Andrus: Wolę dziabnąć się w język niż ociekać jadem [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 14 minut
2 lutego 2017, 21:00
Artur Andrus
Artur Andrus/Flickr.com
- Byłem świadkiem jak pewna dziennikarka podeszła w garderobie do Andrzeja Poniedzielskiego. On też miał litość, więc zgodził się chwilę porozmawiać, ale pani dobiła go pytaniem: „Jaki był pański największy sukces w mijającym roku?” Andrzej marzył o tym, by opowiadać o swych sukcesach, więc ze śmiertelnie poważną miną, jakby on miał inną, powiedział: „Proszę pani, ja w sierpniu z sześciu metrów trafiłem ogryzkiem w wiadro” - mówi w wywiadzie dla DGP Artur Andrus.

Oczywiście, że tak.

Kiedy trzeba sobie popłakać, to płaczę. A ty?

A to ja nie.

To, że patrzę na ojca, który się starzeje, i nie wiem, jak mu pomóc, by tę starość przeżył trochę łatwiej, żeby mu było lżej.

To dość oczywiste rzeczy, jak choroba kogoś bliskiego, jak czyjaś śmierć. Wiesz, niby wszyscy wiemy, że każdego to czeka, niby to rozumiemy, a jednak jak przychodzi, to są i smutek, i ból.

Wzrusza, ale tak, żebym się poryczał, to chyba nie. Chociaż jeden raz pamiętam. Opowiedzieć?

To był festiwal piosenki aktorskiej we Wrocławiu, koncert piosenek Andrzeja Waligórskiego. Siedziałem obok Lesi Waligórskiej, wdowy po Andrzeju, i słyszę, jak piosenkę „Realizm” śpiewa Kazimierz Kaczor: „A jak kiedyś wyjdziemy z długów / I kłopotów będziemy mieć mniej / To ci kupię suknię tak długą / Jaką kiedyś miała Doris Day”. I ta piosenka kończy się tym, że to jest wszystko całkiem realne, „Tylko nie śmiej się, a zwłaszcza nie płacz”. I ja ryczę, a obok mnie płacze Lesia Waligórska...

Proszę bardzo.

...I słusznie.

I to nie tylko kabareciarze. Dowiedziałem się, że gdzieś w Polsce dyskoteki prowadzi DJ 500+.

Myślałem, że to inspiracja polityczna, ale może to rzeczywiście stawka?

Był taki czas, początek lat 90., kiedy wszystkie kabarety zakładały, że nie będą zajmowały się polityką, a po latach okazało się, że to były próby wyhodowania kabaretu w próżni.

Zajmowali się, ale zajmowali się głównie Kaczyńskim... (śmiech). A potem Robert Górski zaczął robić posiedzenia rządu Tuska.

Nigdy mnie nie ciągnęło. Mam wrażenie, że ludzie mają już tak dużo polityki na co dzień, że jakbym im jeszcze na koncertach mówił, że Kaczyński jest taki, a Schetyna taki, to znęcałbym się nad nimi.

Tylko że moje komentarze, moje żarty dotyczą raczej otoczki samej polityki, nie jej samej. To jak żarty u cioci na imieninach, gdzie wujek opowiada o czymś, co wydało mu się zabawne. Nigdy nie traktowałem tego jak komentarz polityczny. My tam sobie siedzimy i gadamy towarzysko.

A tam jest w szklance woda i to cała różnica. Ja to tak odbieram.

To prawda i niektórzy moi koledzy tam występujący mieli przez to jakieś kłopoty, byli odbierani politycznie. Ja nigdy się z czymś takim nie spotkałem, ale przecież wiem, że u nas jest wszystko identyfikowane politycznie. W Trójce za Skowrońskiego dostawałem e-maile z pytaniami: „Jak pan może występować w tubie propagandowej Platformy Obywatelskiej, jaką jest »Szkło kontaktowe«?” i jednocześnie: „Jak pan może występować w pisowskim radiu?”.

Nie bardziej niż kiedyś.

