Wniosek, o którym mowa, płynie z pracy Jonasa Kolsruda i Petera Nilssona (Narodowy Instytut Badań Ekonomicznych w Sztokholmie) oraz Camilla Landaisa i Johannesa Spinnewijna (London School of Economics). Badanie nosi tytuł „Optymalny czas na zasiłki. Szwedzka teoria i praktyka”.

W rozwiniętym świecie mamy oczywiście różne modele. Na jednym biegunie jest schemat amerykański, gdzie zasiłki są krótkie i niskie. Po drugiej stronie – wzorzec z takich krajów jak Belgia. Tam bezrobotny, tracąc pracę, może liczyć na dłuższą pomoc ze strony państwa. Kraje postsocjalistyczne (takie jak Polska) tradycyjnie były bliżej modelu amerykańskiego. W ciągu ostatnich 20 lat w tym kierunku zaczęło się przesuwać również wiele niegdyś bardziej opiekuńczych gospodarek. Na przykład Niemcy w czasach kanclerza Schroedera i jego (dla jednych świetnych, dla innych niesławnych) reform z pakietu Agenda 2010. Liberalni zwolennicy krótszych zasiłków argumentują, że na długą pomoc państw bogatych nie stać. Albo że zasiłek deaktywizuje bezrobotnego i zniechęca do poszukiwania nowej pracy. Krytycy takiego myślenia podnoszą z kolei, że zasiłek dla bezrobotnych to nie jest żadna łaska ze strony państwa, tylko dobrze skonstruowany mechanizm ubezpieczenia od utraty pracy. Ubezpieczenia, które się wszystkim opłaca, bo w dłuższym okresie ogranicza kolosalne społeczne koszty popadnięcia w chroniczne bezrobocie. A to z kolei pociąga za sobą spadek popytu, wpływów podatkowych (bezrobotni nie płacą danin od pracy), niezadowolenie społeczne, a nawet wyższe koszty opieki zdrowotnej.

>>> Czytaj też: Związki zawodowe w Polsce. Nowe przepisy budzą wiele wątpliwości

To kontekst, bo praca Kolsruda i spółki, o której dzisiaj mowa, nie idzie w kierunku rozstrzygania o słuszności całego modelu. Ekonomiści postawili sobie cel dużo skromniejszy, a jednocześnie dużo bardziej konkretny. Chcieli zbadać, czy wysokość zasiłku powinna się zmieniać w czasie. To znaczy, czy należałoby najpierw płacić więcej, by zminimalizować pierwszy szok związany z utratą pracy, a potem go stopniowo zmniejszać, zachęcając beneficjenta, żeby swoje poszukiwania zintensyfikował. Tego typu myślenie jest wśród ekonomistów (oraz polityków) bardzo mocno rozpowszechnione. I w zasadzie niezależne od przynależności do politycznej opcji.

Kolsrud, Nilsson i pozostali testują to rozwiązanie. Wskazują, że stopniowe obniżanie zasiłków może przynieść również negatywne konsekwencje, o których zapominać nie wolno. Na przykład dowodzą, że w pierwszym momencie po utracie pracy bezrobotny dysponuje zazwyczaj jakimiś płynnymi oszczędnościami, którymi zabezpiecza się przed wpadnięciem w czarną dziurę. Wniosek jest więc taki, że większej pomocy państwa będzie potrzebował raczej później, gdy te oszczędności stopnieją. Drugi ważny problem to obniżanie kompetencji zawodowych, które wyjście z rynku w większości przypadków powoduje. Nie chodzi tylko o to, że człowiek zapomina jak pracować. Kłopot to szybko zmieniające się otoczenie prawne czy technologiczne każdej pracy. Nowe przepisy, nowe narzędzia, nowe procedury – póki jesteśmy w pracowym kołowrocie, chłoniemy je jakby naturalnie. Ale starczy, że znikniemy na rok i już potrzeba czasu, by się znowu wdrożyć. To wszystko sprawia, że wartość pracownika spada wraz z długością okresu, który spędza na bezrobociu. Im dłużej jest poza rynkiem, tym trudniej mu na niego wrócić. I tym bardziej potrzebuje zewnętrznych źródeł finansowania. Logiczne więc, że świadczenia powinny raczej rosnąć niż spadać.

Ekonomiści zauważyli jeszcze jedno. Im dłużej człowiek jest bez pracy, tym bardziej spada jego konsumpcja. W Szwecji bezrobotny przez pierwsze 20 tygodni konsumuje o 4,4 proc. mniej niż przed utratą pracy. Po pięciu miesiącach ten spadek pogłębia się do prawie 10 proc. Znów ten sam wniosek: jeśli chcemy uniknąć recesyjnego wpływu bezrobocia dla całej gospodarki (spadek popytu), to trzeba zasiłki w miarę upływu czasu zwiększać, a nie zmniejszać.

>>> Czytaj też: Die Welt krytykuje projekt ustawy o pracownikach wykwalifikowanych. "To zły kierunek"