Wystarczy dekada, by Kraj Niebiańskiego Smoka stał się liderem w gospodarce świata. Jeśli nie zniszczy go korupcja.
Gdy za 10 lat Xi Jinping i Li Keqiang będą przekazywać władzę kolejnej generacji liderów, Chiny najprawdopodobniej będą już największą gospodarką świata. Dochód narodowy na jednego mieszkańca ma w ciągu najbliższej dekady urosnąć dwukrotnie – z ok. 5 do 10 tys. dol. Staną się nie tylko największym na świecie rynkiem sprzedaży detalicznej, ale jego wartość będzie dwa razy większa od amerykańskiego. Będą bezapelacyjnym liderem, jeśli chodzi o liczbę wieżowców – definiowanych jako budynki wyższe niż 500 stóp, czyli 152 metry – która zwiększy się z obecnych 470 do 1318, podczas gdy w USA przez ten czas powstanie ich zaledwie 30. Wreszcie będą się szykować do pierwszego załogowego lotu na Księżyc. Liderzy piątej generacji – nowy przewodniczący partii komunistycznej, a od marca także prezydent kraju Xi Jinping i przyszły premier Li Keqiang – mają szansę przejść do historii jako ci, za rządów których Chiny dokonają prawdziwego wielkiego skoku naprzód – przejdą z roli mocarstwa aspirującego do supermocarstwa. („Oryginalny” wielki skok naprzód, czyli przeprowadzana przez Mao Zedonga industrializacja i kolektywizacja, zakończył się gospodarczą katastrofą i śmiercią od 20 do 45 mln ludzi). Ale równie wielkie, co ostateczna nagroda, są wyzwania, które przed nimi stoją. I to, że w ciągu najbliższych 10 lat Chiny stracą status najludniejszego państwa świata na rzecz Indii, nie jest najważniejszym z nich.

Nakręcanie popytu

W Pekinie problemu zbyt małego popytu wewnętrznego nie widać. Przy Chang’an Avenue, czyli Alei Wiecznego Pokoju – 10-pasmowej arterii oddzielającej plac Tiananmen od Zakazanego Miasta – pomiędzy rządowymi budynkami, hotelami i bankami swoje salony mają Burberry, Piaget czy Porsche, a na sąsiednich ulicach dziesiątki innych luksusowych marek z Rolls-Royce’em na czele. W sklepach – niezależnie, czy chodzi o odzież i obuwie w galeriach handlowych, czy produkty codziennego użytku w Tesco – ceny są o ok. 20 proc. wyższe niż w Polsce i nie jest tak, że nikt ich nie kupuje. W nocnych klubach wokół Stadionu Robotniczego bananowa młodzież przepuszcza w ciągu nocy pewnie miesięczną pensję niejednego robotnika. A dziewięciu milionów rowerów, o których śpiewała Katie Melua, wcale nie ma. W Pekinie łatwiej utknąć – nawet późnym wieczorem – w korku na którymś z ringów otaczających miasto, niż natknąć się na kolumnę rowerzystów. Jeśli czegoś nie widać, nie znaczy jednak, że tego nie ma. Chińskie władze od co najmniej dwóch lat zdają sobie sprawę, że trzeba zmienić model gospodarczy, bo dotychczasowy – oparty na taniej sile roboczej i taniej produkcji – który zapewnił krajowi dekadę dwucyfrowego wzrostu PKB, już się wyczerpuje. Po pierwsze, im bardziej Chiny się rozwijają i bogacą, tym bardziej tracą przewagę konkurencyjną. I to w dwie strony – zmniejsza się różnica w kosztach produkcji między Chinami a Zachodem, zwiększa się natomiast między Chinami a krajami Azji Południowo-Wschodniej. Po drugie, gospodarka rozwijająca się przede wszystkim dzięki eksportowi jest bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, co pokazuje obecny kryzys. Trzej najważniejsi partnerzy handlowi Pekinu, czyli Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Japonia, notują albo bardzo niewielki wzrost gospodarczy, albo są wręcz w recesji, więc popyt na chińskie towary – zresztą nie tylko chińskie – spada. – Nasza zorientowana na eksport gospodarka znalazła się na rozstajach. Musimy zmienić jej strukturę na rzecz opartej na popycie wewnętrznym – przyznaje podczas spotkania z grupą dziennikarzy z Europy Środkowo-Wschodniej ekonomista Zhao Heng. Według niego konsumpcja odpowiada obecnie za ok. 30 proc. chińskiego PKB. Ale zwiększenie tego odsetka nie będzie łatwe. – Obecnie funkcjonuje system, w którym 20 proc. najbogatszych Chińczyków uzyskuje 80 proc. dochodów. Ponieważ konsumpcja najbogatszych w zasadzie już osiągnęła maksimum, a reszta musi oszczędzać, dopóki nie zwiększą się możliwości mniej zamożnych, popyt wewnętrzny się znacząco nie zwiększy – wyjaśnia Zhao Heng. Drugim czynnikiem napędzającym gospodarkę ma być innowacyjność, szczególnie w dziedzinie nowych technologii. Przykładem są tu Huawei oraz ZTE – czołowi producenci sprzętu telekomunikacyjnego – czy Lenovo – drugi na świecie producent komputerów osobistych. Liczba chińskich firm, które wytwarzają produkty konsumenckie i mają przy tym rozpoznawalną na świecie markę, wciąż jednak jest niewielka.

