Monika dzwoni do mnie kilka minut po tym, jak skończyłyśmy rozmowę. Jest zdenerwowana. Kilka miesięcy temu wróciła do pracy w korporacji – kolejnej, bo w pierwszej przepracowała sześć lat; w przerwie zatrudniła się w małej agencji reklamowej i zapisała na kurs pisania książek. Ale zachowuje się tak, jakby pracowała w służbach specjalnych – na wstępie po raz kolejny upewnia się, że nie będę nagrywać rozmowy i że zadbam o to, by ukryć jej tożsamość, by nikt po przeczytaniu tekstu jej nie rozpoznał. Potem decyduje, że chce pozostać anonimowa. – A może w ogóle nie będziemy podawały, jaki jest profil firmy – pyta. Zgadza się opowiedzieć o powrocie do koncernu, ale i przy tym stawia warunek: wcześniej wyślę jej wypowiedzi do autoryzacji. Jak tłumaczy, a mówi wtedy przyciszonym głosem, to dlatego, że podpisała zobowiązanie, że nie będzie działała na szkodę firmy – podobnie jak większość jej koleżanek i kolegów z międzynarodowych koncernów, którzy także nie chcą wystąpić pod nazwiskiem. Wielu w ogóle odmówi – będą tłumaczyć, że mają zbyt dużo do stracenia.

Z opowieści tych, którzy zgodzili się ze mną porozmawiać, wyłania się obraz 30–40-latków, byłych korporacyjnych białych kołnierzyków, którzy dziś wracają „na stare śmieci”. Gdy wchodzili do koncernów po raz pierwszy, chcieli po prostu zdobyć doświadczenie. Teraz, jak z przekonaniem deklarują, stają do wyścigu szczurów jedynie na chwilę i na własnych zasadach.

Niedługo minie pięć lat, prawie, łącznej pracy w korporacji. (...) Powoli wyrastam z tego i z każdym dniem robi to na mnie coraz mniejsze wrażenie. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy dostałam pracę w korpo. Przechodziłam wtedy z małej agencji, w której więcej się plotkowało, niż pracowało. Liczba osób w biurze nie przekraczała dwudziestu i każdy o kimś coś wiedział. Pracowałam na małych budżetach. (...) Struktura firmy była dosyć płaska, możliwości awansu były minimalne. Moja zmiana pracy przypadła na czasy „wielkiego kryzysu” w 2009 r. Wahałam się, czy podjąć się tego wyzwania i oddać się w ręce korporacji. Nie szukałam wtedy pracy, sama do mnie przyszła. Rozmowy trwały przez ponad dwa miesiące, przeszłam trzy spotkania z różnymi osobami i zostałam wybrana z grona „szczęśliwców”*.

>>> Czytaj też: Wypaleni przez Mordor. Czy wielkie korporacje niszczą pracowników?

Co miesiąc skreślam jedną osobę

Przez korporacje przewinęło się już ponad 5 mln Polaków, co trzeci spośród wszystkich pracujących. Ile zdecydowało się do nich powrócić, tego dokładnie nie wiadomo. Szacuje się, że ich liczba z roku na rok rośnie, bo koncerny – i to mimo kryzysu – pęcznieją. I to niemal wszystkie bez wyjątku: od producentów żywności i kosmetyków (Unilever czy Procter and Gamble) przez banki (Citi i Deutsche) aż po koncerny samochodowe (Opel i Volkswagen). Te, które 15 lat temu zatrudniały około tysiąca osób, pięć lat temu miały już zwykle około 5 tys. pracowników, dziś – 6–7 tys.; przy czym to nie tylko polskie oddziały światowych korporacji, ale i polskie firmy, które z czasem zostały przez nie przejęte.

Ale rotacje i zmiany personalne są ogromne także dlatego, że kiedyś w wielkich firmach pracowało się średnio pięć, sześć lat. Teraz tylko dwa – i to najczęściej przy konkretnym projekcie, jako osoba do wynajęcia. – Wstyd się przyznać, ale mam listę z telefonami wewnętrznymi i średnio co miesiąc skreślam jedną osobę – mówi wiceszefowa działu HR dużej międzynarodowej firmy.

