Praca

Praca

źródło: ShutterStock

Na przykład taki: rozwój technologii powoduje, że większość z nas zastępują roboty. Praca jest luksusem dostępnym dla 20 proc. społeczeństwa, z czego jeden procent ma zajęcie dające dochody i prestiż. Cała reszta – owe 80 proc. populacji w wieku produkcyjnym – nic nie robi, żyje z zasiłku i pławi się w niemądrych rozrywkach dostarczanych za darmo przez elitę. Żeby pariasi się nie buntowali.

Ale tych scenariuszy – mniej bądź bardziej możliwych – jest dużo więcej. Dla uproszczenia zrezygnujmy z ekstremalnych (co nie znaczy, że niemożliwych) typu wojna i katastrofy naturalne. Zajmijmy się tymi, które można sobie wyobrazić na podstawie istniejących trendów.

>>> Czytaj też: Jak Amazon namieszał na polskim rynku pracy

Za mało twardych danych

A więc jak będą wyglądały świat i Polska w 2000 r.? Czytelnicy, którzy przekroczyli 50. rok życia, pamiętają zapewne te prace domowe zadawane im przez nauczycieli, kiedy to musieli referować swoje wyobrażenia o owym niewyobrażalnym świecie przyszłości. Z perspektywy dziecka, które w 1970 r. miało osiem lat, to, co się wydarzy za trzy dziesięciolecia, było nie do ogarnięcia. Pamiętam te rysunki, pamiętam wypracowania, z których to można było się dowiedzieć, że ludzie będą mieszkali w sięgających nieba domach (prawda), latali bezzałogowymi statkami powietrznymi (prawie prawda), zdobywali wciąż nowe i nowe przestrzenie w kosmosie (nieprawda). Jednak w konstruowanie przyszłościowych scenariuszy byli zaangażowani nie tylko dzieci i pisarze (Stanisław Lem był w tym pędzie do odkrywania tajemnic przyszłości najbliższy realiom), lecz także naukowcy i eksperci wielkiego formatu. I co wyszło z ich założeń? Jak mówi prof. Elżbieta Kryńska, kierownik Katedry Polityki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego – nic. Niemal we wszystkim się mylili, choć mieli dobre chęci. Dlaczego? Bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć dynamiki zmian otaczającego nas świata. To, do czego jesteśmy zdolni, to przewidywanie przyszłości na podstawie dostępnych nam zmiennych. Brak nam nadzwyczajnej wyobraźni, zdolności prekognicyjnych właściwych wielkim wizjonerom i wróżkom.

Bo co możemy z największą pewnością powiedzieć o przyszłości – a zwłaszcza głównym temacie naszych rozważań, czyli rynku pracy za 25 lat – to demografia. Oczywiście z takim zastrzeżeniem, że społeczeństwo będzie wyglądało tak, a nie inaczej, pod względem struktury (m.in. wiek, płeć, przyrost naturalny, migracje) i jeśli nie nastąpi demograficzne i społeczne trzęsienie ziemi. To wykluczyliśmy z naszych kalkulacji.

Demografowie przewidują, że jeśli trendy nie ulegną rewolucyjnym zmianom, to za ćwierć wieku będziemy mieć w Polsce wielki niedobór rąk do pracy. Z prostego powodu: jeśli dziś, w 2015 r., w wieku produkcyjnym jest 24,4 mln Polaków, to za ćwierć wieku będzie ich zaledwie 22 mln. 2,4 mln potencjalnych pracowników wyparuje: jedni pójdą do nieba, a inni się nie urodzą, bo wciąż nie jesteśmy w stanie osiągnąć stanu zastępowalności pokoleń. Ale to nie wszystko. Ci w wieku produkcyjnym (a więc tym, kiedy się jeszcze nie ma uprawnień do świadczeń emerytalnych) będą dużo starsi niż dziś. Bo już obowiązuje granica 67. roku życia zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. I jeszcze jedna zmiana: będzie więcej emerytów, czyli osób w wieku poprodukcyjnym. Też starszych niż dziś, bo mających ponad 67 lat. A spodziewana długość życia ludzkiego też rośnie. Jeśli obecnie poprodukcyjniacy (mówimy tu o mężczyznach po 65. roku życia i kobietach po 60.) to grupa stanowiąca 18,6 proc. społeczeństwa (7,1 mln osób), to w omawianej przyszłości będzie ich już 23,6 proc. (8,4 mln). Tak więc grono potencjalnych pracowników zmniejszy się znacznie i zestarzeje. A w dodatku będą mieli na karku utrzymanie dużo większej niż dziś oraz dużo starszej grupy emerytów.

