30 lat temu wybuchła wojna między Argentyną a Wielką Brytanią. Dziś spór o wyspy znów się zaostrzył.
Mario Puente był jednym z pierwszych argentyńskich żołnierzy, którzy w 1982 roku wzięli udział w desancie na Falklandy. Miał wówczas 18 lat. Niedawno powrócił na wyspy – tym razem uzbrojony nie w karabin, lecz w buty do biegania. Udział w rozgrywanym tam maratonie Standard Chartered Stanley – w koszulce z biało-niebieską flagą Argentyny po jednej stronie, brytyjską Union Jack po drugiej, i symbolem pokoju po środku – był próbą zabliźnienia starych ran.
Daleki od zabliźnienia jest jednak konflikt między Argentyną a Wielką Brytanią. Przed 30. rocznicą wybuchu wojny, która przypada w poniedziałek, prezydent Cristina Fernandez przypomniała o roszczeniach swojego kraju do wysp. Choć o użyciu siły tym razem nie ma mowy, Buenos Aires wzmocniło sankcje gospodarcze wobec Falklandów oraz uzyskało poparcie regionu w walce z „brytyjskim anachronicznym kolonializmem”. Londyn, mimo że stara się wzmocnić więzi handlowe z szybko rozwijającą się Ameryką Południową, odrzucił żądania Argentyny. Sytuację komplikuje to, że wokół Falklandów znaleziono bogate złoża ropy naftowej. To powoduje, że przyszłość wysp ma znaczenie wykraczające poza dwustronną przepychankę o mały skrawek ziemi.
Co gorsze, wzrosła atrakcyjność spornych wysp. – Informacje o znalezieniu znacznych zasobów surowców są kluczowe do zrozumienia, dlaczego konflikt rozgorzał na nowo. Na tym polega problem – mówi Jorge Taiana, były minister spraw zagranicznych Argentyny.
Brytyjska firma naftowa Rockhopper twierdzi, że znalazła złoża ropy na północ od archipelagu. Ich zasoby szacuje nawet na 500 mln baryłek. Dwa kolejne brytyjskie koncerny przeprowadzają próbne odwierty na południe od wysp. Te złoża mogą być bardziej obfite. Eksploatacja tych zasobów byłaby korzystna dla obu stron – także dla Argentyny, w której wydobycie czarnego złota spada. – Jednak sądzę, że zamiast współpracy Buenos Aires zrobi wszystko, żeby zaszkodzić tym inwestycjom – mówi Taiana. Jego słowa potwierdzają działania władz. Cristina Fernandez wpisała na czarną listę brytyjskie koncerny poszukujące ropy koło Falklandów, zaś minister przemysłu wezwała rodzime firmy do bojkotu brytyjskich towarów. Dwóm statkom wycieczkowym odmówiono wejścia do portu w Buenos Aires po wizycie na Falklandach.
Argentyna tłumaczy swoje postępowanie odpowiedzią na „militaryzację” południowego Atlantyku przez Wielką Brytanię oraz niedawną „prowokacyjną” wizytę na wyspach księcia Williama w wojskowym mundurze. Oddalony o 8 tys. km Londyn twierdzi, że obecność wojsk w regionie jest niezbędna po doświadczeniach z 1982 roku. W rezultacie powstała sytuacja patowa, a w znalezieniu rozwiązania nie pomaga historia Falklandów.
Podstawą roszczeń Argentyny jest twierdzenie, że odziedziczyła wyspy, które nazywa Malwinami, po byłym kolonialnym władcy – Hiszpanii. Wielka Brytania wykorzystuje inną zasadę: ciągłość istnienia angielskiej kolonii od 1833 roku i prawa brytyjskiej wspólnoty zamieszkującej wyspy. Londyn co roku wydaje 75 mln funtów, 0,5 proc. budżetu obronnego, żeby je zagwarantować.
Z punktu widzenia Buenos Aires działania Londynu to zachowanie upadającego mocarstwa. Falklandy, jak twierdzi Cristina Fernandez, to „sprawa nie tylko Argentyny, ale całego świata, ponieważ Brytyjczycy zabierają naszemu krajowi zasoby ropy oraz żywności”.
Wygląda na to, że pat będzie trwał, co jest powodem do irytacji także dla Falklandczyków, którym nie podoba się to, że inni próbują decydować o ich losie. – Jesteśmy bardzo brytyjscy i bardzo niezależni – mówi Barry Elsby, członek miejscowego zgromadzenia ustawodawczego. Mario Puente, były żołnierz i uczestnik maratonu, mówi, że jego rząd popełnia błąd. – Więcej można osiągnąć dzięki uwodzeniu niż konfrontacji. Nie można kłócić się przez 30 lat. Kiedyś trzeba podać sobie ręce – podkreśla.
Jak mogą wyglądać Falklandy za 30 lat? To pytanie coraz bardziej niepokoi ok. 3 tys. mieszkańców smaganego wiatrem archipelagu. Po raz kolejny Falklandczycy znaleźli się w środku walki, choć tym razem, na szczęście, nad ich głowami wybuchają tylko dyplomatyczne salwy, a nie rakiety i pociski.
Oto najgorszy z możliwych scenariuszy. Mimo brytyjskich protestów opinia międzynarodowa przyjmuje pogląd Argentyny, że mieszkańcy wysp nie mają prawa do samostanowienia, choć to prawo jest gwarantowane przez Kartę Narodów ONZ. Pod wpływem działań Argentyny Falklandy stają się Las Islas Malvinas. Wszystko to staje się bez oddania jednego strzału. Mieszkańcy wysp, przeważnie Brytyjczycy, szybko je opuszczają. Falklandy są zasiedlane przez nielicznych Argentyńczyków i kolonia szybko popada w zapomnienie.
A oto idealny scenariusz. Rząd Falklandów składa w ONZ wniosek o niezależność, który zostaje przyjęty. Nowy oficjalny status niezależnego państwa, a nie „kolonialnej anomalii”, pozwala i Londynowi, i Buenos Aires z honorem wycofać się z przeciągającego się sporu. Oba kraje podpisują porozumienie chroniące prawa nowego państwa, które dowiedzie swoich umiejętności administracyjnych, wprawnie zarządzając nowo odkrytymi złożami ropy naftowej i zwiększając liczbę mieszkańców. By stare rany nie otworzyły się na nowo, zgromadzenie legislacyjne Falklandów decyduje po konsultacjach społecznych, by zmienić nazwę wysp na Atlantykę Południową. Również po konsultacjach społecznych, uznając historyczne korzenie, brytyjski monarcha, prawdopodobnie król William, pozostaje tytularną głową państwa, tak jak to ma miejsce w przypadku Australii, Nowej Zelandii i Kanady. By Argentynie było łatwiej to przełknąć, na fladze narodowej pojawiają się białe i niebieskie pasy.
Informacje o złożach ropy są kluczem do zrozumienia, dlaczego konflikt rozgorzał na nowo – uważa były szef MSZ Argentyny Jorge Taiana
CRISTINA FERNANDEZ - Prezydent Argentyny ostatnio przypomniała Wielkiej Brytanii, że nie uznaje konfliktu o Falklandy/Malwiny za zakończony bloomberg / DGP