Na razie zmiana, a czy dobra, to się okaże. Każda nowa dyrekcja ma prawo wprowadzać swoje pomysły, ale wszystko i tak jest później oceniane przez słuchaczy.

Gdybym chciał zwalniać się przy każdej politycznej zmianie w Trójce, to musiałbym już odchodzić z radia sześć razy. Takie są realia w tej instytucji.

Z niczym takim się nie spotkałem. Kiedy miałem okazję na spotkaniach w Trójce czy podczas spotkania z panią prezes powiedzieć o tym, co mi się nie podoba, to mówiłem. Z radia odejdę wtedy, kiedy uznam, że powinienem, ale nie sądzę, by już był czas na to. Moi słuchacze tego się ode mnie nie domagają.

No daj Boże, ale mógłbyś sobie darować dziadka.

Najlepsze w tym jest to, że są polityczni, są dowcipni, ale okazuje się, że można to robić bez jadu, bez dokładania do pieca.

Nie mam poczucia, by ocieplał czyjś wizerunek. Po prostu nie ocieka jadem, nie próbuje kogoś dobić, udowadnia, że można robić satyrę polityczną bez dowalania, bez kopania, z klasą. Staram się, by ze mnie też nie sączył się jad. Jasne, że każdy ma własne kły jadowe, ale robię wszystko, by ich nie wysuwać w sytuacjach publicznych. Wolę już dziabnąć się w język niż ociekać jadem.

Dlatego ja nie jestem zjawiskiem internetowym, nie potrafię wrzucić do sieci krótkiej wypowiedzi, która będzie miała milion odsłon tylko dlatego, że w kogoś mocno walnąłem.

Podsunąłeś mi pomysł. Wrzucę do internetu filmik: „Andrus zaorał Skibę”, w którym będę szedł za pługiem i orał.

Nie zostaniesz w ten sposób gwiazdą YouTube’a.

Ale ja mam dowody na to, że na szczęście nie wszyscy chcą tego zaorania. Niedawno byłem w filharmonii w Szczecinie...

Przyszło 800 osób i nie sądzę, by oczekiwali ode mnie takiej orki. Może to nie jest hala sportowa, ale dla mnie to wystarczająco dużo ludzi, bym miał dla kogo występować.

Ty się nie śmiej, opowiadałem ci o uniwersytecie trzeciego wieku, dla którego występowałem? Po koncercie podchodzą do mnie dwie studentki i jedna z nich mówi: „W telewizji to pan tak młodo wygląda, ale na żywo znacznie lepiej”.

Nie, pies był dużo wcześniej. Moja kolekcja nieoczywistych komplementów zaczęła się od tego, że podeszła do mnie pani i powiedziała: „Boże, pan jest taki śmieszny jak pies”.

Że zimno jak pies, gorąco jak pies, głodny jak pies? Jakiś pan do mnie napisał, że jego wujek ma tak samo. A wracając do tych komplementów, to inna pani powiedziała mi: „Tak naprawdę to jest pan dużo przystojniejszy niż w rzeczywistości”, ale na dobre to załatwili mnie górale. Kiedyś zachwycałem się tymi ich pasami, to mi jeden mówi: „Panocku, no to na psysły rok wam taki zrobimy. Cielak juz jest, juz się ciesy”, a ojciec tego górala zlustrował mnie od góry do dołu i rzucił: „Jedyn cielak bedzie mało”.

Coś tam jest. Przywiozłem sobie na przykład plakat zapowiadający moje spotkanie z więźniami we Wronkach. Wszystko jest jak należy i pod spodem dopisek: „Spotkanie ma charakter zamknięty”.

Oczywiście! Kiedyś kupowałem szafę i dostałem w komplecie płytę – 17 piosenek o szafach, moja ulubiona to „Popatrz, popatrz, jaki prosty montaż”. Opowiadałem o tym na spotkaniach i kiedyś podszedł do mnie jakiś pan i mówi: „To moja firma wydała i jestem tu na okładce”. Ale podszedł, powiedział i uciekł.

Oczywiście, że pamiętam „Disco relax”.

