Miwa Hirono spakowała swoje walizki i wróciła z Wielkiej Brytanii do swojej rodzinnej Japonii. Jej problemem nie była praca. Hirono od 2008 roku pracowała na Uniwersytecie w Nottingham, a jej pracodawca chciał, aby tam została. Jej badania nad polityką zagraniczną Chin były wartościowe, a ona sama współpracowała z brytyjskimi ministerstwami obrony i spraw zagranicznych. Jej problemem okazała się obietnica, którą dał David Cameron.

Lider Brytyjskiej Partii Konserwatywnej w kampanii wyborczej w 2010 roku obiecał, że obniży poziom imigracji netto o dziesiątki tysięcy osób. Ale ze względu na fakt, że Wielka Brytania jest członkiem Unii Europejskiej, nie mógł powstrzymać nikogo, kto przybył na Wyspy z pozostałych 27 krajów Unii. Zamiast tego urzędnicy skupili się na blokowaniu, usuwaniu i utrudnianiu życia ludziom, na których mogli mieć wpływ, włączając w to wysoko wykwalifikowanych imigrantów spoza UE – inżynierów i pracowników naukowych.

Dlaczego premier nie dotrzymał obietnicy? To pytanie, które wciąż się powtarza przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi w Wielkiej Brytanii, zaplanowanymi na 7 maja. Cameron odpowiada, że chciałby zrobić więcej w tym kierunku i deklaruje, że jeśli wybory wygra ponownie Partia Konserwatywna, to tym razem spełni swoją obietnicę. Nikt jednak przy tej okazji nie pyta, czy ograniczenie imigracji to dobry pomysł.

Ludzie, przeciw którym zwróciła się Wielka Brytania, są bardzo mobilni i mogą zabrać swoje umiejętności w inne miejsce. Po roku walki z resortem spraw wewnętrznych, który jest odpowiedzialny za imigrantów, Miwa Hirono miała dość i zaakceptowała posadę na japońskim Uniwersytecie w Kioto.

“Kiedyś mówiłam moim znajomym z zagranicy, że mam szczęście, mogąc pracować na angielskim uniwersytecie. Dziś mówię coś zupełnie przeciwnego. To jest tak bardzo ulotne środowisko pracy, że mówię: nie przyjeżdżajcie” – żali się w wywiadzie Hirono.

Japońska badaczka to nie jedyna osoba, która dochodzi do takiego wniosku. Alison Harvey, dyrektor ds. prawnych w Immigration Law Practitioners' Association zaznacza, że najbardziej mobilni pracownicy w coraz większym są gotowi zabrać swoje umiejętności w inne miejsce.

“Ludzie, o których mowa, to osoby, które mają wybór. Mogą one pojechać do Wielkiej Brytanii, Japonii czy USA. Na ich wybór niewątpliwie ma wpływ to, co widzą” – mówi Harvey.

Problemy mają także brytyjscy pracodawcy. „To, czego potrzebuje biznes, to pewność” – zaznacza Alison Harvey. „Biznes potrzebuje pewności, że różne rzeczy nie będą się zmieniać. Jeśli kogoś tutaj sprowadzam, muszę mieć pewność, że tej osoby nie okłamuję. Dlaczego miałabym nie przenieść głównej siedziby do Paryża, Irlandii czy do Berlina?” – dodaje.

Neil Carberry, dyrektor ds. zatrudnienia w Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu (Confederation of British Industry) chwalił rząd w Londynie za możliwość sprowadzenia i zatrudnienia osób, które pracowały zza granicy. Problemy jednak zaczynają się tam, gdzie chcesz coś zrobić inaczej – dodaje Carberry.

Jak wyjaśnia, firmy technologiczne i japońscy producenci samochodów chcą sprowadzić do Wielkiej Brytanii pracowników na kilka miesięcy. „Ludzie, którzy operują na globalnych łańcuchach dostaw i z globalną bazą klientów, spotykają się z trudnościami”.

Carberry narzeka na biurokratyczny system. „Istnieje ryzyko, że powstanie obraz Wielkiej Brytanii, która szkodzi inwestycjom. Istnieje też ryzyko, że w tej sytuacji zechcesz się przenieść w miejsce, gdzie takich problemów nie ma”. 

Zmiana polityki

38-letnia Miwa Hirono przybyła do Wielkiej Brytanii w 2008 roku w ramach fundowanego przez brytyjski rząd stypendium. Dzięki temu mogła nauczać i studiować na Uniwersytecie w Nottingham. Hirono specjalizuje się w Chinach, a konkretnie w kwestii wykorzystywania przez Państwo Środka swojego wojska do wywierania wpływu na kraje rozwijające się. Taka tematyka wymaga wielu zagranicznych podróży.

„Zajmuję się podróżowaniem w te miejsca, w które Pekin wysyła swoje oddziały i robię wywiady” – mówi. Brytyjska wiza, którą otrzymała badaczka, pozwalała jej na takie wyjazdy. Hirono w 2009 i 2010 spędziła ponad 200 dni za granicą. Chciała odnowić swoją wizę i rozpocząć prowadzenie zajęć w Nottingham.

W reakcji na odmowną decyzję Hirono przez dwa dni nie mogła patrzeć na dokument. „Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę”.

