Tak. Bez dwóch zdań. Jej negatywna postawa wobec Unii radykalizowała się w miarę, jak organizacja ta stawała się coraz bardziej scentralizowana, zyskując nowe kompetencje. Tego Thatcher nie mogła zaakceptować, bo oznaczało to powolne zrzekanie się przez jej kraj suwerenności.
Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym przypomnieć, dlaczego w ogóle powstała Unia Europejska...
Bzdura! Całkowita bzdura. To jest narracja wygodna dla Francuzów i Niemców. Gdy powstawała, prawdopodobieństwo, że ktokolwiek w powojennej Europie Zachodniej będzie chciał znów angażować się w konflikty zbrojne, było bliskie zeru. Prawdziwym celem powstania wspólnot europejskich było wzmocnienie sojuszu państw demokratycznych względem ZSRR przez ugruntowanie w nich idei gospodarczego liberalizmu. Gospodarczy liberalizm gwarantował Europie prosperity, a ta jest podstawą potęgi państwowej. W trakcie zimnej wojny powód istnienia wspólnot europejskich był dla wszystkich oczywisty, jednak z jej końcem pojawiła się potrzeba wymyślenia nowego raison d,être. W rezultacie powstała Unia i zamiast platformą współpracy gospodarczej zaczęła stawać się po prostu państwem. I to był właśnie ten moment, w którym Margaret Thatcher zaczęła się radykalizować. To m.in. jej negatywna postawa wobec planowanego podpisania Traktatu z Maastricht (podpisany 7 lutego 1992 r., wszedł w życie 1 listopada 1993 r. – red.), który oficjalnie ustanawiał Unię Europejską, sprawiła, że straciła funkcję premiera. Chciano się jej pozbyć nawet we własnej partii. A Theresa May? Ona, jak zresztą wszyscy następcy Thatcher, ma szansę udowodnić, że pod żadnym względem jej nie dorównuje.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
