Niestety kilka lat temu firmy doszły do wniosku, że znacznie tańsze niż drukowanie dużych zdjęć na błyszczącym papierze będzie umieszczanie ich na nośnikach USB. W efekcie obecnie mam w domu tyle różnorakich pendrive’ów, że poważnie zastanawiam się nad zbudowaniem z nich Sokoła Millennium w skali 1:1. Co najlepsze, 99 proc. z nich nigdy nie miało kontaktu z portem USB w moim komputerze. Pozwólcie, że w kilku słowach wytłumaczę wam dlaczego. Otóż zaletą papierowych katalogów było to, że mogłem przeglądać je podczas załatwiania porannych czynności fizjologicznych, co wprawiało mnie w doskonały humor na cały dzień. Żeby robić to teraz, najpierw musiałbym odpalić laptopa, zalogować się, odnaleźć pendrive’a z interesującym mnie modelem, podłączyć go, otworzyć folder, a na końcu moim oczom i tak ukazałby się komunikat „Plik uszkodzony” albo „Wybuch nastąpi za 10, 9, 8, 7...”. Innymi słowy, żeby udać się z katalogiem do kibelka o 8 rano, musiałbym wstać o 4, a i tak misja zakończyłaby się niepowodzeniem, zszarganymi nerwami i zabrudzoną bielizną. Dlatego od kilku lat żadnego nie czytałem. Aż do wczoraj, kiedy to postanowiłem ściągnąć kilka katalogów bezpośrednio ze stron internetowych poszczególnych marek. I nie mogę się otrząsnąć po tym, co w nich przeczytałem.

Zacznijmy od Toyoty i nowego Aurisa: „To auto, któremu nie będziesz w stanie się oprzeć”. Tak się składa, że jeździłem kilkoma aurisami w swoim życiu i można powiedzieć o nich wiele dobrego, ale na pewno nie to, że człowiek drży z podniecenia na samą myśl o przejażdżce którymś z nich. Znacznie bliższe prawdy byłoby: „Auris to auto, o które nie będziesz chciał się oprzeć”. Żeby czasami ktoś nie pomyślał, że jest twoje.

>>> Czytaj też: Jaguar podpisał umowę ze Słowacją. Powstanie fabryka, która zatrudni 4 tys. osób

Prosto z Toyoty przeskoczyłem na stronę Renault, do zakładki z modelem Kadjar. I przeczytałem: „zadbaliśmy o staranne wykończenie każdego detalu”. Jestem więcej niż pewien, że ktoś źle przetłumaczył to z francuskiego na polski i w rzeczywistości chodziło o: „zadbaliśmy o to, żeby każdy detal tego auta cię wykończył”. Przykro mi to pisać, ale tak badziewnie zrobionego wnętrza jak Kadjar nie ma żaden obecnie produkowany samochód. Pod tym względem mierzyć z nim może się tylko opakowanie po jogurcie.

Zarówno Toyota, jak i Renault zatrudniają do tworzeniach swoich katalogów zwykłych ściemniaczy. Zupełnie inną drogę wybrała Kia – napisanie tekstów zachwalających Cee’da zleciła seksuologowi, który po godzinach komponuje miłosne wiersze. Oto efekt: „Wszystko to sprawi, że zakochasz się w niej od pierwszego prowadzenia. I nigdy nie będziesz mieć dość. Tak jak partnerzy w długotrwałym związku, tak i Kia dzieli się wszystkim, co najlepsze”. No to teraz domyślam się, jakie hasło przyświecało będzie najnowszej akcji promocyjnej koreańskiej marki: „Kię z rocznika 2015 możesz przelecieć 10 proc. taniej”.

Przenieśmy się do Peugeota i modelu 301: „Przejawia się to odpowiednio dobranym prześwitem, specjalnie przystosowanym systemem utrzymywania komponentów mających bezpośredni kontakt z otoczeniem”. Jestem więcej niż pewien, że autor tych słów od dłuższego czasu nie ma żadnego kontaktu z otoczeniem. No, chyba że za to otoczenie uznamy park wokół oddziału psychiatrycznego, w którym obecnie przebywa. Albo plantację koki.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą wisienkę na torcie. Pochodzi ze strony Fiata: „Panda – czas na Twoje marzenia i fantazję za kierownicą”. Zdaję sobie sprawę, że po słowach, które za chwilę wypowiem, bardzo ważni ludzie z tej szacownej włoskiej marki po raz kolejny napiszą skargę na mnie do Rady Etyki Mediów i będą straszyć redakcję sądami, ale co tam, zaryzykuję: fantazjowanie o pandzie jest równie niedorzeczne jak fantazjowanie o kolonoskopii. A jedyne, o czym możecie marzyć, gdy ją prowadzicie, to żeby być już na miejscu. Ewentualnie żeby po drodze zginąć.

Jest dosłownie jedna marka, która pozytywnie wyróżnia się na tle branży. To Dacia. Katalog Logana składa się z sześciu stron, na których umieszczono tylko dane techniczne, parę poglądowych zdjęć i kilka sensownych, zupełnie niekwiecistych zdań. Ich przekaz sprowadza się do jednego: Logan to tani, ale niezawodny środek transportu. Wszystko się zgadza. Chociaż... Zaraz, zaraz... Otworzyłem jeszcze katalog z Sandero i czytam, że jest on „gwarancją przyjemności”. A Duster ma „eleganckie wnętrze”. Oczywiście! Jest ono równie eleganckie co wnętrze kozy.