– Przyznaję, że choć w koncernie straciłam trochę nerwów, to poznałam też wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt. Większość z nich, podobnie jak ja, już w nim nie pracuje, a z firmą jedynie współpracuje – jej słowa potwierdza Magda, pięć lat w korporacjach, teraz własna firma. Iza, 10 lat w korporacjach, własny gabinet psychoterapii: – Dozuję sobie tę współpracę, a to oznacza, że przyjmuję jeden, dwa projekty w miesiącu. Oczywiście korporacja co jakiś czas kusi. Ci, z którymi pracowałam przez te wszystkie lata, dzwonią z konkretnymi ofertami, interesującymi szczególnie od strony finansowej. Ale ten etap mam już za sobą. To praca, do której mogę wracać jako osoba z zewnątrz, doradzać, wykonywać określone zadania, ale tylko na chwilę. Na etat nie, bo to zupełnie inny świat – zastrzega. Co nie znaczy, jak dodaje po chwili, że świat własnego biznesu jest łatwiejszy.

Pierwsze trzy miesiące w korporacji były dla mnie małym koszmarem. Firma, czyli agencja reklamowa, funkcjonowała zupełnie inaczej niż mój poprzedni pracodawca. Nie mogłam przyzwyczaić się do tego, że na wszystko jest procedura i system, a akceptacja jednego dokumentu wymaga kilku podpisów. I gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na płynną pracę? Terminy gonią, klient znowu wstał lewą nogą, a kolega w kreacji przechodzi rozwód i rozładowuje na wszystkich swoje nerwy. Mijały kolejne miesiące, a ja powoli stawałam się małym trybikiem w tej średnio funkcjonującej maszynie.

>>> Czytaj też: Jak naprawdę wygląda praca w „Mordorze na Domaniewskiej"?

Kurnik z dostępem do internetu

– Koncerny masowo stosują metodę sita. Krótko mówiąc, chcą spośród tych starających się o powrót wyłowić takich, którzy najbardziej pasują im w danym momencie, użyć ich i wymienić. Nikt nie zagłębia się zanadto w charaktery, o planowaniu pracownikom ścieżek rozwoju nawet nie wspominając. Takie jest prawo wolnego rynku – mówi wysoko postawiony pracownik działu HR koncernu produkującego sprzęt RTV/AGD. – Szkolenia? A i owszem są, ale tylko z technik sprzedaży. Z asertywności czy umiejętności miękkich? Zapomnij o tym – opowiada dalej.

Tyle teoria, w praktyce bywa i tak, że choć szkolenia bywają zaplanowane, to czasem w ogóle się nie odbywają: pracownicy upijają się do nieprzytomności i już w autokarach wiozących ich na miejsce przestają się hamować. Płaczą, krzyczą, całują się, uprawiają seks – nieważne z kim i nieważne, czy mają żony lub mężów (blisko 1/5 przyzna, że traktuje przygodny seks jako skuteczny sposób odreagowania stresu – pokażą późniejsze badania).

Są jednak i wśród powracających tacy, którzy sami stosują metodę sita. Chcą wyłowić takiego pracodawcę, który najbardziej im pasuje, użyć go i wymienić. Czytaj: takiego, który da szybko zarobić, dorzuci atrakcyjną ofertę kursów oraz nie będzie skąpił na pakiet socjalny. I nie chodzi tylko o prywatną opiekę medyczną czy karty wstępu na centrów sportowych, bo to dziś standard w dużych firmach, ale o np. finansowanie sprzątania domu i odwożenia rzeczy do pralni czy też darmowy dowóz zakupów do domu.

