Bo takie było zamierzenie reżysera „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa. Chciał, jak sam później przyznawał, przedstawić historię uniwersalną, mówić o realnym świecie, opowiadając bajkę dla dorosłych. Skoro dzieci uczą się z podań i baśni właściwych postaw, nabywając dzięki nim wiedzę o dobru i złu, to dorośli też mogą.
Tak. „Gwiezdne wojny” można odczytywać w tym kontekście na co najmniej dwóch poziomach. Jako nawiązanie do realnych zdarzeń historycznych, dwóch totalitaryzmów XX w.: hitlerowskiego i stalinowskiego. Odniesienia do tego drugiego znajdujemy w epizodach 4–6, a do pierwszego w 1–3. Wielkiego Kanclerza Republiki Galaktycznej Sheeva Palpatine’a, późniejszego złowrogiego Imperatora oraz Dartha Sidiousa w jednej osobie, można postrzegać jako odpowiednik Hitlera czy Stalina. Drugi poziom to opowieść o procesie budowania państwa totalnego. I zarazem przestroga przed tym, że nawet rozwinięta demokracja może w pewnych warunkach przepoczwarzyć się w bezwzględne Imperium, w którym jednostka nie ma znaczenia. Dlatego właśnie procesy zachodzące w uniwersum gwiezdnowojennym można przykładać do realnego świata.
To porównanie byłoby przesadne. Nie.
Wojny handlowe to zarówno w „Gwiezdnych wojnach”, jak i w realnym świecie droga do zaburzenia ładu międzynarodowego i wywołania prawdziwego konfliktu, ale też do wzmocnienia i rozszerzenia uprawnień władzy. Protekcjonizm może być zatem pierwszym krokiem wiodącym ku upadkowi demokracji. Ale nie oznacza to, że dzisiejsi światowi przywódcy to inkarnacje Palpatine’a. W przekonaniach wielu ludzi pojawia się zgoda na protekcjonizm, ale nie czyni to z nich tak okropnej postaci.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