Trzysta juanów

Reklama
Guiyang, szczególnie po przyjeździe z którejś z wielkich metropolii na wschodzie kraju, robi mało imponujące wrażenie. Połączenie wschodnioazjatyckiego chaosu budowlanego z socjalistyczną siermiężnością, na dodatek nieco nadgryzione zębem czasu. Nie ma w sobie ani monumentalności Pekinu, ani splendoru Szanghaju. Choć oddalony jest od nich o dwie, trzy godziny lotu, podróż tam pozwala przenieść się w czasie – do Chin sprzed lat kilkunastu. Z drugiej strony – w 4,3-milionowym Guiyang bardziej niż gdziekolwiek indziej widać rozmach inwestycji. Nowe kilkunastopiętrowe bloki powstają praktycznie na wszystkich krańcach miasta, budowany jest system szybkiej kolei miejskiej, cztery linie szybkiej kolei połączą Guiyang z innymi głównymi ośrodkami na południu kraju, w ostatnich latach zaś w prowincji wybudowano kilkaset kilometrów dróg ekspresowych. Wielkie infrastrukturalne inwestycje są sposobem na pobudzenie rozwoju gospodarczego ubogich zachodnich prowincji, które pod tym względem pozostały daleko w tyle za wschodnimi. Guiyang jest stolicą Guizhou, najbiedniejszej ze wszystkich 31 jednostek administracyjnych Chin – prowincji, regionów autonomicznych i miast wydzielonych. Dochód narodowy na jednego mieszkańca nie sięga tu nawet połowy średniej w Chinach i jest pięciokrotnie mniejszy od tego, co wypracowują mieszkańcy Pekinu czy Szanghaju. Guizhou jest najbiedniejsze, ale nie jest bynajmniej wyspą ubóstwa na morzu względnej zasobności – to raczej na morzu niskich dochodów znajdują się wyspy prawdziwego bogactwa. Ale jak zapewnia Zhou Xiaoyun, członek władz partii w Guizhou, do 2020 r. tempo rozwoju prowincji ma dorównać średniej krajowej.
Wyrównywanie przepaści między zacofanymi a rozwiniętymi prowincjami ma na celu zatrzymanie wewnętrznych migracji (w Pekinie czy Szanghaju liczba osób bez zameldowania, które są tanią siłą roboczą, wynosi po 5–7 mln), ale także usunięcie potencjalnego źródła niepokojów społecznych. Nie chodzi wyłącznie o dysproporcję między wschodem a zachodem kraju. W jeszcze większym stopniu dotyczy to nierówności pomiędzy miastem a wsią. Proszący o zachowanie anonimowości zagraniczny dziennikarz mieszkający w Chinach opowiada, jak przed kilkoma miesiącami premier Wen Jiabao pojechał z gospodarską – niezapowiedzianą i niereżyserowaną – wizytą na wieś. Jeden z rolników, zapytany przez szefa rządu, jak się żyje, opowiada, że za trzysta juanów nie jest łatwo się utrzymać. Premier, który według „New York Timesa” ma wraz z rodziną i krewnymi kontrolować majątek wart 2,7 mld dol., powiedział, że za trzysta juanów miesięcznie wygląda to całkiem nieźle. – Chodzi o trzysta juanów rocznie – odparł rolnik. Kamery wyłączono.

