Na tle Europy jesteśmy wyjątkiem. W żadnym kraju Unii inwestycje w poszukiwanie złóż gazu łupkowego nie poszły tak daleko. Nigdzie też strategiczne przyzwolenie rządu nie zostało podjęte tak błyskawicznie.

We Francji prezydent Francois Hollande po długiej debacie w mediach podtrzymał w ubiegłym miesiącu stanowisko poprzednika i odmówił siedmiu międzynarodowym koncernom prawa do rozpoczęcia wierceń. Oficjalny powód: ochrona środowiska. W tym samym kierunku zmierza debata w drugim czołowym kraju Unii Europejskiej Niemczech.

– Nie sądzę, by w przewidywalnej przyszłości rozpoczęły się u nas wiercenia gazu łupkowego – mówi DGP niemiecki ambasador w Warszawie Ruediger von Fritsch. Za Odrą przeciwnicy nowego surowca także szermują argumentem o możliwym zanieczyszczeniu wód gruntowych i innych szkodach dla środowiska. To stanowisko nie tylko Zielonych oraz SPD, lecz także znacznej części CDU. Eksperci wskazują jednak, że w obu krajach równie ważnym elementem debaty są argumenty ekonomiczne. Francja jest potęgą atomową: z tego źródła pochodzi 75 proc. energii zużywanej przez ten kraj, a francuski przemysł korzysta z wyjątkowo niskich stawek za elektryczność.

– Postawienie na gaz łupkowy mogłoby podważyć pozycję Arevy i innych koncernów specjalizujących się w energetyce atomowej nie tylko we Francji, lecz także w całej Europie – wskazuje Philippe Moreau Defarges, ekspert Francuskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (IFRI). W Niemczech gaz łupkowy może z kolei zagrozić odnawialnym źródłom energii: panelom słonecznym, wiatrakom, urządzeniom utylizacji biomasy. To branża, w której Republika Federalna stała się światowym liderem.

Wielka Brytania takich oporów nie ma. Przeciwnie, gaz łupkowy nie tylko nie zagraża żadnej prosperującej gałęzi brytyjskiego przemysłu, lecz także umocni jej pozycję jako eksportera surowców energetycznych. Wstępne badania geologiczne wskazują, że pokłady gazu łupkowego mogłyby podwoić zasoby zwykłego gazu ziemnego. Dlatego rząd Davida Camerona uchylił właśnie zakaz poszukiwania złóż gazu łupkowego. Ale dopiero teraz, po długiej debacie trwającej niemal 3 lata. – W Polsce debaty w sprawie konsekwencji ekonomicznych forsowania strategii opartej na gazie łupkowym nie ma. A to może wepchnąć polską energetykę w ślepy zaułek, jeśli okaże się, że pokłady gazu łupkowego są o wiele mniejsze od spodziewanych – ostrzega Louise Hunnybun z Energy Institute w Londynie.

Reklama

Albo łupki, albo atom

W wygłoszonym ostatnio sejmowym expose premier Donald Tusk nie wspomniał o budowie niedawno jeszcze planowanych elektrowni atomowych. Snuł natomiast wizję wartych kilkadziesiąt miliardów złotych inwestycji w wydobycie gazu łupkowego.

Pod naciskiem zwolenników energetyki jądrowej szef rządu przyznał później, że decyzja w sprawie budowy dwóch reaktorów zostanie jednak podjęta, ale z dwuletnim opóźnieniem – w 2015 roku. Wtedy ma być już jasne, czy w Polsce rzeczywiście istnieje wystarczająca ilość gazu łupkowego, czy też nie (Państwowy Instytut Geologiczny zapowiedział, że po dokonaniu 100 wierceń opublikuje nowy raport w tej sprawie, tym razem już na podstawie twardych danych). Nawet jeśli premier dotrzyma słowa i za trzy lata uzna, że gaz łupkowy był mirażem, i podejmie decyzję o uruchomieniu wieloletniego procesu budowy siłowni jądrowych, może być za późno.

