Na początku lipca francuska agencja informacyjna AFP wysłała dziennikarzom przegląd ważnych wydarzeń, które miały odbyć się w kolejnych tygodniach. „Czwartek, 1 sierpnia, Warszawa (Polska), 75. rocznica powstania w Getcie Warszawskim”. Taki lakoniczny komunikat trafił na wiele tysięcy skrzynek pocztowych. Podobne pomyłki zdarzały się często także w niemieckich mediach, co wzbudzało jeszcze większą irytację Polaków.

W niemieckiej opinii publicznej walki w getcie warszawskim są kojarzone ze względu na gest kanclerza Willy’ego Brandta, który w 1970 r. podczas wizyty w Polsce ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta. Nawet gdyby chciał, to nie mógłby złożyć osobno hołdu powstańcom warszawskim, bo pamięć i kult na temat zrywu stolicy były w PRL tępione. Ten stan niewiedzy trwał jednak dalej także po upadku komunizmu. Prezydent RFN Roman Herzog, który 1 sierpnia 1994 r. wziął udział w obchodach 50. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, pomylił je – wypowiadając się w mediach niemieckich – właśnie z powstaniem w getcie.

Wytykając palcem, że Zachód nic nie wie o powstaniu warszawskim, czy szerzej o losach Polaków podczas II wojny światowej, trzeba pamiętać, że nam samym dużo czasu zajęło, żeby się tej pamięci na nowo nauczyć. Wiedza o walkach rozpoczętych 75 lat temu popularyzowana jest na masową skalę dopiero od momentu powstania w Warszawie w 2004 r. Muzeum Powstania Warszawskiego. Natomiast promocja tej wiedzy za granicami kraju to już historia najświeższa.

O tym, że i ta zachodnia percepcja się zmienia, niech świadczy zainteresowanie, jakim 75. rocznica powstania cieszy się w Niemczech. Ważną rolę w tym odgrywa Centrum Dokumentacji Topografia Terroru w Berlinie. To topowa instytucja zajmująca się zbrodniami narodowego socjalizmu. Tam przed pięciu laty prezydent Bronisław Komorowski, wspólnie z prezydentem Niemiec Joachimem Gauckiem, otworzyli wystawę „Powstanie Warszawskie 1944”, którą przygotowano we współpracy z warszawskim muzeum. Wystawa oraz wystąpienie prezydenta Gaucka, który nazwał powstańców bohaterami walki o współczesną wolną i demokratyczną Europę, wyznaczyło nowe postrzeganie tego wydarzenia w Niemczech. W ubiegły piątek wystawa w odświeżonej formie została ponownie otwarta. Jej ulokowanie w centralnym punkcie Berlina zapewnia, że z losami powstańców zapoznają się nie tylko kolejni mieszkańcy, ale i turyści, którzy ściągają do stolicy Niemiec z całego świata.

Również dziś Warszawa pozostanie w centrum zainteresowania, także z powodu dwudniowej wizyty Heiko Maasa. Szef niemieckiej dyplomacji jest prominentnym politykiem socjaldemokracji i w wielu obszarach, np. w kwestii dialogu z Rosją, postuluje rozwiązania, z którymi polska dyplomacja zgodzić się nie może. Ale niemiecka powojenna socjaldemokracja wyrosła na antyfaszyzmie. Dla samego Maasa poznanie prawdy o obozach koncentracyjnych było impulsem do zaangażowania się w politykę. Obserwując wczorajszy udział szefa dyplomacji RFN w mszy i apelu pod pomnikiem Powstania Warszawskiego, mam przekonanie, że jego chęci pogłębiania dialogu historycznego pomiędzy oboma krajami są szczere, a proces ten będzie trwał bez względu na opcję polityczną, która rządzi w Polsce.

Plan wizyty niemieckiego polityka przewiduje też złożenie kwiatów pod pomnikiem Ofiar Rzezi Woli. Zamordowanie kilkudziesięciu tysięcy cywilów, mieszkańców tej warszawskiej dzielnicy, jest w Niemczech zupełnie nieznane. Dzisiejszy gest przybliży cierpienia warszawiaków, a na tych, którzy będą chcieli dowiedzieć się więcej, czeka już świeże niemieckie tłumaczenie książki Piotra Gursztyna „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona”.

Do wydania tej pozycji przyczynił się Instytut Pileckiego. Z tą wciąż młodą instytucją należy wiązać spore nadzieje, także myśląc o jej roli na terenie Niemiec. Instytut postanowił bowiem otworzyć oddział w Berlinie. Możliwe zatem, że już wkrótce wśród Polaków działających w czasie II wojny światowej, którzy są rozpoznawalni w Niemczech, obok Władysława Bartoszewskiego pojawi się także sylwetka Witolda Pileckiego.

Jeśli władze i instytucje będą prowadzić mądrą politykę tłumaczącą polską perspektywę, to możemy liczyć na duże wsparcie ze strony samych Niemców. Wśród osób, które zawodowo zajmują się relacjami obu państw, dokonuje się zmiana pokoleniowa. W mediach, polityce i biznesie działa coraz więcej młodych osób, które Polskę poznały np. w trakcie Erasmusa lub licznych podróży. Często zakochują się nie tylko w Polsce, ale także w Polkach i Polakach, co jeszcze mocniej wiąże ich z naszym krajem.

Zresztą inicjatywa postawienia pomnika polskim ofiarom II wojny światowej w Berlinie także wyszła od Niemców. Dziś jego pomysłodawcy na łamach opiniotwórczego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” piszą nie tylko o ofiarach, ale i o polskich bohaterach: Witoldzie Pileckim, Irenie Sendlerowej, Janie Karskim i wszystkich żołnierzach Armii Krajowej.

Kibicując instytucjom i prywatnym osobom, jednocześnie nie ma co idealizować dotychczasowych osiągnięć. Wiedza na temat francuskiego ruchu oporu jest w Niemczech wciąż o wiele bardziej rozpowszechniona niż ta na temat Armii Krajowej. Ale też dialog niemiecko-francuski zaczął się niemal zaraz po niemieckiej kapitulacji. – Zajęło nam prawie 30 lat, aby zaobserwować zręby współpracy Francji i Niemiec po II wojnie światowej – mówił Peter Altmaier, niemiecki minister gospodarki, w rozmowie z DGP z marca br. Altmaier odnosił się do relacji gospodarczych, ale i te międzyludzkie potrzebują dekad. Polsko-niemieckie, od 1989 r. licząc, również mają 30 lat. I można ostrożnie stwierdzić, że istnieją już zręby tej współpracy. A to dobry prognostyk na przyszłość.

>>> Czytaj też: Niemcy odmawiają USA. Berlin nie weźmie udziału w ochronie cieśniny Ormuz