Nie będę powtarzała katastroficznych przepowiedni o walących się systemach emerytalnych, bo tę śpiewkę wszyscy znają. I już na nikim nie robi ona wrażenia.

Niemniej bardzo prawdopodobne jest to, że właśnie rok 2040 będzie tym, w którym wejdzie w życie kolejna reforma emerytalna. Już teraz kraje skandynawskie w związku z wydłużającą się przewidywalną długością życia ludzkiego zastanawiają się nad wprowadzeniem granicy 70 lat jako tej pozwalającej na przejście w stan spoczynku. – Nie wykluczam, że za dwie i pół dekady toast „Sto lat, sto lat”, tak chętnie dziś wznoszony przy okazji świętowania urodzin, będzie wykorzystany jako dżingiel towarzyszący kampanii społecznej mającej przekonać rodaków do dłuższego i bardziej wytężonego okresu pracy – śmieje się prof. Kazimierz Krzysztofek, socjolog z SWPS. I mruga okiem.

Ale może to jest tylko sposób, by otrzeć łzę, jaką uronił, myśląc o tych przyszłych pokoleniach pozbawionych świadczeń emerytalnych do zgrzybiałej starości. Tyle że, jak mówi prof. Elżbieta Kryńska, o ile stronę podażową – czyli ilość i jakość siły roboczej na rynku – można jeszcze przewidzieć, to już tej popytowej, czyli zapotrzebowania na nią, już nie bardzo. Za dużo zmiennych. Bo jeśli dziś wydaje się pewne, że – biorąc pod uwagę spodziewany niedobór rąk do pracy oraz teorię konwergencji (upodobniania się słabszych gospodarek do tych bogatszych) – wynagrodzenia w Polsce powinny wzrosnąć, to musimy wziąć pod uwagę, że w przyszłości przestaniemy być już tak konkurencyjni dla zagranicznych inwestorów, którzy zaczną się przenosić do ludniejszych i uboższych krajów. Jest też możliwe, że Polskę czeka najazd imigrantów ze Wschodu, gdyż obszar byłego ZSRR zostanie wyniszczony przeciągającym się konfliktem krymskim i sankcjami Zachodu. No, ale podstawowa wydaje się jednak inna kwestia.

>>> Czytaj też: Polacy tanią siłą roboczą - za 5 lat to przestanie zachęcać inwestorów

Czy w ogóle będzie praca?

To pytanie budzi uśmiech na ustach wielu osób, choćby dlatego że ludzkość zadaje je sobie od 85 lat, kiedy rzucił je John Maynard Keynes. Na konferencji w Madrycie przestrzegał: „Stajemy w obliczu epidemii nowej choroby: technicznego bezrobocia”. Pracę miały wkrótce zabrać nam roboty, ale jak do tej pory nic takiego się nie stało. Jednak także według całkiem współczesnego nam Jeremy’ego Rifkina (to fakt, kontrowersyjnego), który wydał w 1995 r. słynną książkę „Koniec pracy”, taki stan klęski nieurodzaju jest całkiem bliski. Jak prognozuje, w przyszłości zajęcie będzie miało zaledwie 20 proc. zdolnych do pracy osób. A cała wielka reszta, czyli 80 proc. populacji, nie będzie miała zajęcia. A to wszystko przez skokowy rozwój nowych technologii.