Rosjanie ze znacznie większą determinacją forsują bowiem pomysł budowy własnej elektrowni w obwodzie kaliningradzkim. Jeśli powstanie, budowa drugiej w tym samym regionie nie będzie miała ekonomicznego uzasadnienia. Rząd, nawet jeśli miałby na to środki, nie będzie mógł wbrew Brukseli i prawom rynku finansować tak wielkiej inwestycji. – W takim przypadku Polska może wpaść w podwójną zależność energetyczną wobec Rosji: już nie tylko gdy idzie o gaz, lecz także elektryczność – ostrzega Hunnybun. Z tej zależności lepiej niż rząd najwyraźniej zdaje sobie sprawę biznes.

– Polska musiwybrać, czy chce inwestować w energetykę jądrową, czy w gaz łupkowy. Na inwestowanie w jedno i drugie nas nie stać – ostrzega Krzysztof Kilian, prezes Polskiej Grupy Energetycznej (PGE). Stawka jest jednak jeszcze większa. Tak jak Francuzi mają energetykę jądrową, a Niemcy źródła odnawialne, tak my mamy węgiel. To surowiec, którego udział w bilansie energetycznym Europy rośnie, bo dzięki niemu energię produkuje się taniej nie tylko niż ze źródeł odnawialnych, lecz także gazu. To w kryzysie się liczy.

Stawiać na ten strategiczny surowiec Polska może jednak tylko wówczas, gdy rozwinie technologię wyłapywania dwutlenku węgla (CCS), co jednak wymaga i czasu, i pieniędzy. A te na razie mają być skierowane głównie na wydobycie gazu łupkowego. Ambicjom rządu z coraz większym trudem starają się sprostać spółki Skarbu Państwa zaangażowane w energetykę. Zmobilizowani są wszyscy. Poza Orlenem i Lotosem pięć firm, w których państwo ma strategiczne udziały (PGNiG, KGHM, PGE, Tauron i Enea), postanowiło więc zewrzeć szyki. Ale nawet dla tak dużej grupy zadanie nie jest łatwe: po raz kolejny program wierceń został odłożony. Teraz ma być przedstawiony w lutym. Inwestowanie w gaz łupkowy jest bowiem nie tylko ryzykowne, lecz także drogie. Choć w ciągu minionych dwóch lat udało się w naszym kraju przeprowadzić tylko 33 wiercenia (1 promil tego, co zrobiono w USA), koncerny energetyczne zaangażowały już w tę działalność 3 mld zł – niewiele mniej, niż będzie kosztował centralny odcinek II linii metra w Warszawie.

>>> Czytaj też: Nowa metoda wydobywania gazu łupkowego: szczelinowanie suche

Obciążenia dla polskich firm są tym większe, że ciężar poszukiwań w coraz mniejszym stopniu chcą brać na siebie koncerny zagraniczne. Największy z nich, ExxonMobil, w ogóle wycofał się z naszego kraju, a jego koncesje przejął Orlen. Oficjalnie Amerykanie twierdzili, że rząd zamierza nałożyć nadmierne podatki na zyski z eksploatacji gazu łupkowego, ale faktycznie zapewne dlatego, że moloch ma lepsze perspektywy rozwoju w Australii, Kanadzie, Argentynie i niektórych innych częściach świata. A to, że w gaz łupkowy zaangażowane są niemal wyłącznie państwowe koncerny, a nie prywatne firmy, które przecież działają dla zysku, powinno nam dać do myślenia. A może nie ma u nas tak bogatych złóż? Ale dyskusji brak. – Powodem obsesji w Polsce na punkcie gazu łupkowego jest oczywiście zależność od Rosji i wszystkie związane z tym konotacje historyczne. Tyle że złote lata Gazpromu mamy już za sobą. To już nie jest ten potentat, który może wszystko narzucić innym – wskazuje Philippe Moreau Defarges. Powodem nowego rozdania kart w światowej energetyce jest paradoksalnie... gaz łupkowy. Tylko nie ten w Europie, lecz w Ameryce.

