Nie powinni udawać, że uprawiają naukę wolną od wartości.
Bo uznali, że istnieją jakieś uniwersalne modele ludzkich zachowań, oparte na założeniu, że człowiek egoistycznie i w racjonalny sposób realizuje interes własny.
To jest tylko jedna z perspektyw poznawczych, czego ekonomiści nie są skłonni przyznać. Ja się np. z nią nie zgadzam. Sądzę, że ta koncepcja człowieka jest błędna, czyli wynikają z niej błędne procedury badawcze i błędne wyniki. Uważam, że człowiek się myli, może działać nieoptymalnie, bywa irracjonalny albo nieracjonalny, bo może mieć niepełną wiedzę bądź stracić zdolność trzeźwego osądu, np. w następstwie zwykłej choroby. Częściej kieruje się opinią innych niż własnym wyrachowaniem. Tyle że ja o moich założeniach aksjologicznych, poznawczych, antropologicznych mówię wprost. I tego należy oczekiwać od ekonomistów.
Nawet fizycy przyznają, że ich teorie osadzone są na jakichś filozoficznych fundamentach, na pewnej aksjologii. Ekonomiści muszą przyznać, że, chcąc nie chcąc, także wartościują. To przecież nic wstydliwego.
To nieporozumienie. Czym innym są dobra, które konsumujemy, i ich zmienne ceny, a czym innym dobro i zło, które w nas są i warunkują nasze wybory. Współczesna ekonomia zajmuje się tym pierwszym rozumieniem wartości, udając, że to drugie jej nie dotyczy, ewentualnie przyznając, że wartości są dla niej istotne, ale w wąskim zakresie. Tymczasem w rzeczywistości ekonomiści pracują nieustannie w kontekście wartości – i tych wyznawanych przez siebie, i tych społecznych. Na przykład jeśli proponują taką czy inną politykę gospodarczą, to przecież w oparciu o przekonania, że jakiś cel jest wart osiągnięcia. Nie różnią się tu od np. klimatologów, których praca nie polega tylko na formułowaniu modeli zachowania klimatu, lecz także na pokazywaniu klimatycznym laikom, jakie konsekwencje dla przyrody mają dane działania i zjawiska. To, na co klimatolodzy zwracają publicznie uwagę, jest ich decyzją i wynika ona z określonych założeń aksjologicznych. W ekonomii zaś, jeśli np. zajmujesz się problematyką nierówności, to nie dlatego, że tak chciał ślepy traf, a ty po prostu uprawiasz obiektywną naukę, ale dlatego, że uważasz to za istotne.
Chwileczkę. To nie jest tylko kwestia „wiary”. Oprócz założeń przyjmowanych na początku dociekań ekonomicznych – czyli „dlaczego w ogóle podejmuję ten temat w badaniach” – i na końcu – czyli „ze względu na co formułuję wnioski” – jest jeszcze coś pomiędzy: procedura badawcza. Dzięki niej możemy oceniać to, co eksperci głoszą. Weźmy zjawisko inflacji.
Cały wywiad z Jerzym Hausnerem przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