– W 2040 r. z pewnością będziemy chodzić razem z robotami po ulicach – zapewnia prof. Andrzej Wierzbicki z Instytutu Łączności, którego książka „Przyszłość pracy w społeczeństwie informacyjnym” wkrótce ukaże się drukiem. Jego zdaniem mamy już za sobą trzy wielkie przełomy techniczne, które w ostatnich dekadach zmieniły życie ludzi – w sensie zarówno społecznym, jak i gospodarczym, przemodelowując przy okazji rynek pracy. To wejście do szerokiego użytku komputerów osobistych, telefonów komórkowych oraz upowszechnienie internetu. A, jak twierdzi Wierzbicki, przed nami – a w zasadzie jesteśmy już w trakcie – kolejne trzy rewolucje. A więc powszechna robotyzacja oraz upowszechnienie sztucznej inteligencji (zwanej też inżynierią wiedzy), a także stosowanie w masowej skali biomedycyny (biotechnologii, nanotechnologii, inżynierii tkankowej) dla potrzeb profilaktyki i diagnostyki w ochronie zdrowia. Ten potrójny przewrót spowoduje automatyzację pracy – zarówno fizycznej, jak i umysłowej – na poziomie wręcz przemysłowym. – I to już wkrótce – przekonuje prof. Wierzbicki.

A to, że jeszcze nie doczekaliśmy się spełnienia przepowiedni futurologów? – Każdy przełomowy wynalazek potrzebuje sporo czasu od jego wymyślenia do upowszechnienia – tłumaczy. Telewizję wymyślono w 1870 r., ale do mieszkań na masową skalę zaczęła trafiać w 1960 r. Telefon komórkowy to był – jak wiele innych – wynalazek przeznaczony do użytku przez wojsko – 1943 r. Zaczął się upowszechniać w 1990 r. Albo komputery – te analogowe wymyślono w 1931 r., cyfrowe – w 1936 r., a zaczęły wchodzić pod strzechy dopiero pod koniec lat 70. XX w. Internet: 1948 – 1993. Czas od wynalazku do wdrożenia jest coraz krótszy, postęp dzieje się coraz dynamiczniej. Roboty już mamy, stosujemy, choć aby były one lekkie, tanie i całkiem humanoidalne, potrzebny jest dalszy rozwój mechatroniki. Co już następuje. A w połączeniu z tak lubianym przez pracodawców ciągłym uelastycznianiem rynku pracy spowoduje bardzo niebezpieczną sytuację: dla ludzi faktycznie zabraknie pracy. Robotom nie trzeba płacić, więc przedsiębiorcy za ich pomocą będą ciąć dalej koszty.

Na początku robotyzacja w największym stopniu wdarła się do przemysłu. Jednak kto stracił tam zatrudnienie, zawsze mógł poszukać zajęcia w sferze usług. Teraz trudno pokładać w nich nadzieję na przyszłość rynku pracy, bo proces zastępowania ludzi przez maszyny w tej branży już dawno się rozpoczął. Holandia zrobotyzuje centra logistyczne, coraz częściej też dzwoniąc do call center, rozmawiamy nie z człowiekiem, ale z maszyną. Na razie w Polsce jeszcze opłaca się zatrudniać telemarketerów, osoby pakujące paczki czy tych, co z części produkowanych w Chinach montują lodówki. Ale – co podnosi prof. Krzysztofek – kiedy cena pracy w Polsce zacznie rosnąć, te wszystkie centra i montownie znikną. Przeniosą się dalej na Wschód, albo – co jeszcze pewniejsze – będą obsługiwane przez wytwory współczesnej inżynierii. Już dzisiaj nastolatki nie dzwonią, wolą porozumiewać się za pomocą mobilnych aplikacji. W ten sam sposób kupują – ciuchy, muzykę, sprzęt. Zresztą nie warto pisać o tym, co już jest – tych automatycznych kasach w marketach, aplikacjach, dzięki którym zamiast zamawiać taksówkę, możemy znaleźć kogoś, kto ma wolne miejsca w aucie i nas podwiezie. Lada moment ulice zapełnią bezzałogowe auta i busy, w powietrze, obok dronów, wzniosą się także bezzałogowe samoloty pasażerskie. Na lotniskach, dworcach, w urzędach zamiast ludzkiej obsługi będą się uwijać holograficzne postaci botów. A więc – żegnajcie posady w usługach.