– To miejsce, gdzie mogę pracować przy największym komforcie, z którego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy – opowiada Agnieszka, pięć lat w korporacji, teraz od marca ponownie w międzynarodowej firmie. Ten komfort odkryła, kiedy przez kilka miesięcy najpierw była wolnym strzelcem, a potem zaczęła jej ciążyć nieprzewidywalność zleceń („Raz spiętrzenie, raz zero pracy”) i brak stałego miesięcznego dochodu. – Musiałam się zarejestrować w urzędzie, żeby być ubezpieczona i odkryłam, co znaczy państwowa opieka zdrowotna. Procedury, budynki, osoby, o których wcześnie nie miałam bladego pojęcia, bo ktoś to po prostu za mnie robił – opowiada. Także Anna (trzy lata w korporacjach, w przerwie mała firma w branży nowe media) chwali sobie korporacje za to, że w nich wszystko jest zorganizowane. – Jest dział HR odpowiedzialny za dobrostan psychiczny pracowników, osobno HRS – od szkoleń. Jakby tego było mało, są też programy zakupione dla działu HR przez dział IT. – Jesteśmy prowadzeni jak za rękę. A jeszcze teraz mam samochód służbowy, żyć nie umierać – dorzuca Agnieszka.

Kiedy dopytuję, dlaczego zdecydowały się wcześniej odejść z korporacji, mówią o mobbingu i skrajnym wycieńczeniu organizmu (Agnieszka: „Pracowałam w chorobie, a dwutygodniowe wakacje, które potem wzięłam, to była kropla w morzu potrzeb”; Anna: „Nie chciałam być już takim pistoletem, żeby siedzieć godzinami przed komputerem i ganiać po korytarzach jak kurczak z obciętą głową”). Badania nad stresem w pracy pokazują, że najbardziej druzgocący wpływ na ego korpopolaków mają tempo i wszechogarniające poczucie braku wpływu na zdarzenia – większość z nich deklaruje, że nie zależy od nich nawet kolejność, w jakiej wykonają czynności; jakiekolwiek przekraczanie procedur nie jest dobrze widziane.

– Może i nie jest to wymarzone miejsce pracy, ale je znam i przyzwyczaiłam się do określonego poziomu życia – deklaruje Agnieszka. Przekonuje, że teraz już wie, jak się bronić przed wypaleniem w pracy. – Poza tym wracając do punktu wyjścia, będę się mogła na spokojnie zastanowić, co tak naprawdę chcę robić w życiu – kwituje.

– Co jest dla mnie teraz najważniejsze? Bezpieczeństwo finansowe. Mam stałą umowę, mogę liczyć na socjal, wziąć kredyt na mieszkanie i będę miała jak go spłacać. Bo jeszcze do końca nie wiem, czy to jest moje miejsce – wtóruje jej Dorota, łącznie z roczną przerwą siedem lat w korporacjach.

Podobnie myśli wiele byłych białych kołnierzyków, którzy ciągną teraz do korporacji jak niedźwiedzie do pasieki – tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy „nowoczesnym centrom biznesu” przybyło 20 tys. miejsc pracy, i to nie tylko w centrach miast – w biurach przypominających kształtem toi toi, ale i poza miastem – w nowo powstałych ogromnych blaszakach, zwanych przez pracowników kurnikami. W środku po horyzont – jednoosobowe boksy, biurka i komputery (bez dostępu do internetu) zajmowane w kolejności wchodzenia na salę. – Zawsze to lepsze niż praca u prywaciarza, który ma problem z finansową płynnością. To teraz dla mnie jedyny wybór – mówią ci, którzy do molochów wracają z podkulonym ogonem, głównie na niższe stanowiska.

Znowu będą podsłuchiwani („System pozwalający na połączenie telefonu z komputerem pozwala wybrać do podsłuchu dowolną rozmowę z sali. Pracownicy są też nagrywani, ale kto by tam potem miał czas tego wszystkiego słuchać”), obserwowani przez ustawione przed boksami weneckie lustra i zamontowane pod sufitem szklane akwaria („Osoby, które w nim pracują, to „Różowe majtki”, bo przez szklaną podłogę widać podobno bieliznę”).

