Chiński startup o nazwie Qihan Biotech zebrał niedawno 20 milionów dolarów na badania nad rozwojem zastępczych organów dla ludzi. Ta maleńka inicjatywa nie trafiłaby na medialne nagłówki gdyby nie fakt, że zajmująca się modyfikacjami genetycznymi firma z siedzibą w Hangzou zamierza rozwijać narządy w świniach i innych zwierzętach. Jeśli odniesie sukces, to tego typu transplantacje mogą bardzo zmienić medycynę. A dzięki wyjątkowemu połączeniu potrzeb, pieniędzy, czasu i kultury, Chiny są w stanie ich dokonać.

Historia wykorzystywania zwierzęcych tkanek do zastępowania zniszczonych lub chorych ludzkich, znana jako ksenotransplantacja (przeszczep między osobnikami należącymi do różnych gatunków – przyp. red.), sięga co najmniej XVI-wiecznej Europy. Wysiłki naukowe w tym kierunku nasiliły się w XIX wieku, ale utknęły w martwym punkcie, gdy lekarze i praktycy odkryli, jak silnie ludzkie ciało odrzuca obce narządy. Medycyna osiągnęła przełom dopiero w XX wieku wraz z pojawieniem się leków immunosupresyjnych.

Ksenotransplantacja stała się od tego momentu uznaną gałęzią medycyny. Świńskie zastawki serca są na przykład powszechnie stosowane do zastępowania wadliwych u ludzi.

Jednakże przeszczepienie kompletnego, funkcjonującego zwierzęcego narządu takiego jak serce, stanowi o wiele większą przeszkodę, która polega między innymi na potrzebie osłabienia albo oszukania ludzkiego systemu immunologicznego. Chińscy naukowcy stali się światowymi liderami w modyfikowaniu w tym celu genomu świń. Jest nadzieja, że uda im się stworzyć narządy, które pomogą ludziom z różnymi chorobami, od schorzeń serca do ślepoty.

Chiny mogą być zainteresowane rozwojem tej dziedziny bardziej niż jakiekolwiek inne państwo na świecie. Wraz ze starzeniem się populacji i wzrostem jej dochodów, który umożliwia pacjentom radzenie sobie z chronicznymi chorobami, szybko rośnie zapotrzebowanie na organy. Podaż nie jest nawet w przybliżeniu odpowiednio wysoka. Z najnowszych szacunków wynika, że każdego roku na przeszczep czeka około 300 tys. chińskich pacjentów, a dawców jest tylko 10 tys.

Reklama

Wąskie gardło (transplantologii – przyp. red.) jeszcze się zawęziło, ponieważ Chiny zaostrzyły przepisy dotyczące wykorzystywania organów do przeszczepów pochodzących od straconych więźniów. Władze próbowały zwiększyć liczbę dobrowolnych dawców, prowadząc publiczne kampanie edukacyjne i opracowując rejestr ochotników. Muszą jednak zmagać się z silnymi kulturowymi i religijnymi uprzedzeniami na temat dekompletowania ciała po śmierci oraz powszechnymi podejrzeniami o korupcję i kumoterstwo przy przydzielaniu organów.

Rozwiązaniem może być technologia. Na początku poprzedniej dekady amerykańscy naukowcy opracowali rewolucyjną metodę modyfikacji genów o nazwie Crispr, która umożliwia relatywnie łatwe wprowadzanie specyficznych zmian do DNA ludzi, zwierząt i roślin. Chińscy naukowcy i urzędnicy byli bardzo wrażliwi na punkcie własnego zapóźnienia na tym obszarze i szybko dostrzegli, że nowe narzędzie jest dla nich szansą na nadrobienie dystansu do innych badawczo wiodących krajów, a nawet zostawienie ich z tyłu.

Rząd hojnie finansuje badania nad Crispr. Za jego pieniądze powstały nowe laboratoria i projekty badawcze oraz sprowadzono z powrotem z USA chińskie talenty. Wyniki są spektakularne. Chiny osiągnęły w ostatnich latach największe postępy na wielu obszarach nauki powiązanych z metodą Crispr, z których najbardziej znanym było stworzenie pierwszych na świecie genetycznie zmodyfikowanych ludzkich dzieci.

Skandal ten niepożądanie trafił na nagłówki gazet, chociaż Chiny wyróżniają się szczególnie dokonywaniem przełomów w stosowaniu Crispr u zwierząt, począwszy od szczurów, przez świnie, aż do naczelnych. Wynika to częściowo z faktu, że nakładają znacznie mniej regulacyjnych barier na badania nad zwierzętami (szczególnie naczelnymi ssakami) niż USA (inny wiodący w badaniach z użyciem metody Crispr kraj). Chińscy naukowcy są poddawani również znacznie mniejszej kontroli opinii publicznej; nie przyswoiła ona jeszcze pojęcia „prawa zwierząt”. Chińskie laboratoria pracujące metodą Crispr mogą prowadzić według „Science” nawet setki projektów badawczych, podczas gdy wiodące amerykańskie ośrodki mniej niż dziesięć.

Różnica ta nie zmniejszy się prawdopodobnie w bliskiej czasowej perspektywie. Chiny nie mają żadnych przepisów dotyczących walki z okrucieństwem wobec zwierząt i pomimo prowadzenia niedawnych zatrważających eksperymentów – w tym tworzenia klonów małp z zaburzeniami psychicznymi – chiński rząd i tamtejsze środowisko naukowe przyjęły ideę, że eksperymentowanie w celu poprawy ludzkiego dobrostanu, nawet na zwierzętach, które osiągnęły wysoki poziom rozwoju, jest akceptowalne.

Korzystają na tym firmy takie jak Qihan Biotech. Firma została współzałożona przez Yanga Luhana, urodzonego w Chinach i wyedukowanego na Harvardzie naukowca, który zrealizował fundamentalne badania nad Crispr w USA i współzałożył amerykański startup eGenesis, który również koncentrował się na ksenotransplantacji. W 2015 roku Yang brał udział w badaniu, w którym usunięto z genomu świni pozostałości 62 starożytnych wirusów, które mogłyby teoretycznie zaatakować człowieka, gdyby wszczepiono mu serce albo inny organ tego zwierzęcia. Usunięcie wirusowych pozostałości osłabiło jedną z największych obaw towarzyszących ksenotransplantacji.

Nie oznacza to oczywiście, że świńskie serca natychmiast trafią na ludzkie sale operacyjne. Pytania o odpowiedź odpornościową są wciąż zadawane. Rozpoczęto natomiast kliniczne testy na ludziach. Grupy badawcze z Korei płd. i USA mogą rozpocząć je już w przyszłym roku. Jedno jest pewne: chińskie laboratoria nie pozostaną daleko w tyle.

>>> Polecamy: Przełom w medycynie: naukowcy odkryli organ odpowiedzialny za ból