To pewnie dlatego jedni z taką łatwością wchodzą na wysokie rejestry moralnej wyższości. I stamtąd głoszą, że należy otworzyć granice, jak szeroko się da. Inni z kolei z miną kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy, odpowiadają: „Nie wpuścimy nikogo, niech wracają, skąd przyszli!”.

To nasze radosne oderwanie od rzeczywistości nie zmienia faktu, że w większości krajów bogatego Zachodu temat migrantów jest realnym wyzwaniem, z którym opinia publiczna i politycy muszą sobie poradzić. Jest to jednak o tyle utrudnione, że akurat w temacie migracji obozy ideowe są na Zachodzie podzielone w sposób nieoczywisty. Z jednej strony więc za otwartymi granicami jest zazwyczaj liberalny biznes, który po napływie migrantów obiecuje sobie zwiększenie puli tanich i niechętnie walczących o swoje prawa pracowników. Akurat na tym polu ręka w rękę z biznesem idą zazwyczaj przedstawiciele lewicy kulturowej. A więc dobrze sytuowana wyższa klasa średnia, która migrantów widuje podczas zakupów w arabskim sklepiku ze słodyczami czy bałkańskiej restauracji. Doprowadza to oczywiście do wściekłości przedstawicieli klasy robotniczej, która dzieli z migrantami biedniejsze dzielnice miast, rejonowe instytucje edukacyjne oraz konkuruje z nimi o miejsca pracy. I to te najsłabiej płatne. Tak (w uproszczeniu) wygląda mapa sporów o model polityki imigracyjnej w większości zachodnich państw. Tematy takie jak rasizm czy ksenofobia są raczej ich skutkiem, a nie przyczyną.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tym bardziej intrygujące jest, gdy raz na jakiś czas pojawia się empiryczny dowód, który trochę te zakrzepłe fronty rozrywa i układa na nowo. Takie ożywienie niesie ze sobą świeżutka (kwiecień 2016 r.) praca Mette Fogged z Uniwersytetu Kopenhaskiego i Giovaniego Periego z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis. Ekonomiści starali się w niej zbadać, jaki efekt na pracowników wykonujących najprostsze prace fizyczne miało pojawienie się w kraju fali migrantów oraz uchodźców. Przedmiotem badania był duński program „rozproszenia przestrzennego” realizowany na przełomie wieków wobec przybyszów z ogarniętej wojną domową byłej Jugosławii.

>>> Czytaj też: Prezydent Niemiec: Trzeba szybko integrować imigrantów. Frustracja i nuda wyzwolą przemoc i radykalizm

Efekt zaskoczył badaczy. Spodziewali się, że trwające przez lata wpuszczanie do kraju niezbyt ubogich i nieznających języka bałkańskich migrantów pogorszy położenie najsłabszych duńskich pracowników. Stało się odwrotnie. Wśród rodowitych Duńczyków z klasy robotniczej badacze odnotowali wzrost płac. I to wzrost trwały. Jak to w ogóle możliwe? Przecież logicznie rzecz biorąc, powinno być odwrotnie. Fogged i Peri dają dwa wyjaśnienia tego fenomenu. Pierwszym jest to, że jugosłowiańscy migranci faktycznie wzięli te prace, których Duńczycy wykonywać nie chcieli.

Ale jeszcze ciekawszy jest drugi efekt. Konkurencja (a właściwie jej perspektywa) ze strony imigrantów zachęciła Duńczyków do podnoszenia kwalifikacji. Oczywiście nie radykalnego. Ot, wykorzystania dostępnych ofert szkoleniowych i przejścia do troszkę lepiej płatnych prac biurowych. Które to oferty niby istniały zawsze, ale człowiek (wbrew temu, co mówią ekonomiści) nie jest w pełni racjonalny. I często działa według zasady, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Dopiero gdy pojawili się migranci, ryzyko przekwalifikowania stało się bardziej opłacalne. I wielu się na to zdecydowało.

Oczywiście pamiętać należy, że cała operacja wchłaniania migrantów odbywała się w warunkach typowo duńskich – hojnego państwa dobrobytu i sieci zabezpieczeń socjalnych. A te, jak wiadomo, zachęcają obywateli do podejmowania ryzyka ekonomicznego. Nie jest bowiem tak, że jak się komuś powinie noga, to żadna instytucja mu nie pomoże. Tak czy inaczej duński przykład pokazuje, jak dobrze zorganizowane państwo dobrobytu pomaga rozwiązywać nawet tak niełatwe wyzwania jak kryzysy migracyjne. Warto o tym pamiętać, gdy znów zaczniemy się tym tematem gorączkować. ©?

>>> Czytaj też: Islamofobia i polski sen o potędze. Dlaczego nie rozumiemy muzułmanów?