4 września 2015 r. rosyjski Gazprom oraz spółki niemiecki BASF i E.ON, holendersko – brytyjska Royal Dutch Shell, austriacka OMV oraz francuska ENGIE podpisały porozumienie o budowie gazociągu Nord Stream 2. Głównym udziałowcem został Gazprom (51 proc.), udział pozostałych spółek wynosi po 10 proc. oprócz francuskiej z udziałem 9 proc. Przepustowość trzeciej i czwartej nitki istniejącego już gazociągu bałtyckiego, podobnie jak tych już istniejących, wyniesie po 27,5 mld m3, co w założeniach powinno zwiększyć moc gazociągu do 110 mld m3.

Rosyjskie, ale również wiele zachodnich źródeł, skomentowało wydarzenie jako znaczący sukces Gazpromu i przykład skuteczności działania w bardzo trudnych dla gazowej spółki uwarunkowaniach. Przedstawiano to również szerzej jako wymowny przykład nieskuteczności sankcji, które nie są w stanie powstrzymać największych spółek europejskich przed robieniem dużych interesów z partnerem ze wschodu. Chciano to również widzieć jako przejaw siły i determinacji Rosji w realizacji długofalowych celów, w tym przede wszystkim jako kolejny przykład silnego nacisku na Ukrainę, która w zapowiedziach Gazpromu ma być w perspektywie po 2019 roku, tj. po wygaśnięciu umowy tranzytowej, całkowicie pozbawiona dochodów z transportu rosyjskiego gazu na rynek europejski.

>>> Czytaj też: PGNiG czuje na plecach oddech rywali. Liberalizacja rynku gazu coraz bliżej

Po co Rosji nowy gazociąg

Pojawiły się również nie mniej liczne oceny negatywne. Szczególnie ostrej krytyce poddano sens ekonomiczny przedsięwzięcia. Wskazuje się na niekorzystne dla Gazpromu spadkowe tendencje zapotrzebowania na gaz rosyjski na rynku europejskim i pośrednio związane z tym problemy z wykorzystaniem istniejących już mocy przesyłowych I (oddana do eksploatacji w dniu 8 listopada 2011 roku) i II (oddana do eksploatacji w październiku 2012 r.) nitki Nord Stream.

W pierwszych dwu latach eksploatacji nie były one wykorzystane nawet w połowie, gdyż transport gazu tą drogą wyniósł w tym okresie jedynie 11,8 mld m3 w roku 2012 (ok.35 proc. mocy) oraz 23,6 mld m3 w 2013 roku (44,2 proc. mocy). W 2014 roku transport gazu wzrósł do 36,5 mld m3, co oznaczało wykorzystanie mocy przesyłowych gazociągu bałtyckiego w 66,4 proc.. Zbliżony wskaźnik wykorzystania był w 2015 roku.

O oderwanym od realiów ekonomicznych i de facto niepotrzebnym przedsięwzięciu mówiło się szeroko już przy okazji budowy pierwszego etapu Nord Stream. Wskazywano m.in. na to, że istniejące moce transportowe rosyjskiego gazu w stronę Europy, przekraczają znacząco potrzeby w tym zakresie. Wynoszą one 204 mld m3, w tym przez terytorium Ukrainy 143 mld m3 oraz przez Polskę 33 mld m3.

Po wybudowaniu Nord Stream 1 moce te wzrosły o dalsze 55 mld m3, tj. zbliżyły się do 260 mld m3. Największy zaś w historii poziom sprzedaży gazu przez Gazprom na rynku europejskim (Unia Europejska plus Turcja i Szwajcaria) wyniósł w 2013 roku – 161,5 mld m3.

Szacuje się, że sprzedaż Gazpromu na rynku europejskim w 2015 roku osiągnęła 159,4 mld m3, a średnia cena dostarczanego gazu obniżyła się o 35 proc., z 341 dol./1000 m3 w 2014 roku do 222 dolarów w roku 2015. Analitycy zwracają przy tym uwagę, że ok. 10-15 proc. sprzedaży Gazpromu pochodzi z innych niż rosyjskie źródeł dostaw, co oznacza, że de facto wielkości rzeczywistych dostaw gazu z Rosji do Europy w ostatnich latach mieściły się w granicach 120-140 mld m3.

Dużo szumu informacyjnego, powielanego bezrefleksyjnie przez wiele ośrodków analitycznych, dotyczy analizy kosztów i rzekomych korzyści Rosji/Gazpromu, wynikających ze zmniejszenia lub uniknięcia opłat tranzytowych, dzięki ograniczeniu przesyłu lub pominięciu Ukrainy, Słowacji i Czech, czy nawet Polski. Wymowa liczb jest tu jednak nieubłagana. Transport porównywalnej ilości gazu po dnie Bałtyku jest znacząco droższy niż tradycyjną drogą lądową.

Przywołać tu można analizy znanego rosyjskiego analityka rynku gazowego Michaiła Korczemkina. Dokonał on wyliczeń w dwu wariantach, tj. dla roku 2012 i 2020. Rok 2012 obejmuje 11,8 mld m3, tj. rzeczywistą wielkość gazu przesłanego przez gazociąg Nord Stream do Niemiec. Przesłanie tej ilości gazu z Rosji przez Ukrainę, Słowację i Czechy do punktu odbiorczego w Waidhaus w Niemczech/Bawarii kosztowałoby 436 mln euro. Koszty transportu tej samej ilości gazu do tego samego punktu przez Nord Stream, a następnie gazociągiem Opal (Niemcy) i Gazelle (Czechy) wyniósł natomiast 1 751 mln euro. Dla roku 2020, przy założonym transporcie 27,5 mld m3 gazu koszty te wyniosłyby odpowiednio 1 052 mln euro drogą lądową i 2 188 mln euro drogą morską.

Oprócz kosztów związanych bezpośrednio z transportem gazu analitycy zwracają uwagę na dwa istotne elementy działające na korzyść dotychczasowej drogi jego dostaw do Europy. W przypadku drogi lądowej koszt zakupu gazu technicznego dla potrzeb stacji kompresorowych obciąża Ukrainę, która na przykład dla potrzeb tranzytu wymienionej ilości gazu 11,8 mld m3 musiałaby zakupić w Gazpromie w 2012 roku tego paliwa za 132 mln euro. Przeslanie tego gazu przez Nord Stream o tyle zmniejszyło zatem przychody Gazpromu. W przypadku drogi morskiej koszty zaopatrzenia w gaz stacji kompresorowej Portowaja koło Wyborga obciąża Gazprom (w 2012 roku było to 18 mln euro). Sumaryczny negatywny efekt dla rosyjskiego dostawcy tylko z tego tytułu wyniósł więc 150 mln euro.

>>> Czytaj też: Ropa tańsza niż woda mineralna. USA wylądują na skraju recesji?

Dostawy gazociągiem bałtyckim zamiast tranzytem przez Ukrainę kreują również dodatkowe koszty związane z alokacją na terytorium Rosji dotychczasowych kierunków transportu eksportowanego gazu, w tym m.in. koniecznością rozbudowy gazociągów Uchta-Griazowiec i Griazowiec-Wyborg.

Dodatkową barierą dla Nord Stream są ograniczenia formalne w odbiorze rosyjskiego gazu na terytorium Niemiec przez gazociągi OPAL o przepustowości 36 mld m2 (Graifswald-Brandov wzdłuż granicy polsko-niemieckiej do Czech) i NEL o mocy 20 mld m3 (zachodnia nitka Graifswald-Rehden w Holandii, gdzie znajduje się największy w Europie magazyn gazu o pojemności 3,6 mld m3). Decyzje Komisji Europejskiej nie wyłączyły obu tych gazociągów z działania uregulowań UE, zobowiązując tym samym właścicieli do zarezerwowania połowy mocy przesyłowych dla dostępu osób trzecich.

Zasadne zatem jest pytanie jak od strony technicznej i formalno-prawnej miałby wyglądać odbiór gazu na terytorium Niemiec przy wzroście przepustowości Nord Stream do 110 mld m3.

Gazprom zapowiedział, że od 2019 r. wraz z wygaśnięciem umowy tranzytowej z Ukrainą nie będzie korzystał z dróg transportu gazu przez jej terytorium. Jednak nawet gdyby budowę Nord Stream 2 udało się ukończyć w tym terminie to i tak trzeba byłoby wziąć pod uwagę, że umowy i kontrakty z większością krajów importujących, znacząco wykraczają poza rok 2019 i przewidują konkretne punkty odbioru gazu, powiązane z kierunkiem dostaw przez Ukrainę. Ich renegocjacje kreowałyby dodatkowe koszty.

Dotyczy to w szczególności takich krajów jak Słowacja, Węgry, kraje bałkańskie, ale również Austria, Włochy czy Niemcy. Odnosi się to również do umów tranzytowych ze Słowacją i Czechami. Przy obowiązującej w takim przypadku formule „ship-or-pay” oraz zarezerwowanych przez Gazprom mocach przesyłowych, nawet przy braku tranzytu musiałby on płacić w 2020 roku Słowacji 315 mln euro, a Czechom 55 mln euro.

Co na to Europa

Budowa Nord Stream 2 narusza podstawowe priorytety leżące u podstaw interesów Europy i powstających zrębów unii energetycznej. Uderzając w ideę europejskiej solidarności nowy gazociąg, wbrew temu co chcieliby pomysłodawcy projektu, nie jest drogą do dywersyfikacji dostaw ani tym samym do zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego krajów UE.

Rosja w ostatnich latach wszelkimi sposobami starała się przejąć kontrolę nad ukraińskimi i białoruskimi gazociągami, w tym przede wszystkim tranzytowymi. W odniesieniu do Białorusi próby te okazały się skuteczne. Gazprom w dwu etapach, płacąc po 2,5 mld $, przejął ostatecznie w 2011 r. od Biełtransgazu białoruski system gazociągowy.

Przejawem walki o kontrolę nad gazociągami były w ostatnich latach osławione „wojny” gazowe z Ukrainą i Białorusią. Chociaż na zewnątrz swoje poczynania Rosja przedstawiała jako wyraz troski o zwiększenie bezpieczeństwa dostaw gazu do odbiorców w UE, to w praktyce działania te miały całkowicie wewnętrzne uwarunkowania polityczno-ekonomiczne, wynikające z polityki Rosji wobec tych krajów. Jak wskazywała praktyka, Rosja nie rozpoczynała „wojen” w celu wyeliminowania zagrożenia stabilności dostaw, a na odwrót, zagrożenia takie pojawiały się każdorazowo w wyniku „wojen” i ograniczania dostaw przez Rosję. Wywołując „wojny” Rosja starała się wciągnąć odbiorców gazu do nacisku na kraje tranzytowe. Nord Stream 2 to nowa odsłona tego procesu.

Od 3 marca 2011 r. zaczęły obowiązywać postanowienia III pakietu energetycznego UE. Trzeci pakiet jest podstawą tworzenia się konkurencyjnego rynku energii w Unii Europejskiej. Liberalizując ten rynek, wymusza on m.in. konkurencję na rynku energii, wzmacnia niezależność regulatorów oraz wprowadza konieczność rozdziału działalności produkcyjnej i dystrybucyjnej od handlowej i transportowej. Jedną z fundamentalnych zasad porządkujących rynek gazu, szczególnie w kontekście dostaw importowych na rynek europejski jest zasada dostępu osób trzecich (TPA – Third-party Access) do infrastruktury przesyłowej gazu.

Rosja od początku bardzo krytycznie odnosiła się do postanowień III pakietu. Szczególny niepokój budziła zasada TPA. Rosja domagała się wyłączenia swoich projektów transportowych gazu spod działania zasad III pakietu, poprzez przyznanie im statusu transeuropejskiego projektu infrastrukturalnego (TEN – Trans European Network). W przypadku braku takiego statusu właściciel może wykorzystywać nie więcej niż połowę mocy przesyłowej. Status TEN udało się Rosji uzyskać dla podwodnej części Nord Stream, jednak dla jego odgałęzienia na lądzie zarówno NEL, jak i Opal, Komisja Europejska odmówiła przyznania takiego statusu.

