Przestaje on działać dokładnie w momencie, kiedy potrzebuję go najbardziej, czyli np. postanawiam zapytać dra Google’a, czy rozcięty łuk brwiowy u trzylatka wymaga natychmiastowej wizyty w szpitalu, czy może wystarczy przyłożyć do niego liść babki lancetowatej. Zapłaciłem za to urządzenie niemało pieniędzy, bo zapewniano mnie, że dzięki niemu ściągnę cały internet w czasie jednego kichnięcia. Ale w praktyce wszystko działa w takim tempie, że gdy wrzucam zdjęcie mojego śniadania na Instagram, to opublikowane ono zostaje dopiero po kolacji.

Ale router to niejedyny problem. Obecnie najprostsze sprzęty mają w sobie tyle procesorów, że po każdej przerwie w dostawach prądu mój dom przypomina salon gier w Tokio – wszystko w nim miga i wydaje z siebie dźwięki sprawiające, że krety czują się bezpieczne dopiero w okolicach jądra Ziemi. W ten subtelny sposób sprzęt domaga się zaprogramowania. Piekarnika nie da się uruchomić, jeżeli najpierw nie ustawicie w nim prawidłowej godziny, co z kolei wymaga skorzystania z instrukcji obsługi o grubości uda Kim Kardashian. Zatem zanim zaczniecie piec kurczaka na niedzielny obiad, będzie już poniedziałek. Lodówka? Mój roczny syn dotknięciem jednego palca potrafi włączyć w niej podświetlenie o tak niebieskiej barwie, że po zmroku nasza posesja wygląda jak plantacja konopi indyjskich. Rzecz jasna staram się to szybko „naprawić”, ale nie jest to proste, bo producent lodówki skonstruował ją z myślą o rocznym dziecku, a nie dorosłym mężczyźnie. Nad tym, co jemu zajmuje pół sekundy, ja zazwyczaj spędzam pół dnia. Oczywiście posiłkując się instrukcją obsługi w rozmiarze Australii. Inny przykład? Jednym ruchem ręki raczkujący bobas potrafi zrobić z dekoderem telewizyjnym coś, co później odkręcać musi osobiście monter, który za godzinę pracy bierze tyle, jakby był co najmniej światowej sławy kardiochirurgiem.

Zewnętrzna markiza powinna zwijać się samoczynnie, gdy zaczyna wiać, ale ona wtedy po prostu odlatuje do sąsiada. Udałem się z tym problemem do serwisu, który stwierdził, że zapomniałem wymienić baterie w jakimś czujniku. A gdy zapytałem, skąd do cholery miałem to wiedzieć, usłyszałem, że powinienem przeczytać instrukcję obsługi. Elektroniczna niania – gdy zapomnimy jej wyłączyć – robi coś zgoła innego od tego, do czego została stworzona: budzi cały dom, pikając jak oszalała. Jednak największą zmorą jest mój sprzęt audio. Od trzech lat próbuję zestroić cyfrowy amplituner z kolumnami, ale za każdym razem kończy się to tak samo: basy brzmią jak bąki puszczane pod wodą. Pocieszam się, że przynajmniej stacja pogodowa jest niezawodna. Jeżeli zapowiada słońce i upał, to w istocie tak będzie. Tyle że w Atenach. Bo u nas akurat na 100 proc. będzie lało.

Nowoczesny sprzęt to straszny pożeracz czasu, energii i niszczyciel nerwów. I nigdy nie działa tak, jak byście tego oczekiwali. Na szukanie odpowiedzi na pytania typu „Jak to do cholery włączyć/wyłączyć?” stracicie pół życia, a drugie pół na włóczenie się po serwisach i studiowanie instrukcji obsługi. Dotyczy to niestety również samochodów. Postęp technologiczny doprowadził do tego, że ich instrukcje nie mieszczą się już w schowkach przed pasażerem. Nie żartuję. W dzisiejszych czasach, chcąc się dowiedzieć, jak steruje się centrum multimedialnym auta, musicie... uruchomić centrum multimedialne auta. Tam w jakiejś zakładce menu podmenu do menu znajduje się „instrukcja obsługi”. Wiecie, czemu jej nie wydrukowano? Bo zajęłaby cały bagażnik.

Uczestniczyłem niedawno w prezentacji nowego porsche panamera, w którym już nawet nawiewami steruje elektronika. Nie żartuję. Żeby skierować strumień powietrza we właściwym kierunku, musicie przesuwać palcami po ekranie tabletu na konsoli środkowej, a całą resztę wykonają za was panowie Intel i Volt. W gruncie rzeczy to tak, jak byście do nawijania spaghetti postanowili używać widelca umieszonego w uchwycie wkrętarki akumulatorowej. To po prostu chore.

Najgorsze jest jednak to, że wszechobecna elektronika zabija frajdę z jazdy nowoczesnymi samochodami. Nawet jeżeli do dyspozycji macie 600 koni, to odnosicie wrażenie, że zamiast oktanów w ich żyłach płyną megabity. Z tego powodu z dużą rezerwą podchodziłem do bmw M2, którym miałem okazję pojeździć w miniony weekend. Choć jest kompaktem, ma urok chuligana i 370 koni, to spodziewałem się zastać w nim tryb jazdy ekonomicznej i dużo przycisków odpowiadających za działanie różnych technologicznych wodotrysków. W rzeczywistości jednak M2 okazało się... jednym z najlepszych BMW, jakie są obecnie produkowane.

Mam wrażenie, że przy okazji tego modelu Bawarczycy przypomnieli sobie hasło, które im przyświeca: Radość z jazdy. I wreszcie zbudowali samochód, który ma charakter znany ze starszych modeli tej marki: jest zadziorny, ostry w prowadzeniu i prowokujący. Przede wszystkim jednak jadąc nim, macie poczucie, że wszystko, co się dzieje bądź za chwilę się stanie, zależy wyłącznie od was i waszych umiejętności. Bo elektronika – choć obecna – w niczym tu nie przeszkadza. Została ograniczona do minimum. Nie ma tu 18 trybów pracy skrzyni biegów, zawieszenia, układu kierowniczego i tajemniczych przycisków aktywujących to i dezaktywujących tamto. Macie do wyboru tylko „comfort” lub „sport”. W dodatku w każdym z tych ustawień silnik brzmi tak samo dziko, soczyście i wręcz impulsywnie reaguje na każde dodanie gazu. Tylne opony łatwo wprowadzić w uślizg, ale równie łatwo je z niego wyprowadzić.

Wydaje mi się, że człowiek, który czuwał nad projektem M2, wyczuł zagrożenie związane z wszechobecną elektronizacją. Jego dzieło jest odpowiedzią na utyskiwania tych, którym w nowoczesnych samochodach brakuje charakteru i duszy. Stworzył model, który zaraz po rozpoczęciu produkcji można wpisać na listę gatunków zagrożonych. Auto, dzięki któremu odzyskałem nadzieję na to, że ktoś kiedyś stworzy jeszcze router, który będzie nadawał się do czegoś więcej niż tylko rzucenia nim o ścianę. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Inwazja starych aut. Resort finansów przymyka oczy na przekręty?