Dzięki technologii rozbijania wodą pod ogromnym ciśnieniem głęboko położonych skał, w których uwięziony jest gaz ziemny (fracking), w ciągu pięciu lat cena surowca w Stanach Zjednoczonych spadła 6-krotnie i jest dziś 5-krotnie niższa niż w Unii i 8-krotnie niższa niż w Azji. Jeszcze w 2005 roku gaz łupkowy stanowił zaledwie 4 proc. gazu ziemnego wydobywanego w USA, a dziś to już 24 proc. I wzrost trwa: z roku na rok wielkość wydobycia rośnie za oceanem o 45 proc. Dzięki temu Ameryka, jeszcze niedawno jeden z największych importerów gazu na świecie, dziś stała się jego największym producentem, a wkrótce może zostać czołowym eksporterem. Dzięki spektakularnemu spadkowi cen energii odżywają całe gałęzie amerykańskiego przemysłu, a kraj po raz pierwszy zaczął ograniczać emisję CO2, bo może zmniejszyć spalanie węgla.

Pułapki, o których nie mówimy

Amerykańska rewolucja łupkowa zaczyna też przynosić – rykoszetem – spektakularne efekty w pozostałych regionach świata. Katar zainwestował ogromne pieniądze we flotę wielkich tankowców mających przewozić skroplony gaz (LNG) do USA. Jednak dziś Stany nie są zainteresowane ofertą emiratu, więc statki pełne taniego surowca płyną do Europy. Na naszym kontynencie wzorem Stanów Zjednoczonych, najpierw w Wielkiej Brytanii, potem w Holandii, Niemczech i krajach nordyckich powstały giełdy surowcowe, na których każdego dnia swobodnie ustala się ceny gazu zależnie od podaży i popytu. W ten sposób rozliczana jest już cena połowy dostaw do Europy wobec zaledwie 20 proc. 7 lat temu. – To śmiertelne zagrożenie dla Gazpromu, który całą strategię opierał na wieloletnich umowach zawierających warunek odbioru minimalnej ilości surowca po z góry ustalonej cenie. Wspólnie ze Statoilem Rosjanie wciąż dostarczają w ten sposób 40 proc. gazu do Europy, ale wiedzą, że muszą być coraz bardziej elastyczni, jeśli nie chcą jeszcze bardziej umocnić pozycji swoich konkurentów – uważa Hunnybun.

Sygnały słabnącej pozycji Gazpromu widać wszędzie. Rosyjski koncern zawiesił projekt eksploatacji strategicznego złoża Sztokman – jego zasoby szacowano na 40 mld dol. Został też zmuszony do obniżenia cen wszystkim partnerom w Europie, w tym o kilkanaście procent PGNiG. Sam niemiecki E.On zaoszczędzi na tym 1 mld euro rocznie. Kraje, które jak Australia i Kanada mają podobne warunki geologiczne, prawne i ekonomiczne jak USA i które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powtórzą amerykańską rewolucję łupkową, mogą doprowadzić do jeszcze większego spadku cen i zepchnąć Gazprom do defensywy. W tej sytuacji wszystkie, poza Polską i Wielką Brytanią, kraje Unii Europejskiej postanowiły wziąć na wstrzymanie, jeśli chodzi o gaz łupkowy. Podczas gdy za oceanem przeprowadzono już ponad 35 tys. wierceń, w Europie jest ich mniej niż 100.

– Nie przekreślam z góry gazu łupkowego w Europie. Ale to nie będzie specjalność Unii: amerykański sukces się tu nie powtórzy. Nie ma po temu warunków – uważa Chris Roland z londyńskiego instytutu Ecofin. Jednym z powodów jest ochrona środowiska. To temat, który w debacie o gazie łupkowym w Polsce nie zaistniał. Nie tylko dlatego, że nasz kraj był do tej pory zbyt ubogi, aby rozwinąć silny ruch ekologiczny. W tym zadaniu wyręczyła nas Bruksela, narzucając w negocjacjach członkowskich wyśrubowane normy dotyczące oczyszczalni ścieków, utylizacji śmieci czy reguł budowy autostrad. Tyle że w sprawie gazu łupkowego takie normy nigdy nie powstały, bo kraje Wspólnoty miały w tym względzie zbyt odmienne stanowiska. – W Ameryce problem ochrony środowiska nie zaistniał, bo złoża gazu łupkowego są eksploatowane na mało zaludnionych obszarach oraz w stanach, które jak Teksas mają długą tradycję współpracy z koncernami energetycznymi. Jednak gdy przyszło do wydobycia gazu łupkowego w stanie Nowy Jork i innych rejonach Nowej Anglii, pojawił się taki sam opór jak w Europie – wskazuje Hunnybun.

