O szarej strefie w gospodarce wiemy, że jest, ale nie wiemy na pewno, ile mierzy. Postrzeganie zjawiska oparte na strzępach danych pośrednich może być złudne. Jeszcze gorzej jest z oceną wielkości czarnej strefy, gdzie prawo nie działa, a nawet nie ma wstępu. Zastrzeżenia takie formułować trzeba zawsze po to, żeby nie brać za twarde i pewne wskaźników i wartości bezwzględnych, nawet ze źródeł wielce poważanych i wiarygodnych.

Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową ogłosił, że dniem wyjścia Polaków i Polski z szarej strefy był w tym roku 12 marca. Innymi słowy, 72 dni mielibyśmy uchylać się od podatków na szaro, a nawet czarno, a rozliczać się jak trzeba z fiskusem przez pozostałe 294 doby. IBGnGR twierdzi zatem, że udział szarej strefy w PKB (powiększonym o tę część produktu krajowego, która nie jest uwzględniana w danych GUS) wynosi 19,7 proc.

Firma EY sądzi natomiast, że rozmiary polskiej szarej strefy wynosiły w 2014 r. 12,4 proc. PKB, co przekłada się na 214 mld zł. Bank Światowy uważa z kolei, że nieoficjalny obrót gospodarczy to nawet 24 proc. naszego produktu krajowego. Jakiekolwiek sukcesy w wybielaniu szarej i czarnej strefy byłby wkładem w „higienę” społeczeństwa, gospodarki i państwa.

Według Eurostatu, udział podatków i składek w PKB wynosi obecnie w Polsce 33 proc. Gdyby zatem opodatkować i „ozusować” markierantów (osoby udające pracę) i przestępców, to wpływy z podatków i składek wzrosłyby o 70 mld zł przy szarej strefie w wysokości 12,4 proc. PKB lub nawet do 137 mld zł, gdyby rację miał Bank Światowy. Ponieważ pełna eliminacja nierejestrowanej gospodarki jest niemożliwa, to ogromnym sukcesem byłoby samo „tylko” przepołowienie szarej i czarnej strefy w Polsce, bez względu na jej obiektywne rozmiary.

Konstatacja ta pokrywa się z opinią Kamila Wyszkowskiego, dyrektora generalnego Global Compact, który podkreślił podczas niedawnego Europejskiego Kongresu Europejskiego w Katowicach potrzebę koncentracji uwagi na zorganizowanej przestępczości podatkowej uprawianej w Polsce nie tylko przez Polaków oraz wskazał na słabość krajowego wymiaru sprawiedliwości, nie potrafiącego korzystać z istniejących rozwiązań prawnych.

Prezes Krajowej Rady Biegłych Rewidentów Krzysztof Burnos stwierdził podczas tej samej sesji kongresu, że patrząc z jego perspektywy widać, że większość przedsiębiorców działa z intencją przestrzegania prawa podatkowego, natomiast pozostała mniejszość szuka w nim niedoskonałości, luk i niejasności umożliwiających uchylanie się i oszukiwanie na podatkach. Są firmy specjalizujące się w wyszukiwaniu luk i kreowaniu na tej podstawie „produktów podatkowych”.

Okresowa obecność biegłych w firmach poddanych obowiązkowi badania sprawozdań podatkowych zmniejsza ich skłonność do „agresywnej” polityki podatkowej. Zaznaczył, że dla ogółu firm niejasności podatkowe są bardzo niekorzystne, ponieważ zwiększają koszty transakcyjne przedsiębiorst

źródło: Inne

Wyrywanie stalowych prętów

Iwona Dybał – prezes Polskiej Unii Dystrybutorów Stali powiedziała, że w IV kwartale 2012 r. dostawy krajowe prętów zbrojeniowych miały wartość ujemną. Jeśliby sprowadzić tę informację do żartu, to po to, aby w rubryce „dostawy” pojawił się minus, ktoś musiał powyrywać pręty z gotowych już budowli i wyrzucić je do lasu. Przypomnijmy, że był to okres boomu w ciężkim budownictwie, kiedy stadiony już przeżyły wprawdzie piłkarskie mistrzostwa Europy, ale kończono jeszcze autostrady, mosty i inne budowle.

Tymczasem, w sytuacji ujemnych dostaw krajowych, eksport musiałby być większy od produkcji przy zerowym zużyciu w całej Polsce. W następnym kwartale krajowe zużycie prętów „podskoczyło” do 17 tys. ton.

W I kwartale 2014 r., po wprowadzeniu w październiku 2013 r. zasady odwróconego naliczania VAT, okazało się polski przemysł budowlany zużywa kwartalnie już 260 tys. ton prętów. Proceder oszustw podatkowych był tajemnicą poliszynela, bo wszyscy wokoło wiedzieli, że polski beton trzyma lepiej z prętami lżejszymi o podatek VAT, który był niby naliczany, ale rozpływał się w nicość w tzw. karuzelach vatowskich.

Odwrócony VAT polega na przekazaniu tego podatku do urzędu skarbowego już na samym początku łańcucha transakcji, a nie po zakończeniu procesu, kiedy towar znajdzie się w dyspozycji ostatecznego nabywcy.

Rzeczywiste zużycie prętów zbrojeniowych wynosi obecnie 1,3-1,5 mln ton rocznie, ale w oficjalnych statystykach za 2012-2013 ujęto jedynie 600-650 tys. ton. Rywalizacja z konkurentami, którzy mają pełne gwarancje uzyskania nie mniej niż 23 proc. zysku (na przekręcie z VAT), podczas gdy marża wynosi w hutnictwie 7-8 proc., jest bezowocna.

W przekonującej opinii Iwony Dybał, polski przemysł hutniczy traci zatem na tych oszustwach jeszcze bardziej niż państwo, bo traci rynek, a więc rację bytu. Po drugie, przemysł był bezwiednie wciągany w niszczące wizerunek karuzele z VAT, bo do lipca 2015 r. nie miał możliwości sprawdzania, czy jego klienci są rzeczywiście czynnymi podatnikami VAT.

Po trzecie, to huty i stalownie były terenem wzmożonych kontroli skarbowych, a to w pracy nie pomaga i nastrojom nie służy, zwłaszcza jeśli wiadomo od początku, że adres przestępstw jest gdzie indziej – tam gdzie skarbówka nie umie sięgnąć. Po walecznej batalii, na tę jedną dziurę w VAT udało się jednak naszyć łatę, która służyć będzie, aż się nie rozpadnie, naruszana nieustannie przez pomysłowych „rozpruwaczy”.
A w paliwach bez zmian

Wniosek nie jest przesadzony, bo proceder, który udało się ograniczyć w handlu wyrobami hutniczymi kwitnie pięknie w branży paliwowej. Zdaniem prezesa Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego Leszka Wieciecha, skala wyłudzeń podatkowych sięga w niej 10 mld złotych rocznie.

W ostatnim czasie urosła ona bardzo wyraźnie, a jest to przecież branża niezwykle silnie regulowana i kontrolowana na wiele sposobów, nie tylko skarbowych. Z Niemiec i Litwy wjeżdża do Polski 500 cystern z paliwem dziennie. Dostawy te mają szacunkową wartość 7 mld zł rocznie, a trafiają do Polski głównie z intencją okradzenia państwa z podatków.

Co wskazuje na niecne zamiary i czyny importerów? Według Wieciecha, hurtownicy kupują za bliską zagranicą paliwa drożej niż mogliby je kupić od Orlenu lub Lotosu, a sprzedają je naszym stacjom taniej niż oba polskie koncerny. Pomimo stosowania reguły: drożej kupił niż sprzedał, wychodzą na tym świetnie, bo nie odprowadzają ani VAT, ani akcyzy. Jak to możliwe?

Zdaje się, że winny jest przede wszystkim bałagan, brak koordynacji na szczeblu resortów i urzędów. Nikt podobno nie wie, ile dokładnie jest w Polsce stacji paliw, podlegających przecież w teorii setkom przepisów, norm i obostrzeń. Ileś (bo nie wiadomi ile) podmiotów korzysta z przepisów o wwozie paliw do Polski na własny użytek (np. do produkcji energii elektrycznej lub napędu statków), ale w Urzędzie Regulacji Energetyki nie uświadczy się zestawienia takich importerów. POPiHN od 2010 r. zwraca się o „policzenie” stacji paliw od 2010 r., spotyka się z aprobatą potwierdzaną kiwaniem przez urzędników głowami, ale to jedyny efekt materialny tych apeli.

Generał policji w stanie spoczynku Marek Rapacki prowadzi obecnie kancelarię zajmującą się ochroną przed przestępstwami popełnianymi przez „białe kołnierzyki”. Według przytoczonych przez niego danych, w 2015 r. policja stwierdziła rekordową liczbę przestępstw gospodarczych, przy malejącej liczbie przestępstw ogółem. Generał przypisuje ten efekt zwiększonej aktywności organów ściągania.

Uważa, że sukcesy w ściąganiu złodziei podatków byłyby dostatecznie duże, gdyby powstała jedna profesjonalna służba odpowiedzialna za ochronę interesów skarbu państwa. Służba ta musiałaby mieć uprawnienia do kontroli oraz do pracy operacyjnej i śledczej. Posłużył się przykładem niezbyt skutecznego – jak widać – ścigania przestępstw paliwowych, gdzie współpracować muszą ze sobą policja, urzędy skarbowe, urzędy kontroli skarbowej, celnicy (akcyza), służby sekretne i prokuratura.

Jeśli postępowania ciągną się długo (dla zdobycia niepodważalnych dowodów), to współpraca się rozmywa, choćby z powodu nieuchronnych zmian kadrowych.

W tym kontekście i w świetle tego, że „słupy” nie handlują przecież wyłącznie same z sobą i muszą w końcu wyjść na oficjalny rynek, gdzie można je dopaść. Rapacki powitał ze zrozumieniem zapowiedź powołania Krajowej Administracji Skarbowej. Postulował także większą aktywność Ministerstwa Finansów w podpowiadaniu jak ustrzegać się przed nieświadomym wplątaniem w przestępstwa karno-skarbowe.
Minister finansów zapowiada

Minister Paweł Szałamacha zwrócił uwagę, że jego celem jest stworzenie spójnego systemu ochrony interesu fiskalnego państwa, a więc odrzucenie dotychczasowego patchworku, czyli po polsku – łatanki instytucji, przepisów i rozwiązań doraźnych. Potwierdził powołanie od 1 stycznia 2017 r. Krajowej Administracji Skarbowej, która wchłonąć ma także dotychczasową służbę celną. KAS ma reprezentować Skarb Państwa w postępowaniach sądowych. Zapowiedział zmiany prawne, w tym głęboką nowelizację, już latem tego roku, ustawy o VAT, przepisów o grach hazardowych oraz uchwalenie przyjętego już przez Komitet Stały RM tzw. pakietu paliwowego.

Minister zwrócił uwagę na konieczność wyposażenia instytucji państwa w skuteczne narzędzia informatyczne umożliwiające błyskawiczne wychwytywanie patologii i diagnozowanie anomalii. Podał przykład Holandii, gdzie luka podatkowa wynosić ma jedynie 4 proc. PKB, czyli utrzymuje się na poziomie naturalnym, i gdzie na podstawie analiz możliwych dzięki IT udaje się przewidzieć nawet takie zjawiska, które ujawnią się dopiero w przyszłości.

Przykład Holandii jest o tyle obiecujący, że jest to światowa kolebka i mekka nowożytnego handlu, zaś właśnie przekazywanie własności towaru z rąk do rąk jest podstawową pożywką przestępstw podatkowych w obrocie gospodarczym. Patologie nie muszą być zatem normą.

Chciałoby się, żeby informatyzacja państwa na najwyższym poziomie stała się w Polsce ciałem, ale jakoś trudno uwierzyć w taką perspektywę. IT to domena firm prywatnych, które nie cieszą się zaufaniem administracji bojącej się podejrzeń o korupcję i nieprawidłowości, podczas gdy konia z rzędem temu, kto rozstrzygnie, jaki w danym projekcie jest słuszny koszt linijki unikalnego zazwyczaj programu. Nikt też nie słyszał o polskim, państwowym potencjale informatycznym, zdolnym podjąć narosłe wyzwania. Dotychczasowe doświadczenia są często przykre, więc rychłe powodzenie zamysłu widzę marnie.

Paweł Szałamacha bronił rozwiązań polskiej klauzuli obejścia prawa podatkowego wprowadzonej dla obciążania transakcji, których jedynym celem jest obejście prawa podatkowego. Obawy przedsiębiorców budzi możliwa jednostronność fiskusa w ujawnianiu owego domniemanego „jedynego celu”.

Minister zaznaczył więc, że obecne rozwiązania oparte są na wzorach aprobowanych i stosowanych na obszarze OECD. Podtrzymał zapowiedź czterokrotnego zmniejszenia od 1 stycznia 2017 r. limitu transakcji gotówkowych z obecnych 15 tys. euro do 15 tys. złotych. Poprzez podkreślenie, że dotychczasowy limit nie był w żaden sposób egzekwowany i za jego obchodzenie nie grożą żadne realne sankcje, dał do zrozumienia, że niedługo będzie inaczej, z dobrymi efektami dla intensywniejszych zapasów z szarą i czarną strefą.

Minister finansów uznaje przypadłości składające się na szarą strefę za poddające się leczeniu. Wierzy, że da się u nas wykorzystać know-how z Czech, Portugalii, Słowacji, Holandii, czy Wielkiej Brytanii, a rozmaite terapie okażą się skuteczne. – Nie jesteśmy skazani na niską jakość rządzenia, niesprawne rządy i kiepskie służby państwa, tylko dlatego, że żyjemy w tym, a nie innym miejscu w Europie – powiedział.

W tym dziele ogólnym wypadałoby mu kibicować, broniąc wszakże praw nadrzędnych, jak również imponderabiliów.