Bo treść można było odczytać z teledysku. Jak „Letni wiatr”, to mu trochę rozwiewało włosy, a w „Na karuzeli życia” facet siedział na dziecięcej karuzeli.

„Ooo, everybody frytki”? Pamiętam!

Teraz disco polo weszło do mainstreamu. Kiedyś byliśmy dwoma dziwakami, którzy zachwycają się nie do końca poważnie disco polo, a teraz proporcje się odwróciły i nikt się disco polo nie wstydzi.

CeZik to w ogóle świetny facet, który stworzył się w internecie, ale ja nie widzę powodu, bym miał nie prezentować go w radiu. On sobie wymyślił, że odnalazł nagrania z lat 60. nieznanego dotychczas gliwickiego zespołu Bezbarwni i zrobił bardzo fajne, stylizowane na lata 60. piosenki. To trzeba grać.

A co to?

To ja ci w zamian dam o szafach. I żeby nie było, mnie trochę razi stawianie tego na tej samej półce co Młynarski, bo nie ma potrzeby, w końcu każdy ma swoją półkę, ale nie przyszłoby mi do głowy kpić z tego. Także dlatego, że piosenka chodnikowa istniała sobie w najlepsze od zawsze, choćby w latach 60. czy 70.

On! A „Kolorowe jarmarki”? Przecież to nie było wiele lepsze od disco polo, a śpiewała to Maryla Rodowicz.

Tak bym tego nie nazwał. W radiu jestem po to, by prezentować pewien rodzaj twórczości, który gdyby nie Trójka, pewnie nie pojawiłby się nigdzie indziej. Myślę choćby o piosence kabaretowej, która dość długo była w odwrocie, ale ludzie znów zaczynają nagrywać takie płyty. To moja robota.

I co się śmiejesz?

To zagadka do dziś niewyjaśniona. Na egzaminie dostałem pytanie: »Lalka« jako powieść straconych złudzeń”.

Ale oglądałem. No i zaczynam mówić o straconych złudzeniach Wokulskiego wobec panny Izabeli, ale egzaminator kręci głową, że nie tak. No i zaczyna mnie maglować, wychodzi na to, że to beznadziejne, co ja mówię. Po egzaminie byłem już pewien, że pora wracać do Sanoka, bo poległem, trudno, ale okazało się, że mam czwórkę. Pewnie mnie z kimś pomylili, ale nie prostowałem. A pamiętasz egzamin łączony z wiedzy o społeczeństwie, historii i geografii?

O, mądralo! Widzisz, przez co my, dziennikarze, musieliśmy przejść?! Nie tak jak wy, z konkursu. Na tym egzaminie dostałem takie pytanie z geografii: „Porównaj, najlepiej procentowo, strukturę zatrudnienia w przemyśle, rolnictwie i usługach na przykładzie Polski, Związku Radzieckiego, Bułgarii, Afganistanu i Turcji”.

Mogę pomylić jakąś nazwę państwa, bo już wtedy straciłem przytomność, ale nie ściemniam.

A ty wiesz?! To proszę, jaka jest procentowa struktura zatrudnienia w Afganistanie?

Egzaminator widział, że odpływa ze mnie krew, i wyciągnął „Rocznik statystyczny GUS”. Przeczytałem, co trzeba, i uznał mi odpowiedź. A ciebie ktoś sprawdzał, czy umiesz czytać roczniki statystyczne? Do dzisiaj nie umiesz! Tylko po co ja ci to wszystko mówię, przecież ty pamiętasz to lepiej ode mnie.

Już mi ją kiedyś przypomniałeś, więc opowiadam innym, jak to na trzecim roku dziennikarstwa w planie zajęć zobaczyliśmy geografię. Wszyscy byliśmy już poważnymi dziennikarzami, więc śmiechu było co niemiara, usprawiedliwienia typu „Proszę pani, zapomniałem przynieść globus”...

I dlatego kazała nam pisać pracę na zaliczenie. No i napisałem pracę pt. „Co słonko widziało, czyli wpływ nasłonecznienia na migrację ludności, na podstawie dzieł prekursorki badań Marii Konopnickiej”, w której udowadniałem, że ludzie z ciemnej Galicji emigrowali do Ameryki nie za chlebem, a za słońcem. Pani uznała, że z takim tumanem do porozumienia nie dojdzie i dała mi trójkę.

