: Przede wszystkim internauci nie powinni ulegać licznym mitom, które narosły wokół tej dyrektywy. Częściowo wynikają ze złej woli, a częściowo nie. Dla zwykłego Kowalskiego większej różnicy nie będzie. Nie mówię tu oczywiście o osobach, które udostępniają lub pobierają pirackie treści. Bo takich użytkowników zmiany jak najbardziej dotkną.
Najważniejsza różnica polega na tym, że obecnie według ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną operatorzy i administratorzy platform mają obowiązek usunięcia treści naruszającej prawo, tylko jeśli zostanie to im zgłoszone (notice and takedown). Czyli dopiero, kiedy uprawniony prosi o usunięcie treści chronionych prawem autorskim, operator musi to uczynić. Nie ma on natomiast obowiązku na bieżąco monitorować, czy za pośrednictwem jego platformy jest łamane prawo autorskie. Dyrektywa ma to zmienić i nałożyć obowiązek automatycznego sprawdzania treści przez administratorów. Chodzi oczywiście tylko o pirackie treści. Nie mówimy tu o dozwolonym użytku. On dalej jest zagwarantowany, zarówno w kręgach towarzyskich, jak i w ramach prawa cytatu, recenzji, parodii czy pastiszu. Osławiony art. 13, w przyjętej wersji dokumentu mający nr 17, wprost mówi o tych wyjątkach.
Tak. Wbrew jednemu z lansowanych mitów. Można korzystać z utworów na potrzeby memów, będących formą parodii lub pastiszu. Niestety, kłamstwo powtórzone tysiąc razy zaczęło być uważane za prawdę. Za mało zostało włożonej pracy w to, żeby uświadomić społeczeństwo. Z drugiej strony różne środowiska starają się wykorzystać temat politycznie.
Dużo się mówi o tym, że mamy budować innowacyjną gospodarkę opartą na wiedzy. Takiej gospodarki nie zbudujemy bez przepisów chroniących prawa własności intelektualnej, w tym prawa autorskie. Tutaj Polska powinna bronić swoich wydawców, autorów, artystów. Nie ma tu żadnego ograniczenia wolności. Gdy słyszę hasła o cenzurze w internecie, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Stwierdzić, że to niewłaściwe, to jest naprawdę mało powiedziane. Obraża to ludzi w krajach takich jak Chiny, Turcja, Białoruś, Rosja, gdzie rzeczywiście istnieje cenzura internetu i łamane są prawa człowieka. A u nas instrumentalnie wykorzystuje się to hasło do walki z dyrektywą dotyczącą praw autorskich. Nawet w Polsce były próby cenzurowania internetu poprzez wprowadzenie rejestru stron – najpierw związanych z hazardem, potem pornografią, pytanie, jakie byłyby kolejne kroki. Więc takie próby były, ale na pewno dyrektywa nie jest w żadnej mierze zagrożeniem dla wolności internetu.
Są możliwości techniczne odróżnienia treści legalnych od nielegalnych. Jeśli np. prowadzimy na YouTubie kanał recenzujący filmy i umieszczamy tam ich fragmenty, to dodanie hasztaga „#recenzja” czy „#fairuse” w opisie tego filmu nie jest żadnym problemem. I mając takie informacje, algorytmy w bardzo prosty sposób są w stanie taki dozwolony użytek wykryć i właściwie zakwalifikować. Więc w tej kwestii także powielane są mity, a strach ma wielkie oczy. Takie działanie byłoby po pierwsze sprzeczne z interesem tych platform. One zarabiają na treściach, więc nie będą en block wszystkiego czyścić „dla świętego spokoju”. Będą natomiast musiały podzielić się z twórcami zarobkami, co jest głównym celem tej dyrektywy. W interesie wszystkich jest właściwe wdrożenie tej dyrektywy i mam nadzieję, że tak się stanie. Szkoda tylko, że nie było właściwej kampanii edukacyjnej, w której ktoś by to po prostu wyjaśnił.
Ja akurat uważam to rozwiązanie za bardzo dobre. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wielokrotnie wypowiadał się w sprawie linkowania, moim zdaniem zbyt liberalnie. Sam fakt, że link stanowi odesłanie do treści na innym serwerze wystarczyło, by zwolnić z odpowiedzialności. Moim zdaniem nie było to prawidłowe ani sprawiedliwe. Funkcjonowały bowiem głębokie linki, czy też „ramki”. Z technicznego punktu widzenia były one tylko linkiem, ale dla użytkownika sprawiały wrażenie, że treść znajduje się na tej stronie, na której zamieszczono link, a nie na tej, do której on prowadzi. Ramka pobierała po prostu treść innej strony i wyświetlała na swojej. Dzięki temu zarabiała na reklamach, a odbiorca nigdy nie odwiedzał strony, która faktycznie opublikowała treść. W ten sposób strony prowadzące np.: przegląd prasy budowały swoją popularność i dochody w oparciu o treści stworzone przez kogoś innego. Więc nowe rozwiązania to krok w dobrą stronę. Ustawodawca europejski podszedł do sprawy praktycznie, z punktu widzenia odbiorcy, a nie czysto technicznie.
>>> Czytaj też: Gowin: Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej [WYWIAD]
