Prezydencki projekt ustawy mającej ulżyć kredytobiorcom walutowym to jeszcze kwestia przyszłości. Dokument przedstawiono w piątek, a w sobotę Mateusz Morawiecki, minister rozwoju, zapowiedział w wywiadzie dla TVP Info, że jego analizy w Komisji Nadzoru Finansowego potrwają kilka miesięcy. Dopiero po ich wykonaniu projekt będzie mógł trafić do Sejmu.

Według różnych wyliczeń podawanych przez analityków koszty przewalutowania, które obciążą banki, to 32–37 mld zł. Do tego należy doliczyć 10–11 mld zł, które banki musiałyby oddać z tytułu spreadów walutowych.

Trudno na razie ocenić wpływ potencjalnych regulacji na budżet państwa. Duże obciążenie sektora finansowego może bowiem oznaczać spadek budżetowych wpływów z podatku CIT, którego banki są największym płatnikiem. Brak konkretnych szacunków nie przeszkodził jednak inwestorom, którzy zawczasu przecenili akcje giełdowych banków mających spore portfele kredytów walutowych.

>>> Czytaj też: Problem frankowy to tylko początek? Oto nowe zagrożenie dla rynku hipotecznego

Zadowoleni są natomiast frankowicze. – To ustawa na czwórkę, można ją jeszcze poprawić w Sejmie – ocenia Maciej Pawlicki ze stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Prezydencki minister Maciej Łopiński, który kierował pracami nad projektem, uważa, że choć nie jest on w pełni satysfakcjonujący dla żadnej ze stron, to jest efektem kompromisu.

Jakie opcje będzie miał kredytobiorca? Pierwsza: przewalutowanie za zgodą banku. Jeśli tak się nie stanie, możliwe będzie spłacanie kredytu po wyznaczonym z góry kursie. Trzecia możliwość to oddanie nieruchomości bankowi i w ten sposób pozbycie się kredytu. Dwie pierwsze wymagają wyliczenia tzw. kursu sprawiedliwego, który wynika z porównania kosztów i spłaconego kapitału kredytu walutowego z hipotetycznym kredytem złotowym wziętym na identyczną sumę.

Kurs sprawiedliwy działa na zasadzie, że im większe korzyści w całym okresie kredytowania klient banku odniósł w porównaniu z zaciągnięciem kredytu złotowego, tym bardziej kurs ma być zbliżony do dzisiejszego. Jak pokazują symulacje, w niektórych przypadkach może być nawet wyższy niż dziś – dotyczy to zarówno kredytów wziętych niedawno, jak i tych z 2005 r.

Według Michała Krajkowskiego, analityka Domu Kredytowego Notus, nowe rozwiązanie byłoby najbardziej korzystne dla tych, którzy zaciągali kredyty walutowe w latach 2007–2008. To oni najwięcej tracą na umocnieniu franka, a jednocześnie spłacają kredyty stosunkowo krótko. Spłacili mniej kapitału niż „starsi” kredytobiorcy, przez co kurs sprawiedliwy w ich przypadku będzie dużo niższy od rynkowego.

Według symulacji przygotowanej przez autorów projektu przy kredycie na 300 tys. zł zaciągniętym w sierpniu 2008 r. przy marży 1,5 proc. kurs sprawiedliwy mógłby wynieść 2,2 zł, o prawie 1,7 zł poniżej kursu rynkowego z końca ubiegłego roku (takie wartości przyjęto dla symulacji).

Osoby, dla których kurs sprawiedliwy jest korzystny, mogą zaproponować bankowi przewalutowanie kapitału po tym kursie. Później będą spłacały kredyt jak złotowy.

Jeśli bank się nie zgodzi, w grę wchodzi restrukturyzacja przymusowa. Będzie mógł jej zażądać klient. Kredyt pozostanie walutowy, ale spłata reszty kapitału odbywać się będzie po kursie sprawiedliwym, pozostałe zapisy z umowy pozostaną bez zmian. Oznacza to, że klient będzie płacić raty według stałego kursu. Nie będzie ponosił już ryzyka walutowego, ale raty będą wyliczane na podstawie stopy LIBOR (obecnie dla franka jest ona ujemna) i przy zachowaniu marży (z reguły wyższej niż przy kredytach złotowych).

– Ta opcja dla frankowiczów byłaby korzystniejsza niż zwykła restrukturyzacja polegająca na zmianie umowy. Bo w tym drugim wariancie LIBOR zastępowany miałby być WIBOR-em, który, jak dotąd, był wyższy – mówi Michał Krajkowski. Na dodatek, zwraca uwagę analityk, WIBOR jest dziś na rekordowo niskim poziomie i prawdopodobieństwo, że zacznie rosnąć, jest wysokie.

Kredytobiorcy będą także mogli zażądać odliczenia od kapitału kosztów, jakie ponosili z tytułu spreadów. Zastosowany ma być średni kurs NBP.

Najprostsza, choć i najbardziej radykalna możliwość dla kredytobiorcy walutowego, to przekazanie własnej nieruchomości bankowi w zamian za anulowanie długu. Nie dotyczy ona wszystkich kredytobiorców, ale tych, których wartość kredytu w złotych wzrosła o co najmniej 30 proc. od momentu udzielenia, a raty kredytu pochłaniają co najmniej 20 proc miesięcznych dochodów. Skierowana jest więc do osób, dla których obsługa długu stanowi duże obciążanie domowego budżetu i zapewne wartość ich nieruchomości jest bliska lub niższa od obecnej wartości kredytu frankowego. To także dotyczy głównie klientów banków z lat 2007–2008, zwłaszcza tych, którzy kupowali nieruchomość jedynie za kredyt. 

>>> Czytaj też: Za mieszkanie zapłacimy o 20 tys. zł więcej. Przez podatek bankowy