Ale studenci tego nie wiedzieli i nie zrozumieli? Nie dziwi mnie to, w końcu odwołanie się do biblizmów, których jest w polszczyźnie nie tak znowu wiele, jest lekko passe.
Pamiętam tekst prof. Jadwigi Staniszkis w „Gazecie Wyborczej” pt. „Miedziane czoła polityków”. I co musiała zrobić profesor, być może pod wpływem redakcji? Wyjaśnić w tekście, o co jej chodziło. Co więcej, pamiętam, że w mojej grupie studenckiej był ksiądz, który nie znał tego biblizmu.
To było choćby w „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” Ignacego Krasickiego.
Bo oczywiście jest frazeologia bierna i czynna, ale zakres znajomości zwrotów rodem z Biblii jakoś nas w kulturze osadza, czy tego chcemy, czy nie.
Tak, to jeden z powodów. Nawet jeśli kiedyś też Biblii nie czytano, to osłuchano się z nią w kościele. Teraz to zanika, bo nawet jeśli chodzimy, to nie skupiamy się na tym, co się dzieje. No i do nas ta treść nie dociera. Choć oczywiście są zwroty, jak „listek figowy”, jeszcze używane, tylko niewielu kojarzy je z Biblią.