Po tym, jak David Cameron w 2010 roku objął urząd, zmieniono politykę imigracyjną. Imigranci nie mogli już dłużej odnawiać swoich wiz. Zamiast tego Hirono musiała ubiegać się o pozwolenie na stały pobyt, co zrobiła nie tylko dla siebie, ale też dla swojego australijskiego męża Pereta Trebilco oraz swojego syna, urodzonego w 2013 roku Tada. I tu zaczęły się problemy. Zgodnie z brytyjskim prawem, każdy, kto spędził więcej niż 180 dni poza granicami Wielkiej Brytanii, nie może ubiegać się o stały pobyt na Wyspach.

W piątkowy wieczór w lipcu 2014 roku Hirono otrzymała list z resortu spraw wewnętrznych (Home Office).

“Otrzymałam list, w którym było napisane, że ja i moja rodzina będziemy musieli natychmiast opuścić Zjednoczone Królestwo. Odwróciłam tę kartkę i nie mogłam na nią patrzeć przez dwa dni. Nie mogłam sobie nawet wyobrazić problemów, z którymi będzie musiała się mierzyć moja rodzina na skutek konsekwencji tego listu. Nie mogłam uwierzyć, że list był prawdziwy”.

Hirono wpadła w biurokratyczną pułapkę. „Prawo to weszło w życie w 2012 roku, a oni stosują je wstecz. To oburzające i brzmi jak jakiś żart. Znajduję się pomiędzy dwoma zupełnie innymi uregulowaniami prawnymi” – narzeka Hirono.

Niechętna, aby opuścić Nottingham, Hirono złożyła odwołanie. Oprócz 2400 funtów, które musiała wydać na złożenie wniosku o stały pobyt, musiała dodatkowo zapłacić 4000 funtów – bo tyle kosztuje odwołanie. Brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych przetrzymywało paszport jej oraz jej rodziny, w wyniku czego Hirono nie mogła służbowo podróżować za granicę i działać jednocześnie na korzyść innych resortów, zaś jej mąż Peter nie mógł pojechać na pogrzeb wujka do Australii.

Gdy na początku grudnia 2014 roku sędzia Peter Hollingworth ogłosił wyrok na jej korzyść, uznała, że warto było pokonać te wszystkie przeszkody. Sędzia argumentował, że Hirono wniosła „istotny i głęboki wkład” w brytyjskie życie akademickie i byłoby nierozsądne zmuszać ją do wyjazdu. „Byłam taka szczęśliwa” – wspomina Hirono.

Ale tuż po Świętach Bożego Narodzenia japońska badaczka dowiedziała się, że resort spraw wewnętrznych odwołał się od decyzji sądu. „Nie mogłam żyć dłużej w ten sposób. Zdecydowałam, że chcę opuścić ten kraj”.

Alison Harvey twierdzi, że doświadczenie Hirono jest typowe, odkąd brytyjski rząd zaczął wznosić miękkie bariery wobec imigrantów, np. w formie coraz bardziej skomplikowanych procedur. „Resort spraw wewnętrznych zdaje się odwoływać od decyzji w zdecydowanej większości spraw, które przegrywa – bez względu na ich charakter” – wyjaśnia Harvey.

Brytyjskie debaty na temat imigracji skupiały się raczej na rasie niż na przeludnieniu. W 1964 roku, gdy przed wyborami pojawiły się plakaty ostrzegające przed najazdem czarnoskórych w wyniku działań Partii Pracy, więcej osób opuszczało Wielką Brytanię niż do niej przybywało. Pomimo tego – wyjaśnia Rob Ford, prowadzący zajęcia z nauk politycznych na Uniwersytecie w Manchesterze – wielu ludzi myślało, że poziom imigracji był zbyt wysoki. „Poziom imigracji netto, czyli tych co przybywają minus tych, co wyjeżdżają, zdaje się nie odrywać dużej roli” – dodaje Ford.

David Cameron oraz lider brytyjskiej Partii Niepodległości Nigel Farage chcą, aby imigracja wróciła do poziomów z lat 80. XX wieku. Wówczas, szczyt imigracji odnotowano w 1985 roku, a na Wyspy przybyło wtedy 58 tys. osób, głównie z USA, Australii i Nowej Zelandii.

Farage argumentuje, że dopóki Wielka Brytania nie opuści Unii Europejskiej, zasada wolnego przepływu osób będzie sprawiać, że kraj nie będzie w stanie kontrolować swoich granic. W 2013 roku poziom imigracji netto z krajów Unii wynosił 123 tys. osób. Nawet jeśli zatrzymano by napływ imigrantów z UE, to wciąż imigracja spoza krajów Wspólnoty będzie wynosić 143 tys. osób.

Wraz z załamaniem się komunizmu podróże w Europie stały się znacznie łatwiejsze i tańsze. Obietnice ograniczenia imigracji nigdy nie zadowolą wyborców partii, które wpisują taki postulat na sztandary – wyjaśnia Ford.

“Wiele politycznych obietnic dotyczy spraw, o które ludzie aż tak bardzo nie dbają. Niemniej wyborcy, dla których imigracja jest problemem, łączą ją ze wszystkim, co w jakikolwiek sposób źle funkcjonuje. Kiedy mówią oni, że chcą mniej imigracji, oznacza to, że chcą oni odwrócić proces zmiany kulturowej” – dodaje Rob Ford. 

>>> Polecamy: Czy Wielkiej Brytanii opłaca się wychodzić z UE? Oto możliwe scenariusze