Ktoś powie, że prowadził interesy w imieniu formalnie niezależnych od partii podmiotów – fundacji i należącej do niej spółki. Ale zarazem to nie w imieniu tych podmiotów mówił o uzależnieniu decyzji biznesowych od wygranych wyborów. Mówił to w imieniu partii, której jest szefem.

Prezes skupił przy swoim biurku tak dużo władzy, że teraz sam jest sobie winien. Zamiast dawno zrezygnować z formalnej funkcji w PiS i prowadzić w jej tle biznesowe interesy – jak słyszymy na nagraniach, jest w tym bardzo sprawny, a nawet cwany – nie miał ochoty ustępować z politycznej roli, która mu do tych interesów służy.

„Państwo to ja” – mawiał król Francji w czasach, gdy monarchia absolutna była swego rodzaju „dobrą zmianą”. A dziś? Nawet w Polsce „dobrej zmiany” centralizacja to tak niepopularna metoda, że nie można jej prowadzić z fotela premiera. Teraz dopiero okazuje się, że prezes świadomie wybrał kulisy, by prowadzić interesy zza kotary. I jeszcze, że największym zagrożeniem dla partii nie jest opozycja totalna, lecz własny wódz.

Sygnały o zgubnych efektach centralizacji w PiS płyną od dawna, ale ucho prezesa jest na te wołania głuche. W Nowym Sączu – jednym z mateczników – partia przegrała wybory samorządowe z tego powodu tak sromotnie, że musi od nowa budować struktury. Teraz, także z powodu centralizacji i jej zgubnych skutków, PiS może zapomnieć o dotychczasowej taktyce przedwyborczej. Karząca dłoń ojca założyciela, który niezawodnie i w sposób jednoznaczny udowadniał przywiązanie do standardów, straciła autorytet. Nawet nie będąc zwolennikiem partii, można było wierzyć, że na jej czele stoi ktoś, kto opanuje szerzące się afery. Ale mit prezesa prysł.

Nie oznacza to, że wyborcy odwrócą się od PiS. Dla wielu zagorzałych zwolenników nie ma alternatywy. Baza wyborców tej partii odrodziła się bowiem na teorii spiskowej i w ramach tej teorii wszystko, co jej przeczy, tylko wzmacnia wiarę w spisek, z którym walczy PiS. Co jednak z grupą wyborców, którzy znajdują się po środku i przypływają lub odpływają od partii do partii, kierując się własnym niezależnym osądem? PiS ich właśnie bezpowrotnie traci. Pytanie, co wobec tego zrobi.

W pierwszej chwili taktyka wyjścia z kryzysu polegała na bagatelizowaniu sprawy i obracaniu jej w żart. Niewykluczone jednak, że za moment poznamy kolejne rewelacje i nie wiadomo, czy operacja zamiatania pod dywan będzie miała jeszcze szanse powodzenia. Nikt się nie spodziewa, że sam prezes wyjdzie do mediów, by z uśmiechem rozwiać wszelkie wątpliwości. Sprawa będzie żyła.

PiS ma więc powody, by rozważać mocny skręt w prawo, z całym repertuarem zaostrzania działań, z których do tej pory rezygnował ze względu na Europę i umiarkowanych wyborców. Od sądów po media państwo PiS mogłoby w końcu przeskoczyć w antyliberalnych osiągnięciach samego Viktora Orbána. Ten scenariusz ma jednak poważne ograniczenia i niewykluczone, że przyspieszyłby upadek. Rozpad PiS oznaczałby w praktyce, że z resztek partii zwycięsko wyjdzie Zbigniew Ziobro, który – łącząc siły z innymi radykałami – przyspieszy konsolidację frontu zdecydowanie opowiadającego się za wyjściem z Unii.

Można też zakładać – skoro prezes raczej nie ustąpi – że jakoś to będzie. Bo wyborcom w państwach demokracji antyliberalnej coraz mniej przeszkadza korupcja na szczytach władzy. I choć w ogłoszonym wczoraj rankingu Transparency International Polska jest na 36. miejscu, a Węgry daleko za nią, na 64. pozycji wśród 180 państw, to z pewnością percepcja korupcji po wczorajszych doświadczeniach wzrosła. Jeśli przy takiej świadomości PiS utrzyma popularność i wygra wybory, to nie będzie już można mówić, że coś jest nie tak z tą partią; coś będzie nie tak z demokracją w Polsce.

>>> Czytaj też: Zaremba o taśmie Kaczyńskiego: Niezguła bez konta obraca milionami [OPINIA]