Polacy mogą zareagować podobnie jak Nowojorczycy. Jeśli okaże się, że wydobycie nowego surowca niszczy środowisko, to także u nas zapewne podniesie się równie skuteczny ruch protestu jak przy budowie obwodnicy Augustowa przez Dolinę Rospudy. A wówczas rząd i koncerny energetyczne, które nie chciały prowadzić otwartej debaty o ekologicznych aspektach wydobycia gazu łupkowego, mogą się znaleźć ze swoimi wielomiliardowymi inwestycjami na lodzie.

Ostatnią ofiarą długiej listy koncernów, które znalazły się w takiej sytuacji, jest OMV, który właśnie wycofał się z poszukiwania pokładów gazu łupkowego w Austrii po wprowadzeniu przez ten kraj surowych regulacji ochrony środowiska. Chodzi przede wszystkim o fracking. Do kruszącej skały wody dodaje się od 0,5 proc. do 1,7 proc. specjalnych związków chemicznych (wydaje się niewiele, ale pod ziemię tłoczy się setki tysięcy litrów). Skład tej mieszanki jest tajemnicą każdego z koncernów. „Business Insider” przeprowadził sledztwo w tej sprawie i nie udało mu się ustalić 2/3 składników mieszanin. Co prawda obecne normy bezpieczeństwa dają właściwie pewność, że płyn nie wydostanie się ze studni wiertniczej na poziomie wód gruntowych (pokłady gazu łupkowego znajdują się dużo poniżej, na głębokości kilku kilometrów).

Jednak ok. 20 proc. spośród wielu milionów litrów wody używanej do frackingu po pewnym czasie wydostaje się na powierzchnię. Inną potencjalną pułapką ekologiczną jest emisja metanu, gazu, który w średnim okresie (20 lat) w znacznie większym stopniu przyczynia się do powstania efektu cieplarnianego niż dwutlenek węgla. Słynny obrazek z filmu Josha Foxa „Gasland”, w którym gospodyni domowa z przerażeniem odkrywa, że otwarcie kurka z wodą powoduje eksplozję, pozostaje raczej fantazją. Jednak wydobycie gazu łupkowego powoduje większą o kilka procent emisję metanu do atmosfery.

– Na razie negocjacje klimatyczne w Ad-Dausze stanęły w martwym punkcie, jednak po przełamaniu kryzysu Polska znów znajdzie się pod silną presją, aby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Warto z góry przewidzieć, jakie konsekwencje dla budżetu będzie miało wydobycie na dużą skalę gazów łupkowych – zwraca uwagę Philippe Moreau Defarges.

To jednak przede wszystkim warunki geologiczne naszego kraju mogą się okazać największą pułapką strategii rozwoju gazu łupkowego. W zeszłym roku amerykańskie służby geologiczne podały, że Polska ma ogromne zasoby – 5,3 bln m sześc. surowca, wywołując tym entuzjazm zwolenników uniezależnienia się od Rosji. Sprawa nieco przypomina jednak nieszczęśliwą przygodę z tarczą antyrakietową: niezbyt dokładnie rozpoznano, na jakiej podstawie Waszyngton składa tak optymistyczne deklaracje. Okazuje się, że szacunków dokonano na podstawie ogólnych map geologicznych z zeszłego wieku, które nie były opracowywane pod kątem zasobów gazu ziemnego. I to przyjmując niezwykle optymistyczne założenia. Właśnie dlatego opublikowany w marcu przez Państwowy Instytut Geologiczny nieco bardziej realny raport wskazywał już na dziesięciokrotnie mniejsze złoża (346–748 mld m sześc.).

