Chińskie zamieszenie będzie wpływało negatywnie na cały segment rynków wschodzących, do których zalicza się Polska. W najnowszej prognozie Międzynarodowy Fundusz Walutowy zmniejszył prognozy wzrostu dla tych krajów. Pierwsze negatywne skutki gorszej oceny perspektyw tych gospodarek mogą dotyczyć ich walut, które tracą na wartości.
– Ten proces już chyba trochę widać w wycenie złotego. Tylko nie ma pewności, czy to wyłącznie wpływ niepokojów związanych z Chinami, czy także w cenę waluty została już wkalkulowana część ryzyka politycznego związanego z wyborami – podkreśla Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. Jednak nawet jeśli złoty traci na wartości z tego powodu, nie musi mieć to negatywnych konsekwencji. Słabszy złoty to bardziej konkurencyjny eksport. Ale potanienie naszej waluty może zwiastować, że kłopoty Chin docierają do Polski. Co z kolei zwiastuje trzy problemy dla budżetu na 2016 r.

Pierwszym będzie niższy wzrost. Jak podkreśla w rozmowie z DGP Janusz Lewandowski, szef Rady Gospodarczej przy premierze, z szacunków Komisji Europejskiej wynika, że 75 proc. czynników kreujących wzrost w Europie pochodzi spoza niej. Dlatego zadyszka Chin odbije się na wynikach europejskich gospodarek. Zwłaszcza niemieckiej, opierającej się na eksporcie. Te negatywne dane już było widać w zeszłym tygodniu, gdy okazało się, że niemiecki eksport spadł o 5 proc. i był to największy spadek od 2009 r.
Jeszcze wcześniej pokazały się informacje o spadku zamówień czy produkcji przemysłowej. – W Niemczech po wskaźnikach zamówień w przemyśle widać efekt osłabienia na rynkach wschodzących. Ale te wskaźniki nie notowały jeszcze efektu Volkswagena. Więc w Niemczech na pewno nie będzie lepiej, tylko raczej gorzej – zauważa Janusz Jankowiak.
A to może wieszczyć kłopoty dla polskiego eksportu do tego kraju. – 26 proc polskiego eksportu trafia do Niemiec. Prawdopodobieństwo rewizji założeń budżetu w dół jest w tej chwili większe niż w górę. Ale dziś byłoby to przedwczesne – mówi nam Janusz Lewandowski. Jeśli tak twierdzi bliski współpracownik Ewy Kopacz, zagrożenie jest realne i brane na serio przez rząd.

Drugim problemem jest deflacja. Sytuacja w Chinach – m.in. przez wpływ na ceny surowców – może prowadzić do przedłużania się okresu spadku cen w Polsce. Rząd optymistycznie założył, że w przyszłym roku będziemy mieli 1,7 proc. inflacji. Jeszcze zanim zaczęły się kłopoty Chin, było to traktowane jako nierealna wartość. Teraz widać, że faktyczny wynik będzie dużo niższy. A deflacja czy niska inflacja to zawsze wróg dochodów budżetu. – Mamy import deflacji z Chin, sprawa byłaby prosta, gdybyśmy mieli do czynienia z kontynuacją kadencji RPP. Bo te zmiany w bilansie ryzyk prawdopodobnie wymusiłyby obniżkę stóp procentowych. Jednak ponieważ będziemy mieli do czynienia z wymianą składu Rady, to dziś trudno wyrokować, jak nowa RPP podjedzie do tych kwestii. Na pewno jeśli chodzi o politykę monetarną, czeka nas długi okres stabilnych stóp procentowych na niskim poziomie z tendencją, by je obniżać – podkreśla Janusz Jankowiak.

Trzeci problem wynika z tego, że projekt budżet na przyszły rok już jest bardzo napięty. Właśnie z powodu zawyżonej inflacji podniesiony został limit wydatków sektora finansów publicznych i całego budżetu wynikający z reguły wydatkowej. To kilka miliardów wydatków, które mogą się okazać bez pokrycia. PiS zapowiada przegląd budżetowy. – Musimy przejrzeć budżet po stronie wydatkowej, bo on jest nieźle rozdmuchany, przy takich założeniach wzrost deficytu budżetowego do 50 mld zł jest niedobrą rzeczą. Będzie przegląd budżetowy, żeby to sprawdzić – mówi poseł Henryk Kowalczyk z PiS. Poseł zwraca także uwagę, że budżet może zostać obciążony także zwrotem podatku VAT dla samorządów.

Te trzy problemy powodują, że nowy rząd znajdzie się po wyborach w zupełnie nowej sytuacji, w której będzie musiał szukać dodatkowych dochodów lub rewidować budżet. Jeśli te kłopoty się pogłębią, może to mieć zasadniczy wpływ na określanie zasad polityki gospodarczej. Przed rządzącymi pojawi się dylemat, czy w obliczu niższych dochodów trzymać dyscyplinę finansów publicznych, by zachować wiarygodność, czy nieco poluzować i zwiększyć wydatki np. przez transfery społeczne, by wspierać wewnętrzny popyt i wzrost. Dziś luzu praktycznie nie ma.

To, co można zrobić, to próbować zwiększyć dochody. Wówczas automatycznie podnosi się wydatki. Tylko czy nowy rząd faktycznie będzie w stanie szybko zadziałać, by wpływy do budżetu wzrosły? Druga bardziej ryzykowana droga to zwiększenie deficytu. Resort finansów założył, że na koniec przyszłego roku deficyt sektora finansów publicznych wyniesie 2,3 proc. Gdyby go zwiększyć do 3 proc., wydatki sektora mogłyby być wyższe o ok. 12 mld zł. – Byłoby to nieodpowiedzialne, bo oznaczałoby wejście na ścieżkę nadmiernego deficytu – mówi Marek Rozkrut z EY. Dodatkowy kłopot to fakt, że takie działanie wymagałoby zmiany reguły wydatkowej. Co oznacza kłopoty z wiarygodnością na rynkach finansowych.
Wydaje się, że na taki wariant nie pójdzie PO, jeśli będzie dalej rządzić. – Polska musi przez swoją wiarygodność także finansów publicznych dystansować się do tych krajów, które mogą mieć kłopoty. Musimy wydobyć się z koszyka niepewności, w którym jest Polska jako duża gospodarka spoza strefy euro – mówi Janusz Lewandowski.

PiS zapowiada z kolei ekspansję wydatkową m.in. przez kosztowne ustawy, jak 500 zł na dziecko, obniżkę kwoty wolnej czy obniżenie wieku emerytalnego. Politycy ugrupowania deklarują jednak, że znajdą one pokrycie w wyższych dochodach. Sami nie chcą przesądzać, co zrobią, jeśli budżet czeka twarde lądowanie. – Będziemy się martwić, jeśli problem faktycznie się pojawi. Teraz nie ma sensu o tym mówić – podkreśla Henryk Kowalczyk.

>>> Polecamy: Wielka Brytania zaczyna się targować. Oto żądania Camerona wobec Brukseli