To co będziemy robić? Czym się zajmować? Dużo się – i słusznie – mówi o potrzebie reindustrializacji, samymi usługami nie rozkręci się gospodarki. Ale wielkie korporacje, które stać na takie inwestycje, u siebie będą zatrudniały tylko „głowy” – czyli najwybitniejszych, najbardziej kreatywnych specjalistów. Inżynierów, informatyków, speców od marketingu etc. Z kolei „ręce” będą outsourcingowane tam, gdzie najtaniej. Czyli już nie u nas.

Dlatego, jak twierdzi prof. Zenon Wiśniewski z UMK, warstwa prekariatu – wykształconych młodych ludzi, dla których nie starczy wykorzystującego ich potencjał zajęcia – będzie się powiększała. Tak samo jak nierówności w dochodach społeczeństwa. Rozwarstwienie społeczne będzie rosło, a wraz z nim frustracja i niezadowolenie. A to prosta droga do buntów, rewolucji, a nawet – do wojny.

>>> Czytaj też: Polacy nie chcą się dokształcać. Rynek pracy nam ucieka

Znowu solidarni?

To skrajnie pesymistyczny scenariusz, którego zdaniem autora „Przyszłości pracy w społeczeństwie informacyjnym” można uniknąć, zwiększając redystrybucję środków oraz umacniając solidaryzm społeczny. Bo ludzi, którzy z różnych przyczyn nie będą mogli pracować, trzeba będzie utrzymać. Coraz częściej mówi się o emeryturach obywatelskich, które będą przysługiwać wszystkim, bez względu na to, ile lat przepracowali i jaki kapitał udało im się zgromadzić. A w sytuacji, kiedy większość społeczeństwa nie będzie się nadawała do podjęcia pracy zarobkowej, być może trzeba będzie rozważyć dochód gwarantowany, czyli zasiłek pozwalający ludziom przeżyć i zaspokoić potrzeby. Także te wyższego rzędu. Szef Polskiej Akademii Nauk prof. Michał Kleiber nie wyklucza, że wróci, na nową, niespotykaną wcześniej skalę, zawód kaowca znanego z filmu „Rejs”, tylko takiego ogólnospołecznego, multimedialnego, a przemysł rozrywkowy będzie dużo ważniejszy niż dziś – bo czymś tych bezrobotnych trzeba będzie zająć.

Tylko skąd wziąć na to pieniądze? Od kryzysowego 2008 r. jesteśmy przekonywani, że lada moment system się zawali, że braknie środków na wydatki socjalne. – Tymczasem kiedy popatrzeć w dane, to okaże się, że przedsiębiorstwa prywatne płacą w ogólnym rozrachunku zaledwie 1 proc. CIT od swoich dochodów, kiedy w przypadku zwykłych obywateli i PIT jest to kilkanaście lub kilkadziesiąt razy więcej – diagnozuje prof. Wierzbicki. I przekonuje, że jeśli społeczeństwa będą chciały uniknąć wielkich wstrząsów, muszą się nauczyć bardziej sprawiedliwie dzielić.

Powszechna komputeryzacja nie spowodowała spadku liczby urzędników, czego się należało spodziewać, ale przeciwnie – znacznie ich przybyło.