Korupcja przewróci rząd

Qufu we wschodniej prowincji Shandong, rezydencja rodu Kong, czyli potomków Konfucjusza, która wraz ze świątynią i cmentarzem myśliciela jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jedno z malowideł na dziedzińcu posiadłości przedstawia bestię – nieco przypominającą smoka – pożerającą skorumpowanych urzędników. Choć malowidło, podobnie jak i cała rezydencja, nie pochodzi z czasów Konfucjusza, tylko znacznie późniejszych, problem jest odwieczny. A przez to wyjątkowo trudny do wykorzenienia.
Przez najbliższe pięć lat pogromcą korupcji będzie Wang Qishan, który do listopada był wicepremierem odpowiedzialnym za sprawy gospodarcze (a przy tym najbardziej cenionym na Zachodzie członkiem ścisłego kierownictwa poprzedniej chińskiej ekipy). To najlepszy dowód na to, że Xi Jinping zamierza się problemem zająć na poważnie. Także we własnym, dobrze pojętym interesie.
– W ostatnich latach w niektórych krajach nagromadzone przez lata problemy doprowadziły do wybuchu niezadowolenia społecznego, zamieszek i upadku rządów – we wszystkich przypadkach korupcja była ważnym czynnikiem. Fakty pokazują nam, że jeśli rozmiar korupcji będzie się zwiększał, jedynym rezultatem będzie upadek partii i upadek państwa – ostrzegał Xi Jinping podczas listopadowego zjazdu Komunistycznej Partii Chin, mówiąc o problemie bardziej otwarcie niż którykolwiek z jego poprzedników.
Rzeczywiście, jeśli coś w Chinach może spowodować wybuch niezadowolenia społecznego, to właśnie korupcja, nepotyzm, nadużywanie stanowisk przez urzędników, a głośny minionej jesieni skandal wokół Bo Xilaia – byłego już szefa partii w Chongqingu i kandydata do ścisłego kierownictwa partii – pokazuje, że problem sięga najwyższych szczebli władz. Tym bardziej że internet – mimo cenzury – nawet w Chinach jest potężną bronią. I wcale nie trzeba w nim nawoływać do obalenia systemu. Przykładem jest choćby blog, na którym autor – ukrywający się pod pseudonimem Huaguoshan Zongshuji – umieszczał zdjęcia urzędników i noszone przez nich zegarki. Skąd ministrowie czy wyżsi rangą urzędnicy zarabiający równowartość ok. 15 tys. dol. rocznie mają pieniądze na zegarki, które kosztują kilka razy więcej – to już pozostawiał domysłowi internautów. Blog jeszcze w 2011 r. został usunięty z sieci, ale od czasu przejęcia władzy przez Xi Jinpinga nie ma praktycznie tygodnia, by media nie informowały o jakiejś aferze czy aresztowaniu skorumpowanego dygnitarza.
Inna sprawa, że na szczeblu lokalnym różnie z tym bywa. – Jeśliby się okazało, że pojawiło się jakieś podejrzenie korupcji, będziemy działać zgodnie z wytycznymi 18. zjazdu KPCh – mówi Sun Shougang, członek władz partii w Shandong, zapytany podczas spotkania z dziennikarzami o to, czy w świetle słów nowego szefa partii zamierza wzmóc walkę z biorącymi łapówki urzędnikami. Czyli w domyśle, problemu korupcji u nas nie ma.

