są setki takich ludzi. W Finlandii przypada ich na 1 tys. mieszkańców 189, w Irlandii 200. Najwięcej na świecie jest takich osób w Szwajcarii – z 1 tys. mieszkających tam osób 820 ma majątki warte więcej niż 1 mln dol. Bardzo wysoko w tym zestawieniu są też Australijczycy, Norwegowie, Szwedzi i Amerykanie.

Polska ma za to większy odsetek milionerów niż Malezja, Brazylia, a także Rosja. W naszym kraju jest relatywnie więcej osób bogatych niż w Chinach, RPA czy krajach Ameryki Południowej. Na 1 tys. mieszkańców Polski przypada mniej więcej tyle samo milionerów co w Arabii Saudyjskiej i Meksyku.

>>> Czytaj też: Polacy nie chcą już budować domów. Czasy budowlanego boomu dawno minęły

Polscy prezesi nie zarabiają tak dużo

Według Petera Druckera, jednego z ojców współczesnego zarządzania, sytuacja, w której szef zarabia więcej niż dwudziestokrotność wynagrodzenia przeciętnego pracownika, szkodzi firmie: obniża zaufanie, wyzwala negatywne emocje i psuje morale. Propozycje sztywnego limitowania wynagrodzeń kadr zarządzających przetoczyły się przez debatę publiczną po 2008 r., jednak poza różnego rodzaju apelami niewiele z nich wynikło. Ograniczenie płac szefostwa do dwunastokrotności wynagrodzenia najgorzej uposażonego pracownika odrzucili w 2013 r. w referendum Szwajcarzy (2/3 było przeciw).

Dane z krajów rozwiniętych (źródło: OECD i sprawozdania spółek giełdowych) pokazują, że w większości przypadków rzeczywistość jest bardzo odległa od „zasady Druckeraˮ. Proporcja średniego wynagrodzenia prezesa do średniej płacy szeregowego pracownika wynosi w USA 354, w Kanadzie 206, w Szwajcarii 148, w Niemczech 147, a w Hiszpanii 127. W tym zestawieniu Polska wypada najbardziej egalitarnie, z proporcją średnich płac szefów spółek WIG20 do średniej krajowej wynoszącą 28. Dysproporcja jest też stosunkowo niska w Austrii (36), Danii (48) i Portugalii (53).

Można argumentować, że wynik Polski to skutek braku globalnych koncernów o polskiej proweniencji. To w światowych molochach proporcje płac prezesów i pracowników osiągają ekstremalne wartości (ponad tysiąckrotność w przypadku m.in. Oracle, Starbucks czy Nike), jednak Czechy czy Hiszpania również nie mają ich w nadmiarze. Dane nie uwzględniają też dodatkowych korzyści finansowych uzyskiwanych przez prezesów spółek giełdowych, jednak ten brak dotyczy wszystkich krajów w zestawieniu.

Nierówne możliwości

Nierówności nie dotyczą tylko różnic w grubości portfeli, ale też dostępu do zdrowia czy edukacji. Do opisania tego zjawiska ONZ-owska agenda ds. rozwoju stworzyła w 2010 r. wskaźnik rozwoju społecznego uwzględniający nierówności (Inequality-adjusted HDI, IHDI). Rozszerza on uwzględniający spodziewaną długość życia, liczbę lat spędzoną na nauce i dochód narodowy na mieszkańca pierwotny wskaźnik HDI o wskaźniki dotyczące możliwości osobistego rozwoju przeciętnego mieszkańca danego kraju.Pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy ktoś ma szanse na to, by wieść długie, zdrowe życie i realizować się, nie pokazuje jednak, jak bardzo nierówności społeczne zaburzają tę sytuację. Przy braku nierówności wskaźniki IHDI i HDI byłyby równe – im większa jest między nimi różnica, tym większe zróżnicowanie społeczne.

