Akcje największego społecznościowego portalu straciły od majowego debiutu aż 45 proc. wartości. Czy jesteśmy świadkami pękania drugiej bańki internetowej?
Wczoraj wielbiony, dziś krytykowany. Banki księgują straty, a inwestorzy indywidualni patrzą z przerażaniem, jak ich majątek traci na wartości. I nie wiedzą, czy kiedykolwiek ją odzyska. – Nie ma teraz żadnych przyjaciół ani na Wall Street, ani w Dolinie Krzemowej. To jest problem. Ich marka doznała ogromnego uszczerbku – powiedział „USA Today” Francis Gaskins z IPODesktop.com. Tak, to zaskakujące, ale mowa o Facebooku.
Jeszcze dwa miesiące temu największy serwis społecznościowy świata był medialnym i inwestycyjnym hitem. Im bliżej było debiutu na amerykańskiej giełdzie, który nastąpił 18 maja, tym bardziej wycena szybowała w górę. W dniu wejścia na Wall Street jedna akcja Facebooka kosztowała 38 dol., co dało gigantyczną wycenę spółki na poziomie 104 mld dol. (co czyni go trzecim pod względem wysokości debiutem w historii amerykańskiej giełdy). Jednak następnego dnia walory FB zaczęły spadać – i dziś kosztują ok. 21 dol., co oznacza stratę akcjonariuszy aż o 45 proc.
Reklama

Zynga też w dół

Rany liżą wszyscy. Drobni ciułacze oraz giganci Wall Street. Szwajcarski bank inwestycyjny UBS na początku tygodnia zaskoczył akcjonariuszy informacją o stracie w wysokości aż 349 mln franków (356 mln dol). Wcześniej, choć mniejsze straty, ogłosili inni akcjonariusze: Knight Capital Group zaksięgował je w wysokości 30 – 35 mln dol., Citadel Investment Group zaraportował podobną sumę, a Citigroup ok. 20 mln dol. – wylicza branżowy serwis DealBook należący do „New York Timesa”. Wprawdzie, jak tłumaczy, straty spowodowane są głównie fatalnym startem handlu akcjami Facebooka, który opóźnił się przez problemy techniczne Nasdaq (za co banki będą wytaczać procesy giełdzie), nie zmienia to jednak faktu, że z wyceny największej sieci społecznościowej świata wyparowało aż 47 mld dol. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się je odzyskać.
Co się stało, że Facebook tak cienko przędzie? Gdy euforia po wejściu w końcu na giełdę opadła, inwestorzy powiedzieli „sprawdzam”. Ogłoszone niedawno dane za drugi kwartał, a pierwszy po debiucie, rozczarowały. Przychody serwisu, owszem, wzrosły wyraźnie – z 895 mln dol. przed rokiem do 1,2 mld dol. w tym roku. Co ważne, aż o 28 proc. w górę, do 992 mln dol., zwiększyły się wpływy z reklamy, które odpowiadają za ponad 80 proc. przychodów spółki. Do 955 mln, z ponad 700 mln przed rokiem, wzrosła też liczba użytkowników serwisu. Mimo to inwestorzy wyprzedają akcje. W czym problem?
– Wzrost Facebooka zwalnia piąty kwartał z rzędu, a koszty działalności rosną zbyt szybko – przynosi odpowiedź dziennik „The Wall Street Journal”. Tymczasem inwestorzy przyzwyczajeni byli do tego, że wcześniej spółka każdego roku podwajała przychody. Na dodatek wyraźnie siadło też tempo wzrostu liczby użytkowników. Jednak najbardziej na pogorszenie humorów wpłynęły informacje o kosztach, które sprawiły, że serwis zanotował stratę w wysokości 157 mln dol., choć rok wcześniej miał 240 mln zł zysku.
Na dodatek złe wieści z obozu Marka Zuckerberga zostały poprzedzone jeszcze gorszymi informacjami ze strony innej ikony mediów społecznościowych, silnie z Facebookiem powiązanej – Zyngi. Producent gier, w tym najbardziej znanej „FarmVille”, kilka dni wcześniej upublicznił kiepskie wyniki finansowe. Do tej pory to właśnie Zynga dawała Facebookowi aż 15 proc. przychodów. To użytkownicy FB bawią się w jej gry, a firma zarabia na wyświetlaniu im reklam oraz sprzedaży wirtualnych gadżetów (np. nasion, traktorów etc.). W grudniu 2011 r. Zynga weszła na giełdę, pozyskując od inwestorów ponad 1 mld dol. Euforia była ogromna. – Wirtualna kura jest nową kurą znoszącą złote jaja na Wall Street – piała z zachwytu amerykańska publicystka Evelyn M. Rusli.
Ale od tego momentu, podobnie jak w przypadku Facebooka, jest tylko gorzej. Wartość akcji Zyngi w stosunku do debiutu spadła już o 70 proc., bo co kwartał firma pokazuje gorsze wyniki finansowe. A najgorzej było w ostatnim. Choć ludzi bawiących się jej grami przybywa, średnie przychody z każdego z nich spadają. Na dodatek, podobnie jak Facebook, zanotowała stratę (22,8 mln dol.) i mocno obniżyła prognozy finansowe. Gdy inwestorzy zobaczyli te wyniki, rzucili się do gwałtownej wyprzedaży jej akcji.