Praca w korpo zaczęła mnie niebezpiecznie wciągać. Przede wszystkim projekty, które niekiedy były ogromnym wyzwaniem i sprawiały sporą satysfakcję. Bywały momenty, że zostawanie po godzinach nie sprawiało mi większego problemu, bo często traktowałam to jako dobre spotkanie towarzyskie. Po półtora roku stwierdziłam jednak, że praca w korporacji to nie jest szczyt moich marzeń. Od jakiegoś czasu nosiłam się z pomysłem, żeby wyjechać, no i w końcu wyjechałam do Kanady. Byłam święcie przekonana, że moja przygoda z korporacją na jakiś czas się zakończy. Ale nie, korpo czekało na mnie za rogiem, a ja potulnie, kolejny raz, wpadłam w te dobrze znane ramiona.

„Trzeba przygotować analizę? Na kiedy? Środa do południa? Nie ma problemu, przecież mamy jeszcze 24 godziny!”, „Dacie radę, bo jest dopiero godz. 13”. „Liczę na wasze zaangażowanie”, „Ta sprawa ma najwyższy priorytet” – takie komunikaty powracający pracownicy korporacji słyszą ponownie niemal codziennie. Nierzadko towarzyszy im komentarz: „Od tego zależy, jak będzie wyglądać nasze biuro od kolejnego miesiąca”. Czytaj: ile osób trzeba będzie wysłać na zieloną trawkę („Jesteś tak dobry, jak Twój ostatni wynik”).

Ale to wcale nie oznacza, że korpopolacy w pracy się nudzą. Wręcz przeciwnie – blisko 1/5 ankietowanych na sprawy zawodowe poświęca więcej niż 12 godzin dziennie, a kolejne 33 proc. więcej niż 10 godzin, wynika z badań warszawskiej Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej. Przepytano pracowników 21 koncernów, dodatkowo 13 banków w Warszawie i innych miastach. Późniejsze badania, które dotyczyć będą tylko Mordoru, czyli zagłębia biurowców na warszawskim Mokotowie, pokażą, że 44 proc. regularnie zostaje po godzinach, spędzając w biurze nawet 14 godzin (40 proc.). Co ciekawe, aż 87 proc. z nich to 20- i 30-latkowie – w skrócie pokolenie Y, oskarżane o lenistwo i bycie roszczeniowymi. – Ci młodzi ludzie wiedzą, że sukces osiągną teraz albo nigdy – komentował swego czasu wyniki badań socjolog prof. Mariusz Jędrzejko, jeden z autorów. I dodawał: – To chęć pokazania siebie. Oni są w stanie pracować ponad siły, by jak najszybciej osiągnąć pożądany standard życia.

Powracający do pracy w korporacji z reguły nie protestują więc przeciwko takiemu trybowi (tylko nieliczni narzekają „Każda inna praca, no może poza kasą w hipermarkecie, zaczyna być marzeniem”), nawet jeśli wymaga to od nich wyjazdu do innego miasta czy rozstania z rodziną – co szósty ankietowany korpopracownik nie mieszka z żoną czy mężem, a widuje się nią lub z nim w hotelach podczas delegacji. Aż 14 proc. widziało się z bliskimi więcej niż miesiąc temu. Tym, co ich motywuje do morderczej pracy, są pieniądze – i to niemałe, bo zwykle ich pensje są wyższe o jedną trzecią od tych, które daje lokalny biznes. Nie sposób tego przejeść, a i po odejściu z korporacji przez rok można żyć z oszczędności. Taka kwota pozwala też wziąć kredyt na mieszkanie, jakieś 60–80 mkw., posłać dzieci do prywatnych przedszkoli i szkół czy wyjechać do zagranicznego kurortu, czym także będzie się można potem pochwalić.