Komunistyczny brand

Mao Zedong leży w mauzoleum na placu Tiananmen, jego portret wisi na wejściu do Zakazanego Miasta, jego podobizna widnieje na wszystkich banknotach – i niewiele więcej. Wprawdzie KPCh już dość dawno odeszła od kultu przewodniczącego Mao, ale nawet samych komunistycznych symboli czy propagandowych haseł jest, jak na kraj formalnie komunistyczny, zaskakująco niewiele i giną w gąszczu reklam komercyjnych.
Symbolem nowych Chin jest Pudong – biznesowo-finansowa dzielnica Szanghaju. Zaczęto ją budować w 1993 r. na słabo zagospodarowanych terenach na wschodnim brzegu rzeki Huangpu. Dziś na powierzchni 1210 km kw. mieszka ponad 5 mln ludzi, siedzibę ma szanghajska giełda oraz wszystkie wielkie banki i instytucje finansowe, roczny PKB zaś – 548 mld juanów, czyli 88 mld dol. – jest nieco mniejszy od PKB Słowacji. Nie chodzi zresztą tylko o liczby – Pudong robi wrażenie i bez ich znajomości. Kilka lat temu ikoną dzielnicy i całego miasta stała się 421-metrowa Jin Mao Tower, wówczas najwyższy budynek Chin. Dziś na wieżę można spojrzeć z góry – z setnego piętra stojącego obok wieżowca Shanghai World Financial Center. W 2014 r. i on będzie musiał oddać palmę pierwszeństwa budowanej właśnie 632-metrowej Shanghai Tower, która stanie się drugim najwyższym budynkiem świata. Nie o takich Chinach myślał Mao i jego 12 towarzyszy, gdy w lipcu 1921 r. w niewielkim budynku na oddalonej o kilka kilometrów ulicy Zhonggong Yidahuizhi zakładali KPCh.
– W komunizm już mało kto wierzy. Przecież tak naprawdę u nas panuje kapitalizm w czystszej formie niż na Zachodzie. Komunizm stał się pewnego rodzaju brandem, który umożliwia utrzymywanie władzy. My, Chińczycy, potrzebujemy czegoś, w co możemy wierzyć. Ale jest on obcą ideologią, więc równie dobrze mogłoby to być coś innego – opowiada Rosie. Jest po trzydziestce, mieszka w Wuhan, pracuje w jednej z zachodnich firm z sektora energetycznego, nieraz była na Zachodzie – i jak mało kto otwarcie dzieli się swoimi przemyśleniami (choć na wszelki wypadek wolała pozostać przy zanglicyzowanej wersji imienia).
Właśnie zdefiniowanie na nowo partii to kolejne z wyzwań, które stoją przed Xi Jinpingiem i piątą generacją. Im bardziej Chiny się rozwijają, tym częściej Chińczycy jeżdżą za granicę, mają więcej kontaktów ze światem, a co za tym idzie – większe aspiracje, nie tylko materialne. Trudno utrzymywać fikcję budowy komunizmu (zresztą rewolucyjne hasła już zostały zastąpione przez „zrównoważony rozwój”) i jest naturalną koleją rzeczy, że prędzej czy później pojawi się kwestia swobód politycznych. Ideologiczną lukę do pewnego stopnia wypełniają mocarstwowość i nacjonalizm, co widać w przypadku sporów terytorialnych w regionie, ale czy to na dłuższą metę wystarczy do uzasadnienia jednopartyjnego systemu?
– Nie sądzę, żeby w wyobrażalnej przyszłości doszło do jakiegoś buntu wobec władzy KPCh. Po pierwsze, priorytetem dla większości Chińczyków są sprawy materialne, a więc dopóki będzie stabilny wzrost gospodarczy, nie będą chcieli nic zmieniać. Nie sposób też zaprzeczyć, że żyjemy dziś na nieporównywalnie wyższym poziomie niż 30 lat temu. Po drugie, Chińczycy z natury mają uległy stosunek do władzy, a partia na dodatek gwarantuje jedność i silną pozycję kraju, co po wiekach walk wewnętrznych i okupacji jest pewną wartością. Wreszcie są pragmatyczni i oceniają, że walka z władzą, która dysponuje armią, ma niewielkie szanse – ocenia Rosie.
Co nie znaczy, że Xi Jinping i jego ekipa mogą nic nie robić. Zresztą co do tego można być spokojnym – nowy chiński przywódca wydaje się bardziej świadomy nowych czasów i związanych z tym wyzwań niż którykolwiek z jego poprzedników.