Chciałem jeszcze napisać o bzdurach w katalogach pozostałych marek, ale licznik znaków w edytorze pokazuje, że kończy mi się miejsce, a jeszcze przecież nie wspomniałem o samochodzie, którym ostatnio jeździłem. A zasadzie o dwóch – hyundaiu tucsonie i skodzie superb. Tak, wiem, że to dwa zupełnie różne auta, ale postanowiłem umieścić je w jednym felietonie, bo mają dwie cechy wspólne:

1. Obie marki uchodzą za tanie, a przynajmniej za rozsądną alternatywę dla uznanych producentów.

2. Żaden z opisywanych modeli nie jest tani.

Tak, wiem, że na stronie Skody przy superbie widnieje atrakcyjna kwota 79 500 zł, a w przypadku tucsona jest to nie mniej optymistyczne 83 990 zł. Zwróćcie jednak uwagę, że przed obiema tymi liczbami dopisano słowo „od”. Jest to skrót od określenia „ogołocony definitywnie”. W przypadku skody dostajecie silnik z sokowirówki i kierownicę. I to już naprawdę wszystko. W hyundaiu do silnika dorzucają wam co prawda 7 koni więcej, ale jednocześnie zabierają kierownicę. Prawda jest taka, że sensownie wyposażone wersje tych modeli, z lepszymi silnikami, skrzyniami i napędami zaczynają się od 130–140 tys. złotych, a kończą w okolicach 160 tys. A to – przyznacie sami – w zestawieniu ze słowami „Skoda” oraz „Hyundai” nie brzmi zbyt atrakcyjnie. Nawet jeżeli tucson ma – co można wyczytać w jego folderze – „atrakcyjne reflektory płynnie wkomponowane w górne naroża heksagonalnego grilla”, zaś superb „dekoracyjną listwę progową z nazwą modelu, co odzwierciedla nowy język projektowania łączący harmonijnie atrakcyjność z funkcjonalnością”. Na miłość boską, przecież to tylko światła i listwa progowa, a nie „Wenus zwycięska” Auguste’a Renoira!

Być może po takim wstępie wcale was to nie interesuje, ale czuję się w obowiązku opowiedzieć wam, jak te samochody jeżdżą i co sobą reprezentują. Zacznijmy od tucsona. Producent przekonuje, że „mocna sylwetka ujawnia silny, sportowy charakter samochodu, który aż rwie się do jazdy”. Przykro mi, ale wolałbym rwać sobie resztki włosów z głowy, niż podpisać się pod tym zdaniem. Nawet topowy 185-konny diesel sprawia wrażenie leniwego. Przyspieszanie do setki zajmuje mu ponad 10 sekund, a prędkość maksymalna to raptem 184 km/h. Nie zmienia to faktu, że w codziennej jeździe świetnie się sprawdza. Dobrze dogaduje się z napędem na obie osie, nieco leniwym układem kierowniczym i sprężystym zawieszeniem, ale znacznie gorzej z manualną skrzynią, w której niektóre biegi wchodzą tak ciężko, że czasami musiałem dopychać je nogą. Dlatego lepiej zainwestować w automat. Chyba.

Poza tym tucson jest bardzo ładny, bardzo przestronny (bagażnik ma 513 litrów), bardzo dobrze wykonany i bardzo prosty w obsłudze. Innymi słowy ma wszystko to, czego potrzebujecie w SUV-ie. Pytanie jednak, czy potrzebujecie SUV-a. Bo jeśli nie, to pod każdym względem lepszy będzie superb. W cenie 185-konnego świetnie wyposażonego tucsona AWD możecie mieć jeszcze lepiej wyposażoną 190-konną skodę ze skrzynią DSG i również z napędem na cztery koła. Jest cichsza, znacznie dynamiczniejsza (7,6 sekundy do setki), przestronniejsza (bagażnik ma absurdalne 625 litrów), przyjemniej wykończona i wygodniejsza od hyundaia. Innymi słowy, jest bardzo dobrym samochodem. Tak dobrym, że suma około 150 tys. zł za taką wersję wydaje mi się niewygórowana, a wręcz atrakcyjna. Szczególnie że w cenie dostajecie skórzaną tapicerkę, elektrycznie regulowane fotele, nawigację, zawieszenie o regulowanej twardości i wiele innych dodatków.

W tym miejscu muszę otwarcie przyznać, że jest to pierwsza w historii skoda, z której posiadania nie tylko bym się cieszył, ale wręcz byłbym dumny. I obiema rękami podpisuję się pod jednym ze stwierdzeń z jej katalogu: „W pełni zasługuje na swoją nazwę”. W sumie mogę też zgodzić się z jednym zdaniem ze strony internetowej Hyundaia. A nawet z trzema: „Tylna wycieraczka i dysza spryskiwacza są zgrabnie wkomponowane w stylistykę tylnej klapy”, „Wnętrze odzwierciedla wyrazisty i czysty design zewnętrza” oraz „Łatwy w użyciu przycisk włącza i wyłącza hamulec postojowy”.

>>> Czytaj też: Sprowadzamy do Polski coraz starsze samochody