>>> Polecamy: Jedna trzecia porozumień dot. energii jest niezgodna z prawem UE

Polska się broni złymi argumentami

Polska aktywnie przeciwstawia się idei budowy nowego gazociągu po dnie Bałtyku. Postrzegana jest nawet jako lider tych państw Europy Środkowej i Wschodniej, które również wyrażają swój sprzeciw. W przytaczanych argumentach pojawia się jednak wiele nietrafnych, a tym samym łatwych do obalenia przez zwolenników budowy Nord Stream 2.

Bezdyskusyjnym jest argument, że nowy gazociąg nie zwiększa bezpieczeństwa energetycznego i dywersyfikacji źródeł dostaw, a więc jest sprzeczny z podstawowymi zasadami unii energetycznej UE. Stwarzać może również problemy w funkcjonowaniu terminala LNG w Świnoujściu.

W niedawnym wystąpieniu szefa MSZ w Sejmie na temat polskiej polityki zagranicznej w 2016 roku można było usłyszeć: „Krytycznie odnosimy się do projektu Nord Stream 2, nieefektywnego ekonomicznie pomysłu, służącego zwiększeniu zależności Unii Europejskiej od dostaw z tego samego kierunku”.

O ile można się zgodzić z pierwszą częścią oceny, jak również z tym że „w istocie rzeczy Nord Stream 2 nie jest zatem przedsięwzięciem biznesowym, ale politycznym”, to wątpliwości budzi przypisywanie mu funkcji „zwiększenia zależności”. Nord Stream to w zamyśle nowa droga dostaw, tego samego, rosyjskiego gazu, który dotychczas jest dostarczany przez terytorium Ukrainy. Sam w sobie Nord Stream 2 nie wykreuje w UE ani dodatkowego popytu na gaz dostarczany przez Gazprom, ani w następstwie zwiększonych dostaw, a dopiero to mogłoby wzmocnić jego pozycję i udziały w europejskim rynku gazowym. Samo więc zwiększenie mocy przesyłowych, a de facto ich zamiana z tranzytu ukraińskiego na transport po dnie Bałtyku, przy innych warunkach bez zmian, nie przekłada się w żaden sposób na zwiększenie zależności UE od dostaw z Rosji.

Jeszcze mniej przekonujący w swojej argumentacji, że Nord Stream2 to dla Polski barykada blokująca dywersyfikację jest Wojciech Jakóbik w artykule opublikowanym w Obserwatorze Finansowym. Całość swych wywodów autor opiera na niczym nie uzasadnionej i w gruncie rzeczy błędnej tezie, że Nord Stream 2 równa się tani gaz z Rosji. A skoro nowa droga to – zdaniem autora – „tanie dostawy z Rosji” to grozi nam „nasycenie europejskiego rynku towarem z Gazpromu” i „prawdopodobny zalew Niemiec surowcem z Rosji”. „Tani gaz z Rosji zablokuje (również) drogi dostępu Polski do handlu gazem także w innych krajach Europy”.

Nie wiadomo na czym autor bazuje, postrzegając Nord Stream 2, jako istotny czynnik poprawy pozycji konkurencyjnej Gazpromu na rynku UE, poprzez możliwości dostaw taniego gazu. Zasadne staje się pytanie dlaczego więc rosyjski monopolista nie korzysta z takiej możliwości przy aktualnie realizowanych dostawach przez Ukrainę, Polskę czy przez Nord Stream 1?