W 2013 r. Polska zajęła 35. miejsce w rankingu HDI – osiągnął on wartość 0,834 pkt. Po uwzględnieniu nierówności dochodowych, zdrowotnych i w dostępie do edukacji odczyt wskaźnika spada do 0,751 pkt, czyli o 9,9 proc. Dla porównania w Czechach ze względu na nierówności możliwości rozwojowe mieszkańców spadają tylko o 5,6 proc. Kraj ten po uwzględnieniu tej zmiany zostaje 15. najlepszym miejscem do życia na świecie (według rankingu na podstawie zwykłego HDI jest 28.). Na Węgrzech nierówności społeczne powodują spadek możliwości rozwoju dla Węgrów o 7,6 proc. Przeciętny spadek HDI powodowany nierównościami wynosi 12,3 proc. na świecie i 13,4 proc. w krajach OECD.

Polska jest więc krajem trochę bardziej egalitaryzującym niż Włochy czy Hiszpania, ale daleko nam do Czech, Słowacji, Szwecji czy Danii. Pod tym względem nasze państwo funkcjonuje gorzej niż kraje Europy Zachodniej, a także te, które wywodzą się z dawnego bloku wschodniego. W Polsce szanse na dobre życie niezależnie od pochodzenia są za to większe niż w Libanie, Argentynie, Meksyku czy Indiach.

>>> Polecamy: „Zrobiliśmy to, ponieważ byliśmy zbyt biedni”. Jak Estonia stała się internetową potęgą

Polska solidarna versus liberalna

Problem polskich nierówności dochodowych jest niedoświetlony – wydaje się, że wszyscy uczestnicy debaty są co do tego zgodni. Znamienne jest to, że brakuje nawet badań sondażowych, które pokazywałyby stosunek Polaków do tego rodzaju nierówności: w obecnym dziesięcioleciu CBOS pytał o to tylko raz, w 2010 r.

Większość Polaków widzi wartość w niepogłębianiu nierówności – woleliby, żeby sytuacja poprawiała się wolniej, ale dla wszystkich w podobnym stopniu. Z drugiej strony tylko 37 proc. respondentów uznaje za sprawiedliwe społeczeństwo, w którym nie ma ludzi bardzo biednych i bardzo bogatych. 58 proc. uważa, że jest słuszne, gdy za taką samą pracę otrzymuje się takie same wynagrodzenie, a za różne prace różną zapłatę. Osoby akceptujące nierówności dochodowe to częściej mieszkańcy miast (71 proc.) niż wsi (50 proc.), zaś za egalitaryzmem częściej optują osoby mniej wykształcone i gorzej sytuowane. Zamożni i wykształceni bronią status quo i najczęściej uznają nierówności za sprawiedliwe (79 proc.).

Polskie społeczeństwo jest pełne paradoksów, a stosunek do nierówności jest tego świetnym przykładem. Z jednej strony można uznać, że u Polaków dominują postawy libertariańskie – większość uważa, że lepiej, gdy obywatele płacą niższe podatki i sami decydują o tym, jak wydawać własne pieniądze na ochronę zdrowia, edukację i inne potrzeby. Zarazem jedynie 38 proc. Polaków uważało w 2010 r., że wszyscy są równi wobec prawa i mają równe szanse niezależnie od pochodzenia. 26 proc. twierdziło, że wszyscy mają równe szanse niezależnie od sytuacji materialnej. Wreszcie 91 proc. twierdziło, że różnice między biednymi i bogatymi są zbyt duże, a 87 proc. myśli tak o różnicach w zarobkach.

Polacy dostrzegają nierówności i są im przeciwni, jednak w większości odrzucają możliwość ich niwelowania za pośrednictwem państwa. Nieufność wobec władzy, doktrynalna antypaństwowość, często utożsamiana z antykomunizmem, jest w dużej mierze uzasadniona – efektywność polskich instytucji publicznych jest wątpliwa, co widać zarówno w codziennym doświadczeniu, jak i w międzynarodowych rankingach. Słabemu państwu trudno z ufnością powierzyć zadanie wzmacniania słabszych.

Z badań opinii publicznej nie da się wyczytać pomysłów na niwelowanie nierówności, w które sami Polacy mogliby uwierzyć. W większości obcy jest nam darwinizm społeczny, ale jesteśmy skłonni wierzyć, że bezrobotni i biedni są sami sobie winni, a każdy jest kowalem swojego losu. Częściej jesteśmy skłonni pomstować na bliżej nieokreślone siły, które doprowadzają do widocznych emanacji biedy, niż poważnie rozważać pomysły na reformy polityki społecznej czy fiskalnej, które mogłyby doprowadzić do realnej zmiany.