– Zasoby są raczej skromne – przyznał w chwili szczerości Piotr Woźniak, wiceminister środowiska i główny geolog kraju. Jego zdaniem naprawdę poważne dane poznamy, gdy w kraju zostanie dokonanych przynajmniej 100 odwiertów, trzykrotnie więcej niż do tej pory. Odrębnym problemem jest struktura geologiczna kraju. Warstwy skał, w których uwięziony jest gaz, nie układają się na naszym kontynencie równoleżnikowo, tak jak to ma miejsce po drugiej stronie Atlantyku. To powoduje, że wydobycie gazu jest droższe i bardziej skomplikowane. Taki układ mocno zaważył na decyzji ExxonMobil o wycofaniu z naszego kraju, podobnie jak kanadyjskiej firmy Talisman. I może skłonić pozostałe zagraniczne koncerny, które otrzymały koncesje, na porzucenie eksploracji.

Wówczas ciężar poszukiwań spadnie na polskie firmy, które mają bardzo niewielkie doświadczenie w tej sprawie. Już teraz Orlen przyznaje, że nie spodziewa się zysków z tego rodzaju działalności przed upływem przynajmniej pięciu lat. Odrębnym problemem jest to, kto miałby zarobić na łupkowej rewolucji. W Ameryce układ jest jasny: ten, kto posiada grunt, ma też prawo do wszystkiego, co się pod nim znajduje. Może więc narzucić koncernom energetycznym wymóg sprawiedliwego dzielenia się zyskami.

>>> Czytaj też: Nagazie łupkowym powinna zarabiać lokalna ludność

Pesymizm Europy

W Polsce, podobnie jak w całej Europie, surowce należą do państwa. Właściciele gruntów nie są więc zainteresowani, aby pod ich działkami cokolwiek wydobywano. W pierwszym okresie entuzjazmu dla gazu łupkowego rząd zresztą za bardzo nie dbał o interes polskich właścicieli prywatnych czy samorządów. Starał się przede wszystkim przyciągnąć zagraniczne koncerny, oferując im najbardziej korzystne na świecie opodatkowanie potencjalnych zysków z wydobycia gazu.

Teraz sytuacja się zmienia: przyjęte właśnie założenia do ustawy o regułach fiskalnych ekstrapolacji gazu są już dla firm o wiele mniej korzystne i przekazują zasadniczą część dochodów podatkowych samorządom. Ale taka kolejność działania spowodowała zrozumiały zawód wśród zagranicznych koncernów i obawy o niestabilność regulacji podatkowych. ExxonMobil właśnie zmianę zasad podatkowych wymienił jako powód wycofania się z naszego kraju.

Polskie plany dotyczące łupkowej rewolucji może dodatkowo pokrzyżować forsowana przez Brukselę liberalizacja rynku gazu, która w przyszłym roku wejdzie w życie w naszym kraju. Wówczas tańszy surowiec zza zachodniej, południowej czy północnej granicy będzie mógł bez przeszkód docierać do polskich odbiorców, wypierając ten pochodzący z rodzimych gazów łupkowych, gdyby okazał się droższy. Międzynarodowa Agencja Energetyki (IEA) zachowuje optymizm w sprawie perspektyw rozwoju niekonwencjonalnych źródeł gazu, ale nie ma on wiele wspólnego z polską strategią stawiania wyłącznie na ten surowiec. Paryska organizacja przewiduje, że do 2035 roku dostawy gazu na świecie zwiększą się o 50 proc. Jednak z powodu spodziewanego wzrostu popytu w tym czasie na nośniki energii w ogóle udział gazu w sumie wszystkich surowców energetycznych wzrośnie jedynie z 21 do 24 proc. Podstawowe znaczenie nadal będą miały węgiel (też 24 proc.) oraz atom.

Zawoalowanym ostrzeżeniem pod adresem łupkowych ambicji naszego kraju jest też raport Komisji Europejskiej, która co prawda przyznaje, że w perspektywie 20 lat Stany Zjednoczone będą importować już tylko 10 proc. surowców energetycznych, ale zależność Unii nadal pozostanie na poziomie 80 proc. Zdaniem Brukseli łupkowego cudu więc na naszym kontynencie nie będzie, choć i o zdobyciu do tego czasu monopolistycznej pozycji przez Gazprom także nie ma mowy.

>>> Polecamy: Fakty i mity o gazie z łupków