W sumie zawsze się ku temu skłaniałem. Zanim zacząłem pisać, czytałem – i ciągnęło mnie do takiej literatury: śmiesznej, ale bolesnej. Nic dziwnego, że kiedy wziąłem się za pisanie, to w podobnej tonacji. Odkryłem wówczas jeszcze coś – że nie trzeba unikać humoru, siląc się na powagę. Nie trzeba się bać, że pisząc śmiesznie, napisze się coś głupiego i pozbawionego treści. Bo humor bywa bardzo poważny i przenikliwy, i potrafi ciąć jak skalpel. Czasami to jedyny sposób, by coś sensownego powiedzieć o ludzkim doświadczeniu. Bywa, że to także unikalne narzędzie do zszywania ze sobą różnych pozornie niepasujących do siebie rzeczy i zjawisk. Im jestem starszy, tym większe wrażenie robi na mnie śmiech. Jeżeli jestem w stanie dostarczyć komuś takiego poczucia rozbawienia podszytego niepokojem, ciemnością i smutkiem, uważam swoją pisarską misję za spełnioną. Zdaje mi się, że to jest w miarę zdrowe podejście do życia i sztuki. Jeśli umiesz się śmiać z siebie i ze świata, z tego, jak dziwacznie zabawni potrafią być ludzie, to może jeszcze nie wszystko stracone. Trzeba się śmiać, żeby zatamować płacz.
Ależ ja początkowo chciałem zachować powagę jako pisarz. Mówić wyłącznie istotne rzeczy, takie dużą literą, wsłuchiwać się w głosy zafrapowanej publiczności. Ale tu wkroczyły do gry nie tyle indywidualne predyspozycje, ile lektury – czytałem rzeczy, które były poważne poprzez humor i dzięki humorowi. Skoro ktoś to umiał zrobić, to właściwie dlaczego ja nie mógłbym? – pytałem sam siebie. A potem, jeśli się ćwiczy, pojawia się pewna rzemieślnicza praktyka: zaczynasz czuć, kiedy coś wyszło ci zbyt poważnie, ale wiesz też, kiedy napisałeś coś skrajnie niemądrego. To jak w malarstwie – wszystko się rozgrywa między światłem a cieniem. Trzeba stale poszukiwać równowagi.
>>> CAŁY WYWIAD W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU DGP
