Przypadek Laury Codruțy Kövesi, usuwanej z urzędu szefowej rumuńskiej Krajowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (DNA), nie ma precedensu. Historia jej kariery to opowieść o potężnej władzy, która narodziła się w wyniku braku wyobraźni Partii Socjaldemokratycznej (PSD). Ugrupowanie, które po upadku Nicolae Ceaușescu w 1989 r. uwłaszczyło się na państwie – w 2002 r. uległo presji Zachodu i dało sobie narzuć ustawę o DNA. Kariera Kövesi to również opowieść o instytucji, która miała pozostać fasadą, tymczasem skutecznie wybiła się na niepodległość i zaczęła łamać kariery kolejnym premierom, posłom, ministrom, oligarchom i celebrytom.

Na pomocy finansowej dla Grecji Niemcy zarobiły co najmniej 2,9 mld euro [OFICJALNE DANE]

Dziś szefowa DNA, a wcześniej najmłodsza w historii Rumunii prokurator generalna, walczy o przetrwanie. Rządzący postkomuniści uznali, że albo oni usuną Kövesi, albo Kövesi usunie ich. Ta wojna może ocali ich kariery. W dłuższej perspektywie będzie jednak kolejnym argumentem dla Zachodu, że z Europą Środkową jednak jest coś nie tak. Po zmianach w polskim wymiarze sprawiedliwości i rewolucji Viktora Orbána na Węgrzech kolejny kraj daje amunicję tym, którzy w UE przekonują, że przyszedł czas na odczepienie wagonów z „dziczą ze Wschodu”.

Prywatna operacja przeciw państwu

Kövesi próbowano się pozbyć na długo przed pojawieniem się popularnego dziś w rumuńskich elitach terminu „państwo równoległe”. To odpowiednik używanego w Polsce pojęcia „nadzwyczajna kasta” oznacza, że prawdziwe kierownictwo państwa jest w rękach szefowej DNA, a nie wybieranych i kontrolowanych przez naród polityków. W rzeczywistości ta dramatyczna narracja jest jedynie podstawą ideologiczną do rozprawy z Dyrekcją.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej