Z negocjacyjnym chaosem ws. Brexitu oraz na mniej niż 100 dni przed wyjściem z UE, warto przypomnieć, że rząd Wielkiej Brytanii – pomimo swoich zapewnień – jest zupełnie nieprzygotowany na opuszczenie Wspólnoty bez żadnej umowy. Udawanie, że jest inaczej, nikomu nie pomoże – czytamy w opinii redakcyjnej agencji Bloomberg.

Kilka tygodni temu rząd w Londynie rozpoczął szaleńcze przygotowania do wyjścia ze Wspólnoty. Przeznaczono 2 mld funtów na ewentualny „twardy Brexit”, zatrudniono 10 tys. nowych pracowników, przemieszczono setki urzędników do tych departamentów, gdzie brakowało personelu. Postawiono też w stan gotowości ok. 3500 żołnierzy.

Wszystko to jednak nie jest niczym innym jak kosztownym blefem. Od samego początku brytyjski rząd wykorzystywał perspektywę chaotycznego Brexitu jako lewara negocjacyjnego. „Brexit bez umowy jest lepszy niż Brexit ze złą umową” – mówiła premier Theresa May. Strategia ta jednak nigdy nie była szczególnie przekonująca, przede wszystkim dlatego, że Wielka Brytania nie zrobiła prawie nic, aby przygotować się na „twardy Brexit”. Udawanie, że już teraz działa się inaczej, na trzy miesiące przed Brexitem, jest ułudą. Negocjatorzy ze strony UE doskonale wiedzą, że Wielka Brytania nigdy nie zaakceptuje konsekwencji bezumownego wyjścia z UE, a kosztowne przygotowania Londynu nie sprawią, że Bruksela pójdzie na jakieś ustępstwa.

Konsekwencje "twardego Brexitu"

Ciągle się powtarza, że „twardy Brexit” byłby katastrofą. W ciągu jednego dnia pojawiłyby się bowiem bariery celne i regulacyjne. Licencje i pozwolenia wydawane w Wielkiej Brytanii przestałyby obowiązywać za granicą z dnia na dzień. Łańcuchy dostaw uległyby przerwaniu, zaś dystrybucja żywności załamaniu. Wzrost gospodarczy załamałby się, funt stracił na wartości, ceny poszybowałyby w górę, a bezrobocie mogłoby się nawet podwoić. Do tego dochodzą konsekwencje pozaekonomiczne: brytyjska policja straciłaby dostęp do narzędzi pozwalających śledzić terrorystów, piloci z Wysp oraz brytyjskie samoloty mogą zostać zmuszeni do lądowania, szpitalom może zabraknąć leków, a miasta mogą utonąć w śmieciach.

W obliczu wszystkich problemów rząd Wielkiej Brytanii nie zaproponował prawie nic, nie przedstawił żadnych szczegółów planu, który miałby przeciwdziałać negatywnym konsekwencjom „twardego Brexitu”. Rządowe plany, mające na celu przeciwdziałanie brakom dostaw leków czy żywności były utrzymywane w tajemnicy, natomiast jedne plany ujawnione opinii publicznej, dotyczące czarteru statków na masową skalę, aby sprowadzać krytyczne zasoby i surowce, były nierealistyczne.

Brytyjski rząd nie zrobił też prawie nic, aby pomóc firmom. Londyn opublikował formalny przewodnik na wypadek bezumownego wyjścia z UE dopiero w sierpniu 2018 roku, dając tym samym biznesowi tylko kilka miesięcy na przygotowania. Szefowie firm mówią wprost, że zostali pozostawieni sami sobie. Sytuacja małych przedsiębiorstw jest jeszcze gorsza, gdyż tam frustracja jest jeszcze większa. Aż 94 proc. firm narzeka na brak informacji.

Nawet w obszarach, gdzie można zaobserwować więcej planowania, efekty nie są bardziej zachęcające. Weźmy choćby kwestię kontroli na granicach: w scenariuszu „twardego Brexitu” Zjednoczone Królestwo musiałoby przetwarzać ok. 260 mln deklaracji celnych rocznie. Obecnie przetwarza się ok. 55 mln. Z niedawnego audytu wynika, że 11 z 12 krytycznych systemów informatycznych, które miałyby się uporać z większą skalą deklaracji celnych, nie będzie gotowych na czas. W efekcie rząd będzie musiał zrezygnować z wielu kontroli celnych i kontroli bezpieczeństwa w przypadku towarów z UE. Sytuacja, która powstanie, może być określona jako „mniej niż optymalna”.

Londyn nie może już blefować ws. Brexitu

O wiele lepszym podejściem w tych warunkach byłaby szczerość ze strony Londynu. Czas na blefowanie dobiegł końca. Żaden rząd nie może dobrowolnie zaakceptować negatywnych konsekwencji, jakie niesienie ze sobą bezumowny Brexit, a premier Theresa May powinna to zwyczajnie przyznać. Jeśli brytyjski parlament odrzuci w styczniu wynegocjowane przez nią porozumienie – a wiele wskazuje na to, że tak się stanie – Theresa May powinna jak najszybciej opóźnić wejście w życie artykułu 50. Traktatu o UE, co pozwoliłoby zatrzymać odliczanie. W efekcie Londyn miałby więcej czasu na nowe wybory, lub – jeszcze lepiej – na nowe referendum ws. Brexitu, które pozwoliłoby obywatelom na wyjście z tego impasu.

Kontynuacja dotychczasowego stylu przygotowań do „twardego Brexitu” jedynie powiększy skalę strat. Dziś przeznacza się wielkie sumy pieniedzy na podtrzymywanie iluzji, w którą i tak nikt nie uwierzy. Tymczasem w obszarze realistycznych możliwości nie widać żadnych postępów, a zegar wciąż tyka.

>>> Czytaj też: Brexit: co trzeba wiedzieć? Wyjaśniamy pięć możliwych scenariuszy