Amerykański pływak Michael Phelps, rekordzista olimpijski wszechczasów, zdobył kolejny złoty medal i razem ma ich już 21. Rio 2016 to jego czwarte igrzyska, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że wśród jego zdobyczy są jeszcze dwa krążki srebrne i dwa brązowe, okazuje się, że indywidualny dorobek jednego zawodnika można porównać z całkowitym dorobkiem medalowym kraju liczącego ponad miliard ludzi – Indii. Reprezentanci najliczniejszej demokracji świata, którzy po raz pierwszy startowali na igrzyskach w Paryżu w roku 1900, zdobyli na 24 imprezach w sumie 26 medali. Wychodzi nieco ponad jeden krążek na igrzyska.

By nie patrzeć tak daleko – frapuje również postawa polskich reprezentantów. W latach 60. i 70. nasi olimpijczycy regularnie zdobywali po dwadzieścia kilka medali na letnich igrzyskach. Wyjątkiem były oczywiście zbojkotowane przez wielu przedstawicieli Zachodu igrzyska w Moskwie w 1980 r., skąd krążków przywieźliśmy aż 32. Później było już tylko gorzej. Na kolejnych czterech imprezach (ostatnio w Sydney w roku 2000) zdobywaliśmy po kilkanaście medali, a na ostatnich trzech trend jakby się ustabilizował i konsekwentnie zdobywamy po 10 krążków.

Jeśli spojrzeć na wartość PKB, to można zaryzykować tezę, że w przypadku Polski liczba medali na letnich igrzyskach jest odwrotnie proporcjonalna do zamożności naszego społeczeństwa. To oczywiście zbyt daleko idące uproszczenie, ale warto się zastanowić, co ma wpływ na to, że jedne kraje odnoszą bądź odnosiły sukcesy na igrzyskach olimpijskich, a inne nie.

Przy okazji imprezy w Londynie cztery lata temu na łamach „The Atlantic” Matthew O’Brien opublikował bardzo interesujący tekst. Sprawdzał związek między liczbą medali zdobytych a np. wartością produktu krajowego brutto. I co ciekawe, biorąc pod uwagę liczbę zdobytych medali w 2012 r., taka korelacja występuje na poziomie średnim (0,515 na skali od zera do jednego). W Londynie prawie 12 proc. wszystkich medali zdobyli Amerykanie, nieco tylko mniej Chińczycy, prawie 8 proc. Rosjanie, tuż za nimi byli Brytyjczycy, a pierwszą dziesiątkę dopełniali Niemcy, Japończycy, Francuzi, Australijczycy, Włosi i Koreańczycy z południa. Poza Chinami i Rosją (o których niżej) są to wszystko państwa wysoko rozwinięte, w których PKB na głowę wynosił w owym czasie co najmniej 30 tys. dol. rocznie. Wniosek stąd taki, że dobrze rozwinięta gospodarka jest jednym z kluczowych warunków zdobywania medali.

>>> Czytaj też: Prądem w mózg sportowca. Nowy gadżet zrewolucjonizuje treningi?

Ale jeszcze ważniejsza niż PKB dla zdobywania medali jest liczba mieszkańców danego kraju. Jeśli spojrzeć na tę dziesiątkę, to wspólną cechą wszystkich krajów jest to, że liczą co najmniej dwadzieścia kilka milionów mieszkańców (najmniej ludna w tym gronie Australia obecnie ok. 24 mln), a współczynnik korelacji liczby ludności do zdobywanych medali był nawet wyższy niż w przypadku wartości produktu krajowego. Po prostu trzeba mieć odpowiednią liczbę jednostek, by móc trafić na te najbardziej utalentowane. Gdy kraj liczy kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy mieszkańców, jest to znacznie trudniejsze niż przebieranie w milionach.

Jak dowodził O’Brien, oprócz pieniędzy i „zasobu ludnościowego” liczy się to, że trzeba jeszcze chcieć. To działa w dwie strony. W przypadku wspominanych Indii, jeśli spojrzymy na te nieliczne zdobyte medale, to prawie połowa z nich związana jest z jedną dyscypliną: hokejem na trawie. Na Półwyspie Indyjskim generalnie nie ma tradycji masowego uprawiania sportów olimpijskich, a akurat hokej cieszy się powodzeniem. Na drugim końcu skali mamy kraje, które były lub są rządzone przez partie komunistyczne, które w dużej mierze traktują lub traktowały zawody sportowe jako miejsce, gdzie można udowodnić wyższość systemu planowania centralnego nad kapitalistycznym. To w pewnym sensie wyjaśnia nasze sukcesy sportowe z lat 70. i 80. – wtedy po prostu machina państwowa w dyscypliny„efektywne medalowo” potrafiła zainwestować znaczące środki. Przykładem choćby Niemcy Wschodnie (oskarżane po latach o doping na masową skalę, tak jak dziś Rosja) czy Węgry albo Chiny. Inną sprawą było to, że dla wielu ludzi była to tak naprawdę jedyna ścieżka kariery – dziś tych możliwości jest więcej i być może to jest także pewne wyjaśnienie gorszych wyników Polski.

Czynnikiem istotnym statystycznie (ale już znacznie mniej) jest również bycie gospodarzem. Jeśli dane państwo gości olimpijczyków, to w tych i poprzedzających je igrzyskach zdobędzie nieco więcej medali niż zazwyczaj. Wyjaśnienie jest proste: doping kibiców zawsze niesie i gospodarze igrzyska traktują zawsze bardzo poważnie, a cztery lata wcześniej niektóre programy sportowe u organizatorów już mają dużą skalę. A to przynosi efekty.

Mimo tego na szczęście nic nie zapowiada, by Polska w najbliższym czasie była gospodarzem igrzysk zimowych czy letnich (pisaliśmy na łamach DGP wielokrotnie o tym, jak kosztowne i zazwyczaj nieopłacalne dla gospodarzy są takie imprezy), niemniej jednak wydaje się, że powinno nam się udać przywieźć nieco więcej medali niż cztery lata temu. Choćby racji z tego, że nasz PKB wciąż rośnie. Poza tym czynnik, który trudno ująć w statystyki – szczęście być może zacznie nam sprzyjać. Przykład już mamy: w szosowym wyścigu kolarskim Rafał Majka nie przewrócił się jak dwóch rywali, z którymi uciekał (radio RMF FM podało, że jeden z nich miał nawet złamany obojczyk) i ostatecznie zdobył brąz. Być może to pierwsza jaskółka tego, że medalowy trend Polski właśnie przestanie być stabilny i zacznie rosnąć.

>>> Polecamy: Piłka nożna daje emocje, pieniądze raczej zabiera

Rio 2016 – serwis olimpijski na sport.dziennik.pl