Ba, w branży swego czasu głośno było o tych, którzy przyzwyczajeni do życia na wyższym poziomie gotowi byli zrobić wszystko, by do pracy w korporacji w ogóle wrócić – nieważne w jakiej i w której części świata; to tzw. korporacyjni włóczędzy lub korporacyjni recydywiści. Zazwyczaj mają skończone specjalistyczne kursy, rzadkie umiejętności, ale z takich czy innych powodów tracą zatrudnienie w koncernach. I choć próbują się w nich ponownie zaczepić, to brakuje sprofilowanych pod nich ofert – ostatecznie lądują więc w zagranicznych oddziałach międzynarodowych firm, głównie w Emiratach Arabskich. Tam, gdzie inni im podobni. Co ciekawe, nie ma przy tym dla nich znaczenia, że nadal będą musieli prowadzić wyniszczający tryb życia – z badań warszawskiej uczelni wynika, że pracownicy korporacji mają świadomość, że przy takim tempie życia można pracować tylko do 45. roku życia.

Ale znają też inną regułę – ci zbyt zasiedziali generują mniejszy przychód dla firmy – więc zrobią wszystko, by awansować (jedno stanowisko w górę gwarantuje średnio dodatkowe pięć lat pracy). – Średni personel kierowniczy pracuje do czterdziestki. Ci wyżej – zwykle do czterdziestki piątki. Znam przypadek, gdy dyrektor departamentu została zwolniona w dzień po podpisaniu kontraktu swojego życia – na ogromne pieniądze. Powiedzieli jej, że po takim wyczynie już nic lepszego nie osiągnie. Akurat kończyła 45 lat – kwituje prof. Mariusz Jędrzejko w jednym z wywiadów.

Kiedy wspominam korporację w Polsce, to myślę o niej dosyć sentymentalnie. (...) Ilość i różnorodność projektów naprawdę pozwoliły mi na to, że zyskałam doświadczenie, którego nie powstydziłam się w Kanadzie. A jakie mam wrażenia, kiedy myślę o kanadyjskiej korporacji? Nadal w niej pracuję, więc na pewno nie są one sentymentalne. Na pewno wykorzystałam tę szansę i dzięki niej nauczyłam się języka, zdobyłam nowe doświadczenie i powoli dojrzewam do decyzji, że moja przygoda z korporacją dobiega końca. Nie wiem jeszcze dokładnie, kiedy nastąpi ten dzień. Na razie jestem na etapie zbierania sił. Wiem też, że nie będzie to trwało wieki. Ja po prostu już do niej nie pasuję.

Mordorcy życie codzienne

Ci, którzy przeszli już przez korporację i do niej wrócili, mówią, że niezależnie od tego, na jakim stanowisku pracowali i jaki był profil ich firmy, ta zawsze odciska na nich piętno. Choćby dlatego, że by nie wypaść z obiegu, sięga się po dopalacze – badani przez prof. Jędrzejko wymienili 11 innych nazw środków wspomagających wydolność organizmu, w tym m.in. energetyki i napoje izotoniczne. Garściami łyka się tabletki na pamięć i koncentrację, a alkohol traktuje jako podstawowe lekarstwo na stres – okazjonalnie piją prawie wszyscy, 40 proc. częściej niż raz w tygodniu, a aż 18 proc. codziennie. Jakby tego było mało, eksperymentuje się też z narkotykami. – Parę razy w miesiącu muszę brać amfetaminę, by to wytrzymać. Ale mam kilku znajomych i maklerów, którzy biorą ją niemal codziennie – opowiadał inżynier informatyk zatrudniony w banku w Gdańsku.