Już jako dziennikarz Trójki poszedłem na zjazd literaturoznawców z Towarzystwa im. Marii Konopnickiej i zadałem przewodniczącemu pytanie: „Panie profesorze, co słonko widziało?”.

On prowadził wtedy „Zapraszamy do Trójki”, a ja postanowiłem zrobić sensacyjny materiał o tym, że misję w Warszawie kończy ambasador Słowacji. Przez cały materiał śpiewaliśmy słowackie piosenki.

„Nedaleko od Trencina żila pekna Katarina”... Ale nie musisz mi tego wszystkiego przypominać. Za to ja pamiętam wystarczająco wiele o tobie, by cię kiedyś skompromitować.

I ja pomocny jestem. Niedawno przyszła do mnie pani i zaczęła: „Po pierwsze, bardzo chciałam pogratulować panu występu. Był prze..., prze..., prze...” Widzę, że nie przejdzie przez to słowo, więc podsuwam: „Przeintelektualizowany?”. A ona na to z ulgą: „Tak”. Tak się kończą żarty z dziennikarzami.

Byłem świadkiem, jak pewna dziennikarka podeszła w garderobie do Andrzeja Poniedzielskiego. On też miał litość, więc zgodził się chwilę porozmawiać, ale pani dobiła go pytaniem: „Jaki był pański największy sukces w mijającym roku?”. Andrzej marzył o tym, by opowiadać o swych sukcesach, więc ze śmiertelnie poważną miną, jakby on miał inną, powiedział: „Proszę pani, ja w sierpniu z sześciu metrów trafiłem ogryzkiem w wiadro”.

To odpowiem poważnie – zaśpiewałem w duecie z Alicją Majewską. Napisałem na jej nową płytę dwie piosenki i jedną wspólnie zaśpiewaliśmy. Gdzież ja bym kiedyś pomyślał, że zaśpiewam z kimś...

Właśnie! Najgorsze jest chyba jednak nie pytanie o sukces, ale o to, skąd bierze pan pomysły. Zdaje się, że kiedyś Ani Mru Mru odpowiedziało na to w ten sposób, że byli na wakacjach na Węgrzech i tam kupili sobie książeczkę „1000 pomysłów na skecze”. Odpowiedzieli, a biedny dziennikarz puścił taką odpowiedź bez komentarza.

Zawsze trzeba uważać na to, co się mówi i pisze, bo wyjdzie tak jak z Marysią Czubaszek. Dawno temu, w czasach faksów wysłała swój felieton do jednej z gazet i na końcu – już odręcznie – dopisała: „A kiedy wreszcie będą pieniądze? Całuję, Marysia”. Nie muszę ci chyba dodawać, że felieton poszedł razem z tym dopiskiem.

Wiersze o matkach zacząłem też pisać na koncertach i kiedyś ludzie wymyślili, że to mam napisać o matce pracującej w pięciu zawodach. Bohaterka miała być sportsmenką, nauczycielką, księdzem, górnikiem i hyclem. Zszedłem za kulisy, będąc przekonany, że nie dam rady, ale wyszedłem po dziesięciu minutach z czymś takim: „Wiatr pomaga w biegu matce / Matka biegnie i nie zwalnia / Ta, która w koloratce / Uczy łapać psy w kopalniach”. To się musi jakoś nazywać.

Znajomi oczywiście nie, a nieznajomi też raczej uśmiechają się i nie oczekują, że będę śmieszny na zawołanie.

Bo jest prywatne. Rozmawiam o tym z przyjaciółmi, jak wszyscy, ale czemu miałbym to sprzedawać? Mam robić sesje fotograficzne w domu?

A ja nie mam poczucia, że opowieści o moim życiu prywatnym coś zmienią w życiu innych, że komuś pomogą.

>>> Polecamy: W Polsce rodzi się coraz więcej dzieci. Ale to nie tylko skutek 500 plus

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj