Mateusz Machaj ekonomista z Uniwersytetu Wrocławskiego, twórca Instytutu Misesa oraz autor książki „Gwiezdne wojny a filozofia polityki” fot. Materiały prasowe / DGP

Dlaczego zmyślona historia, która dzieje się dawno temu w odległej galaktyce, miałaby nam mówić cokolwiek istotnego o świecie współczesnym?

Bo takie było zamierzenie reżysera „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa. Chciał, jak sam później przyznawał, przedstawić historię uniwersalną, mówić o realnym świecie, opowiadając bajkę dla dorosłych. Skoro dzieci uczą się z podań i baśni właściwych postaw, nabywając dzięki nim wiedzę o dobru i złu, to dorośli też mogą.

Reklama

Lucas chciał opowiedzieć o państwie totalitarnym?

Tak. „Gwiezdne wojny” można odczytywać w tym kontekście na co najmniej dwóch poziomach. Jako nawiązanie do realnych zdarzeń historycznych, dwóch totalitaryzmów XX w.: hitlerowskiego i stalinowskiego. Odniesienia do tego drugiego znajdujemy w epizodach 4–6, a do pierwszego w 1–3. Wielkiego Kanclerza Republiki Galaktycznej Sheeva Palpatine’a, późniejszego złowrogiego Imperatora oraz Dartha Sidiousa w jednej osobie, można postrzegać jako odpowiednik Hitlera czy Stalina. Drugi poziom to opowieść o procesie budowania państwa totalnego. I zarazem przestroga przed tym, że nawet rozwinięta demokracja może w pewnych warunkach przepoczwarzyć się w bezwzględne Imperium, w którym jednostka nie ma znaczenia. Dlatego właśnie procesy zachodzące w uniwersum gwiezdnowojennym można przykładać do realnego świata.

Zatem przyłóżmy. Ale czy nie dojdziemy wówczas do wniosku, że Imperator Palpatine to dziś prezydent Rosji Władimir Putin albo przywódca USA Donald Trump?

To porównanie byłoby przesadne. Nie.

A jednak w książce „Gwiezdne wojny a filozofia polityki” zwracasz uwagę na to, że galaktyczna wojna zaczęła się od sprowokowanego celowo konfliktu handlowego. Ostatnie lata to zaś czasy wojen celnych, inspirowanych częściowo przez Amerykę.

Wojny handlowe to zarówno w „Gwiezdnych wojnach”, jak i w realnym świecie droga do zaburzenia ładu międzynarodowego i wywołania prawdziwego konfliktu, ale też do wzmocnienia i rozszerzenia uprawnień władzy. Protekcjonizm może być zatem pierwszym krokiem wiodącym ku upadkowi demokracji. Ale nie oznacza to, że dzisiejsi światowi przywódcy to inkarnacje Palpatine’a. W przekonaniach wielu ludzi pojawia się zgoda na protekcjonizm, ale nie czyni to z nich tak okropnej postaci.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP