Koncern Wahaha Zong Qinghou stał się jedną z największych prywatnych chińskich firm. Jego ofiarą padł m.in. francuski Danone.
Ten ćwierćanalfabeta jest jednym z najbardziej skutecznych chińskich miliarderów. Jak mało kto Zong Qinghou, szef koncernu Wahaha, produkującego napoje gazowane, opanował sztukę robienia biznesu w kraju, którego władze muszą wybrać dalszą drogę rozwoju państwa: czy ma ono pozostać wiernym idei Mao Zedonga, czy otworzyć się na kapitalizm. Więc z jednej strony przystał na stanie się częścią systemu, a z drugiej nieustannie kąsa układ.
Obrotność Zonga, która przekłada się na puchnące w ekspresowym tempie konto bankowe, doskonale obrazuje jedna rzecz. Jest twórcą wielkiej firmy, który nie waha się publicznie mówić o biurokratycznych przeszkodach, z jakim muszą zmagać się podobni mu rodzimi przedsiębiorcy, będąc jednocześnie od 2002 roku członkiem Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli sejmu, który nowe prawo zatwierdza.
Reklama

Biznes to państwo

Przed kilku dniami dał kolejny dowód lisiej przebiegłości. – Państwo powinno zmniejszyć podatki, by stworzyć przedsiębiorcom większe możliwości inwestowania i zarabiania. To przełożyłoby się na dobrobyt całego społeczeństwa – powiedział dziennikarzom dwa tygodnie temu, podczas przerwy w obradach marionetkowego parlamentu. – Rząd stał się monopolistą w biznesie i wchodzi w każdą niszę, w którą się tylko da. A największym wyzwaniem, przed którym stoi kraj, jest to, że zysk aparatu władzy jest zbyt wielki, zaś ludzie zarabiają zbyt mało – perorował. Z jednej strony skrytykował więc rządzący układ, jednak z drugiej – jako poseł – nie zrobił nic, by ograniczyć wszechwładzę Lewiatana. Mało tego – już zdążył wygłosić pean na cześć przyszłego prezydenta kraju, którym na jesieni zostanie najprawdopodobniej obecny wiceszef państwa Xi Jinping.
To, co wydaje się lizusostwem, jest dopieszczoną w każdym szczególe strategią przetrwania. Bo wbrew temu, co się powszechnie sądzi – Państwo Środka powoli przestaje być ziemią obiecaną dla biznesu. Potwierdzenia tej tezy nie trzeba daleko szukać – dowodzi jej np. najnowszy ranking najbogatszych ludzi świata opublikowany na początku marca przez magazyn „Forbes”. W porównaniu z rokiem ubiegłym zmniejszyła się liczba miliarderów z Państwa Środka, i jest to spadek znaczący: ze 115 do 95. „Chiny stają się ostatnio coraz bardziej autorytarne. Z tego powodu zmagają się z korupcją, oszustwami gospodarczymi, destabilizacją społeczną. (...) W ostatnich latach wolny rynek zanotował kilka porażek, podczas gdy państwo i kontrolowane przez nie przedsiębiorstwa rosły w siłę. Mają one coraz większą przewagę nad firmami prywatnymi, jeżeli chodzi o dostęp do kapitału i inwestycje, nie muszą też przejmować się uczciwą konkurencję i rządami prawa” – napisał kilka dni temu pekiński komentator dziennika „Financial Times”.
Nie jest to opinia na wyrost – chińskie państwo jest właścicielem 12 największych pod względem rynkowej kapitalizacji firm notowanych na giełdach w Pekinie i Szanghaju. Na tym tle rozwój prywatnej Wahaha, która obecnie posiada ponad 15 proc. udziałów w chińskim rynku napojów gazowanych, jest ewenementem.
Główne fabryki koncernu znajdują się we wschodniej prowincji Zhejiang, bo Zong tam się urodził i do dziś mieszka. Ponieważ w rodzinie się nie przelewało, zaraz po ukończeniu szkoły średniej musiał zacząć pracować – wziął pierwsze lepsze zajęcie niewymagające żadnych kwalifikacji – zatrudnił się w fabryce soli pozyskiwanej z morskiej wody. W 1979 roku powrócił do rodzinnego miasta Hangzhou, by opiekować się chorą matką. Na miejscu nie mógł jednak znaleźć żadnej dobrze płatnej pracy, bo nie miał wykształcenia. Udało mu się w końcu po długich poszukiwaniach dostać posadę dozorcy w jednej z miejscowych szkół. I to był początek wielkiej biznesowej kariery.

Pokrzywdzony Danone

Na początku uruchomił szkolny sklepik, w którym sprzedawał mleko. Okazało się, że dzieciaki chętnie zostawiały u niego kieszonkowe. Postanowił więc pójść za ciosem – w 1987 roku za pożyczone 140 tys. juanów (ok. 22 tys. dol.) i przy aprobacie miejscowych władz uruchomił produkcję napojów mlecznych we własnej fabryce. Przedsiębiorstwu nadał nazwę Wahaha, co w języku mandaryńskim znaczy „śmiejące się dziecko”. Sukces na lokalnym rynku sprawił, że państwo poprosiło go o „zaopiekowanie” się upadającą fabryką puszek. Cztery lata później doszło do połączenia obu przedsiębiorstw, choć nie była to prosta operacja. Przeciwko Zongowi wystąpili „puszkarze”, oskarżając go o bycie bezlitosnym kapitalistą. Fuzja dała Zongowi impet do rozwoju – zalał kraj gazowanymi napojami.
Szybki rozwój Wahaha sprawił, że uwagę na firmę z Hangzhou zwróciły zachodnie koncerny. Z batalii o prawo do zawiązania join-venture wyszedł zwycięsko w 1996 roku Danone, który w nowej spółce zagwarantował sobie 51 proc. udziałów. Z początku Francuzi byli wielce zadowoleni z tej transakcji, bo przychody chińskiego przedsiębiorstwa stanowiły aż 10 proc. przychodów całej grupy. Był to ogromny zastrzyk pieniędzy. Jednak Zong Qinghou wykazał się nie lada sprytem, choć zapewne Danone woli mówić o dwulicowości, oszustwie i nieuczciwości. Stracił kontrolę nad firmą, ale natychmiast uruchomił w tych samych fabrykach produkcję napojów mlecznych łudząco podobnych do tych, które były sprzedawane przez Danone. W 2007 roku między Wahaha a francuskim koncernem wybuchła sądowa wojna: obie strony pozwały się w sumie 30 razy w siedmiu krajach. Zong wygrał m.in. w Chinach, a Danone w Szwecji. W końcu Francuzi odpuścili: w 2009 roku ogłosili, że sprzedadzą swoje udziały za ok. 0,5 mld dol. Suma na pierwszy rzut oka ogromna, ale tak naprawdę stanowiąca ułamek wartości koncernu. Po zatargu z Francuzami Zong stał się miliarderem i przez kilka lat uważano go nawet za najbogatszego Chińczyka (ostatnio prześcignął go założyciel internetowej wyszukiwarki Baidu Robin Li).
Zong Qinghou od początku biznesowej kariery mocno flirtował z władzą. – Najpierw nie miał innego wyjścia, bo państwo kontrolowało dosłownie wszystko. Później dobre stosunki z aparatczykami z Pekinu stały się gwarancją sukcesu: kto dobrze żył z licznym dworem KPCh, mógł nie obawiać się kolejnych kampanii antykorupcyjnych czy liczyć na intratne zlecenia oraz kontrakty– mówi DGP Nicole Cantora z brytyjskiego Overseas Development Institute.
Partia odwdzięczyła mu się w końcu powołaniem na posła do Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – takie działanie było jej zresztą na rękę. Po dokooptowaniu nielicznych pierwszych biznesmenów mogła kreować się przed Zachodem na ugrupowanie, które chce być nowoczesną socjaldemokracją.
Jednak nadużyciem byłoby stwierdzenie, że Zong dorobił się ogromnej fortuny tylko dzięki oszustwu i koneksjom. Choć nie ma biznesowego wykształcenia, ma wrodzoną smykałkę do robienia interesów. Jest przy tym bardzo pracowity i oszczędny, i to aż do bólu. Jego współpracownicy mówią, że do niedawna zatwierdzał wszystkie wydatki firmy, w tym m.in. tak prozaiczne jak kupno mioteł.
Choć jego majątek został oszacowany przez magazyn „Forbes” na ok. 6 mld dol., można powiedzieć, że prowadzi spartański tryb życia. – Oceniam koszty mojego dziennego utrzymania na 20 dol. Moim jedynym hobby jest palenie oraz picie herbaty – powiedział Zong. 20 dol. jest jak najbardziej realne, bo nie pija najdroższej herbaty świata – Da Hong Pao. W 2004 roku 20 gramów tej herbaty sprzedano na aukcji za 21 tys. dol. (w ostatnich latach sprzedaż organizowano tylko trzy razy: w 1998, 2002 oraz 2004 roku). W jednym z wywiadów przyznał, że jego ulubioną marką jest tani Lipton.
Teraz Zong Qinghou postawił sobie kolejny cel: w ciągu pięciu lat zamierza wprowadzić Wahaha na listę Fortune Global 500, czyli 500 największych firm świata.