Najprawdopodobniej już dziś rozpoczną się finałowe negocjacje dotyczące dyrektywy o prawach autorskich między Komisją Europejską, europarlamentem i Radą UE skupiającą przedstawicieli państw członkowskich (czyli trilog). Będzie to drugie w tym roku podejście do zawarcia porozumienia w sprawie ostatecznego kształtu budzących kontrowersje przepisów. Poprzednie zakończyło się fiaskiem trzy tygodnie temu, po tym jak koalicja 11 krajów – m.in. Niemiec, Polski, i Włoch – nie zgodziła się na brzmienie dwóch budzących największe emocje przepisów – art. 11 i 13.

Sporne regulacje

Pierwszy z nich ma zagwarantować wydawcom prasowym prawa pokrewne, dzięki którym uzyskają oni możliwość żądania od portali internetowych publikujących fragmenty artykułów dziennikarskich opłat licencyjnych. Drugi przepis dotyczy podziału zysków między twórcami a pośrednikami, zwłaszcza platformami internetowymi umożliwiającymi swoim użytkownikom zamieszczanie dużych porcji materiałów. Zgodnie z art. 13 te ostatnie stałyby się zobowiązane do zawierania umów licencyjnych z właścicielami praw autorskich na korzystanie z ich utworów. W przeciwnym razie musiałyby wprowadzić skuteczne mechanizmy wykrywania i przeciwdziałania naruszeniom. W praktyce oznaczałoby to wdrożenie technologii automatycznego monitorowania treści. Użytkownicy, którym algorytm bezzasadnie zablokowałby materiał, mieliby jednak zapewnioną ścieżkę dochodzenia roszczeń.

Rządy (w tym polski) najbardziej nieprzychylne przepisom uchwalonym we wrześniu ub.r. przez Parlament Europejski uważają, że staną się one narzędziem cenzury internetu. Wyjście z impasu najprawdopodobniej umożliwi jednak kompromisowa propozycja wypracowana przez rząd w Berlinie z delegacją francuską. Przewiduje ona zwolnienie z obowiązku aktywnego monitorowania zamieszczanych w nich treści dla serwisów działających nie dłużej niż trzy lata, wykazujących dochody nieprzekraczające 10 mln euro rocznie oraz mające maksymalnie 5 mln unikalnych użytkowników.

Lobbystyczne wysiłki

Małe portale, które spełniają wszystkie te kryteria, będą musiały jedynie stosować się do procedury notice and takedown, czyli usuwać materiały naruszające prawa autorskie dopiero po otrzymaniu w tej sprawie odpowiedniego zgłoszenia.

– Nawet jeśli Polska zagłosuje przeciwko tej propozycji, to bez Niemiec mniejszościowej koalicji nie uda się zablokować projektu dyrektywy – podkreśla Jacek Wojtaś z Izby Wydawców Prasy (IWP).

Wraz ze zbliżającym się rozstrzygnięciem losów unijnej dyrektywy obie strony sporu – internetowi giganci oraz twórcy i media tradycyjne – spotęgowały wysiłki lobbystyczne. Po ujawnieniu projektu francusko-niemieckiego kompromisu główny prawnik i jeden z wiceszefów Google’a Kent Walker nakreślił na swoim blogu ponury obraz przyszłości internetu po zaprowadzeniu w nim porządku zgodnego z dyrektywą. Największe działa wytacza przeciwko prawom pokrewnym, przekonując, że wyświetlanie w wynikach wyszukiwania jedynie nagłówków czy linków spowoduje ograniczenie ruchu na stronach wydawców nawet o 45 proc. Jak wynika z eksperymentu Walkera, zamiast kierować się na strony dzienników prasowych, użytkownicy częściej szukali informacji m.in. za pośrednictwem mediów społecznościowych.

To potwierdzałoby efekty, które w skali lokalnej pojawiły się w Niemczech po wprowadzeniu tam wymogu płacenia przez przedsiębiorstwa internetowe za niewielkie fragmenty artykułów.

– Mimo że niemieccy wydawcy po pewnym czasie warunkowo zgodzili się, aby ich treści bezpłatnie pojawiały się w wynikach wyszukiwania Google’a, to reprezentująca ich organizacja zbiorowego zarządzania – VG Media – wystąpiła na drogę sądową, zarzucając amerykańskiej firmie nadużywanie pozycji dominującej oraz łamanie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych – zaznacza Wojtaś.

>>> Czytaj też: Koniec socjalu, czas na niższe podatki. W kieszeniach obywateli zostanie 10 mld zł