Przez Nord Stream 2 będzie przesyłany gaz z tych samych jamalskich źródeł. Droga dostaw nie będzie krótsza, a koszty transportu, chociażby w świetle przytoczonych analiz, znacząco wyższe niż dotychczasową drogą lądową. Nie może on więc być postrzegany jako źródło dostaw taniego gazu. Rezerwy obniżki cen przez Gazprom są od dawna znane i postulowane przez odbiorców. To odejście od formuły ustalania cen gazu w kontraktach wieloletnich w powiązaniu z cenami paliw płynnych i w szerszym zakresie uwzględnianie cen spotowego rynku gazu. Ale takie podejście nie jest w żaden sposób powiązane z drogami dostaw rosyjskiego gazu na rynek europejski.

W dyskusjach o niecelowości budowy Nord Stream 2 pojawia się również wątek zagrożenia dostaw gazociągiem Jamał przez Polskę. Z punktu widzenia intencji oraz polityki Gazpromu, dostawy gazu gazociągiem Jamał-Europa nie powinny być zagrożone. Gazociąg ten na terytorium Białorusi od początku był własnością Gazpromu. Na terytorium Polski zaś współwłasnością. Biorąc pod uwagę, że Gazprom w latach 2010-2011 przejął w całości cały system gazociągów przesyłowych na terytorium Białorusi, a dla tranzytu przez Polskę wynegocjował w 2010 roku stawki ok. 3 krotnie niższe niż średnio europejskie, czy ukraińskie, to jego skłonność do alokacji dostaw gazu gazociągiem Nord Stream zamiast Gazociągiem Jamał jest mało prawdopodobna.

Wielka gra, ale o co?

Międzynarodowa Agencja Energetyczna w listopadowym raporcie (World Energy Outlook 2015) wskazuje, że przy obecnych uwarunkowaniach, Rosji nie stać na jednoczesną realizację kilku bardzo kosztownych gazociągów. Spadek cen rosyjskiego gazu znacząco ogranicza możliwości finansowania przedsięwzięć ze środków własnych, a sankcje utrudniają dostęp do zewnętrznych międzynarodowych źródeł finansowania. Jednoczesna realizacja gazociągu Siła Syberii z Jakucji do Chin, Nord Stream 2 oraz Tureckiego Potoku to, zdaniem wielu analityków rosyjskich, prosta droga do bankructwa Gazpromu. Szacuje się, że w realizację południowego korytarza dostaw gazu do Europy, tj. nieaktualnego już gazociągu South Stream i coraz bardziej wątpliwego Tureckiego Potoku, rosyjski monopolista zaangażował już 17 mld dolarów.

Czy przy tak jednoznacznie niekorzystnej dla Rosji wymowie liczb i faktów oraz negatywnych doświadczeniach ze skutecznym europejskim bojkotem gazociągu South Stream Rosja mimo wszystko jest zdeterminowana realizować Nord Stream 2?. Analitycy są zgodni – nie ma takiej potrzeby ani możliwości i nie dostrzegając żadnego, nie tylko ekonomicznego sensu realizacji tego przedsięwzięcia stawiają pytanie – czy dla pozbawienia Ukrainy 2 mld dolarów dochodów z tranzytu gazu (odejście od tranzytu przez Ukrainę jest aktualnie jedynym uzasadnieniem) Rosja musi bezzasadnie tracić 20-30 mld.

Generalnie wydaje się jednak niemożliwym do pogodzenia silne wsparcie przez UE na szczeblu polityczno-gospodarczym udzielane Ukrainie w jej przemianach ustrojowych, których ważnym elementem jest przeciwstawianie się Rosji, z jednoczesnym nawet biernym wspieraniem Nord Stream, który jakoby miał gwarantować większe bezpieczeństwo dostaw niż tranzyt przez Ukrainę.

Pytanie podstawowe dotyczy rangi fundamentalnych zasad polityki europejskiej, do jakich zalicza się bezsprzecznie solidarność. Czy w wymiarze ekonomicznym, dotyczącym tak ważnej sfery, jaką jest energetyka musi ona ustąpić miejsca racjom biznesowym dużych firm z największych państw europejskich, a w sferze, związanej z napływem uchodźców musi bezwzględnie obowiązywać?

autor: Jerzy Rutkowski

>>> Czytaj też: Dlaczego Polsce przeszkadza tani gaz z Rosji, a Niemcom i Czechom nie?