Pieniądze w błocie

Czy na naszych oczach pęka kolejna bańka internetowa? Albo jak chcą niektórzy, bańka społecznościowa? Część ekonomistów ostrzegała przed takim obrotem sprawy jeszcze przed giełdowym debiutem Facebooka, jednak rynek nie słuchał. Podobnie jak nie słuchał dekadę wcześniej – wszyscy na oślep inwestowali w firmy mające „com” w nazwie. Gdy okazało się, że król jest nagi, czyli internetowy biznes nie jest dochodowy, czar prysł, a inwestorzy gorzko zapłakali, licząc straty. Teraz więc wszyscy zastanawiają się, jak będzie z Facebookiem i czy pociągnie on za sobą na dno inne nowe internetowe spółki.
Przeciwnicy tezy o bańce społecznościowej podkreślają, że FB ma jednak przychody i że one rosną. Jednak wejście na giełdę ukazało, że model biznesowy Facebooka nie jest tak pewny, jak np. Google’a, którego wpływy przekraczają 26 mld dol. rocznie, a zyski sięgają prawie 10 mld dol. i stale rosną. Dla przypomnienia roczne wpływy Facebooka to tylko 3 – 4 mld dol. I co gorsza sam Mark Zuckerberg nie sprawia wrażenia, że wie, co zrobić, by były większe.
Gdy w 2004 roku uruchamiał z kolegami serwis, by zaimponować dziewczynom, a potem by połączyć studentów na Harvardzie, uważał, że reklama to zło. Inwestorzy pewnie puściliby te słowa w niepamięć, zrzucając wszystko na błędy młodości, gdyby nie jego niepokojące wypowiedzi tuż przed wejściem FB na giełdę. – Facebook nie jest po to, by zarabiać, ale by tworzyć wspaniałe produkty – powiedział.
Inwestorzy patrzą więc na poczynania Marka Zuckerberga ze sporą dozą nieufności. Czy w takiej sytuacji warto inwestować w reklamę na serwisie? Carlos Kirjner, analityk firmy badawczej Bernstein Research, ostatnio ściął wycenę biznesu reklamowego Facebooka z 38 dol. do 19 dol. Docelowo, uważa, może ona wzrosnąć do 23 dol., ale pod warunkiem że Zuckerberg jednak udowodni, że więzi społecznościowe (social graph) przełożą się na pieniądze. Branża ma co do tego spore wątpliwości. Ziarno niepewności zasiał tuż przed giełdowym debiutem Sir Martin Sorrell, prezes WPP, jednego z największych holdingów w branży reklamowej – przypomniał, że reklamodawcy nie widzą wielkiego pożytku z Facebooka. Z kolei niedawno firma zajmująca się działalnością handlową w sieci Limited Run zlikwidowała stronę na serwisie, twierdząc, że 80 proc. klików w jej reklamy nie pochodziło od prawdziwych klientów, ale od internetowych botów. Czyli że wyrzucała pieniądze w błoto.

Nikt nie jest bezpieczny

Tu pojawia się jeszcze większe wyzwanie, czyli mobilny internet. Już dziś blisko połowa użytkowników Facebooka zagląda do niego z komórek. A na to, jak sprzedawać tam reklamy, Facebook jeszcze nie znalazł skutecznego pomysłu. Niedawne zapewnienia Zuckerberga, że rozwój wersji mobilnej serwisu to priorytet, nie wystarczyły, by inwestorzy kupowali akcje spółki.
Analitycy kreślą więc raczej ponure scenariusze. Przypominają, że nie widać, aby wyniki finansowe spółki miały się poprawić, a raczej obniżają prognozy wzrostu. Co gorsza, zbliża się wydarzenie, które jeszcze bardziej może pogrążyć notowania spółki – 16 sierpnia akcjami Facebooka będą mogli wreszcie handlować jego pracownicy. Dotychczas mieli zakaz, a w ich rękach są papiery warte aż 268 mln dol.
Kto najbardziej straci na urealnieniu wyceny FB? Steven M. Davidoff, profesor prawa i publicysta, pisze w serwisie DealBook, że najbardziej poszkodowani będą drobni ciułacze, którzy po raz kolejny przekonali się, że nie ma sensu kupować akcji przy debiucie. – Wyceny spółek są wtedy nierzeczywiste, potem szybko spadają, a na powrót do najwyższych poziomów często nie ma co liczyć przez długie lata. Facebook miał to zmienić, ale okazał się dla inwestorów masakrą – podkreśla.
Teraz część z nich zadaje sobie pytanie, co zrobić z pozostałymi papierami. Sprzedać i zaksięgować stratę czy poczekać, aż odbiją się od dna? Alex Dumortier, analityk serwisu finansowego The Motley Fool, przynosi fatalne wieści. – Akcje Facebooka mogą spaść o kolejne 50 proc. – twierdzi. Jego zdaniem papiery od początku sprzedawane były przy tak ogromnym przeszacowaniu, że nawet jeśli serwis zacznie poprawiać wyniki finansowe, inwestorzy wciąż cierpieć będą z powodu niskiego kursu.
– Czy w takim razie powinnam teraz sprzedawać LinkedIn? – zastanawia się Matt Doiron, analityk inwestorskiego serwisu Insider Monkey. LinkedIn to nic innego jak Facebook, tylko dla białych kołnierzyków. Jego akcje są dziś warte ok. 100 dol. za sztukę, o 55 dol. więcej niż w dniu giełdowego debiutu rok wcześniej. Serwis założony przez znanego inwestora w Dolinie Krzemowej Reida Hoffmana radzi sobie świetnie, ale nie żyje tylko z reklamy, ale również z usług sprzedawanych firmom, np. head hunterom. Dotychczas, jak przypomina Doiron, LinkedIn spełniał oczekiwania analityków, i to z nawiązką – zyski potrafiły być czterokrotnie wyższe od prognozowanych. Jednak mając na horyzoncie publikację wyników za drugi kwartał przy tak wysokiej cenie, rekomendacja dla inwestorów jest jasna: oczekiwania są za wysokie, lepiej uciekać, bo spółka może pokazać słabsze wyniki. A wszystko przez Facebooka.