Nic więc dziwnego, że jak grzyby po deszczu powstają teraz gabinety i poradnie terapeutyczne specjalizujące się w pracy z „ofiarami korporacji” – jakżeby inaczej, zakładane nierzadko przez byłe białe kołnierzyki. Do nich dołączają także firmy specjalizujące się w pracy z tymi, którzy chcą odejść z korporacji, by otworzyć własny biznes. „A może rzuciłeś już raz korporację lub ona ciebie, założyłeś firmę, która szybko okazała się niewypałem, a ty wróciłeś do korpo, ale już na gorszych warunkach? To najczęstsze scenariusze, o których słyszę od ludzi, którzy trafiają na moje webinaria lub warsztaty” – pisze na swojej stronie Anna Kupisz-Cichosz. Sama przepracowała kilka lat w korporacji, odeszła i obecnie współprowadzi dwie firmy (zastrzega, że nie zamierza wracać do pracy w koncernie). Jak mówi, trafiają do niej przede wszystkim dwie grupy osób,. Ci, którzy odeszli z korpo tylko na chwilę, bo było modne, chcieli spróbować sił we własnym biznesie, potrzebowali coś udowodnić sobie i innym. – Narzekali na nią, ale w gruncie rzeczy to właśnie koncern najbardziej im odpowiada. Ale są też tacy, którzy do molochów wracają na chwilę, przede wszystkim po to, by poprawić swoją sytuację finansową i ponownie wyjść na rynek. Dla nich nieudana próba to nic innego jak kolejne doświadczenie, a nie życiowa porażka – przekonuje.

Także dr Magda Drzewiecka-Sarosiek, psycholog z Uniwersytetu SWPS (przeprowadzała badania kobiet, które zakładały firmy), przekonuje, że powrót do korporacji to najczęściej tylko jeden z etapów rozwoju. – Coś w tym jest, że osoby planujące odejście z koncernu na swoje postępują zwykle jak te, które bardzo szybko chcą się wyprowadzić z domu i zakosztować życia na własny rachunek. Wydaje im się, że to jest ich szczęście. Będą niezależne. Zobaczą, jak to jest, kiedy decyzje podejmuje się samemu. Wydaje im się, że to ziemia obiecana. A potem, jak już zaczynają tę firmę prowadzić, to sytuacja zaczyna przypominać zamieszkanie samemu. Bo z jednej strony jest to zachłyśnięcie się rzeczywistością, a z drugiej – tęsknota za miłymi latami dzieciństwa, kiedy ktoś na każdym kroku dawał wsparcie – opowiada. Takich osób jest też coraz więcej i coraz częściej się o nich pisze w prasie branżowej, jak przekonuje. – Oni żyją w ten sposób, że odchodzą z korpo, zakładają firmę, jak nie wychodzi, to wracają. Zakładają drugą – nie mając przy tym oporów, nie wychodzi, wracają. Mają trzecią, czwartą i w ten sposób się uczą. Dopiero piąta działalność jest tą, która im wychodzi i którą będą docelowo prowadzić. To po prostu seryjni przedsiębiorcy, bo tak się też o nich mówi – dodaje.

O tym, że korpomarnotrawni to cenni pracownicy, przekonują się teraz już także korporacje – zrobią wszystko, by ich przyciągnąć i przy okazji wrócić na listy firm, w których Polacy najbardziej chcieliby pracować. A więc kuszą, jak tylko mogą. Rocznym płatnym urlopem (co siedem lat). Organizują warsztaty z inspirującymi osobowościami i celebrytami – mają zachęcać do większej odwagi i kreatywności. Refundują część kosztów zakupu ekologicznego samochodu. „Póki jesteś w środku, to o ciebie dbają. Dostajesz płatny urlop, przysyłają ci prezenty. Kiedy zachorujesz, dział kadr mocno cię wspiera, wyszukuje możliwe zwolnienia, zasiłki. Prawdę mówiąc, po własnym biznesie wróciłam do korporacji odpocząć” – można też przeczytać w sieci.

Ale ten powrót do korporacji eksperci tłumaczą jeszcze jednym. Krzysztof Kosy, psycholog biznesu na Uniwersytecie Warszawskim, mówi krótko: Korporacjom po prostu pomógł kryzys. Bo one zawsze płacą pensję, i to na czas, a prywatny biznes – nie. *blog Moniki G.