Dziesiątki tysięcy Hongkończyków protestowały w środę przeciwko nowelizacji prawa ekstradycyjnego, która umożliwiłaby m.in. transfer niektórych podejrzanych do Chin kontynentalnych. Doszło do starć z policją, która użyła gazu łzawiącego i gumowych kul.

Kilku protestujących powiedziało PAP, że demonstracje nie mają konkretnego organizatora, a ich uczestnicy porozumiewają się na prywatnych grupach na komunikatorze internetowym Telegram.

W środę wieczorem Telegram poinformował na Twitterze, że znalazł się na celowniku "potężnego ataku DDoS" (distributed denial of service – rozproszona odmowa usługi). W czwartek założyciel i dyrektor zarządzający firmy Durow napisał, że atakowano "z adresów IP głównie z Chin".

Durow przekazał, że w przeszłości wszystkie ataki tego typu na tak dużą skalę, jakie spotykały Telegram, zbiegały się w czasie z protestami w Hongkongu, które były koordynowane za pośrednictwem tego komunikatora. "Ten przypadek nie był wyjątkiem" - dodał.

Hongkońska policja zatrzymała we wtorek wieczorem 22-letniego administratora jednej z grup na Telegramie, liczącej ok. 30 tys. członków – poinformował hongkoński dziennik "South China Morning Post". Ivan Ip jest podejrzany o spisek w celu zakłócania porządku publicznego.

Chińskie MSZ stanowczo potępiło w czwartek protesty w Hongkongu i wyraziło wsparcie dla lokalnych władz tego specjalnego regionu administracyjnego.

Władze w Pekinie odrzucały w przeszłości oskarżenia o dokonywanie cyberataków i twierdziły, że to Chiny padają ofiarą takich działań.

Rząd Hongkongu przekonuje, że nowelizacja przepisów ekstradycyjnych jest konieczna, aby załatać luki prawne, potencjalnie umożliwiające ukrywanie się w regionie zbiegłym przestępcom. Przeciwnicy ustawy oceniają jednak, że zagraża ona ich wolności i umożliwi Pekinowi ściganie krytyków absolutnej władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

W niedzielnym marszu przeciwko noweli przeszło według organizatorów ponad milion osób. Policja oszacowała, że w szczytowym momencie w manifestacji uczestniczyło 240 tys. ludzi. Obserwatorzy oceniali ją jednak jako największy marsz protestu w Hongkongu od przekazania go Chinom w 1997 roku.

>>> Czytaj też: Wszystkie grzechy Google. Pracownicy giganta zaczynają się buntować