Sprawa jest skomplikowana. Bo z jednej strony jego wpływu na życie każdego z nas przecenić nie sposób. Jako wicepremier i minister finansów w dwóch rządach wprowadzał w Polsce instytucje wolnego rynku i kluczowe reformy (np. emerytalną). Był też najbardziej niezależnym prezesem NBP w jego historii. Ale to nie wszystko. Od sześciu lat Balcerowicz nie pełni wprawdzie żadnej funkcji publicznej. Jest „zaledwie” profesorem warszawskiej SGH oraz kieruje własnym think tankiem Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jednak dopiero teraz widać siłę marki „Balcerowicz”. Wystarczy, że udzieli wywiadu albo zabierze głos w jakiejś sprawie i natychmiast rozpętuje debatę. Tak było, gdy zarzucił rządowi, że próbuje położyć łapę na środkach gromadzonych przez miliony Polaków w ramach OFE, potem zawiesił słynny licznik zadłużenia na warszawskim rondzie Dmowskiego, piętnując ministra Rostowskiego za nieodpowiedzialną politykę fiskalną. A gdy udzielił wywiadu w sprawie Karty nauczyciela, premier Donald Tusk natychmiast powiedział, że sprawie należy się przyjrzeć. Już widać, że będzie kluczowym głosem w debacie o tym, czy Polska powinna wejść do strefy euro (ostatnio jest w tej sprawie mocno sceptyczny). Takiej siły nie ma żaden inny „były”. Ani Grzegorz Kołodko, ani Jerzy Hausner, ani Zyta Gilowska.

I to nie koniec wpływów Balcerowicza. Bo one są nierzadko dużo bardziej subtelne i sięgają głębiej niż interwencje w sprawach bieżących. Balcerowicz to niezwykle zdolny wychowawca kolejnych pokoleń wpływowych ekonomistów. Działa przy tym inaczej niż większość wykładowców akademickich, którzy prowadząc zajęcia na prestiżowych uczelniach, siłą rzeczy przyciągają młodych na wykłady, a potem mówią: „To był mój uczeń”. Balcerowicz w ciągu minionej dekady nie tylko wypatrzył cały szereg młodych zdolnych wilków. On wciągnął ich do współpracy i wpuścił w obieg, otwierając drzwi do kariery. Lista jest długa: Jakub Karnowski, obecny prezes PKP SA, był sekretarzem, szefem gabinetu oraz doradcą Balcerowicza. Obaj panowie do dziś mają obok siebie biurka na SGH. Uczniami i protegowanymi Balcerowicza byli też: Ryszard Petru (prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich, partner w PwC i publicysta ekonomiczny), Andrzej Rzońca (członek Rady Polityki Pieniężnej) czy Jarosław Bełdowski, który rozkręcił FOR, a od pewnego czasu jest pierwszym wiceprezesem BGK.

Liberalne okopy

Reklama

Oczywiście stopień zażyłości i intelektualnego wpływu mistrza na uczniów jest za każdym razem sprawą indywidualną: jedni w pełni popierają jego spojrzenie na gospodarkę, a nawet używają tych samych gestów i argumentów. Inni się dystansują i próbują wybić na niezawisłość. Ale też trzeba uczciwie przyznać, że żaden z polskich ekonomistów nie może pochwalić się podobną liczbą wychowanków w kluczowych miejscach polskiego biznesu, nauki i publicystyki ekonomicznej.

Z drugiej jednak strony Balcerowicz w ostatnich latach przechodzi na pozycje coraz bardziej fundamentalistyczne. Albo inaczej. Ojciec polskiej terapii szokowej okopał się na pozycjach ortodoksyjnego ekonomicznego liberalizmu (niektórzy nazywają to wręcz libertarianizmem). Takiego, jaki prezentuje dziś populistyczna amerykańska Tea Party, która przeraża nawet konserwatywnych republikanów. Nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się w ostatnich latach w gospodarce wydarzyło: na krach 2008 r. oraz trwającą od tamtej pory w większości krajów Zachodu recesję. Na polskim z kolei podwórku Balcerowicz zdaje się zupełnie nie dostrzegać tego, że od 1989 r. minęło prawie ćwierć wieku. Że zdążyliśmy już poznać zarówno blaski, jak i cienie kapitalizmu i wolnego rynku. I może czas na nieco inny zestaw ekonomicznych postulatów niż tylko powtarzane w kółko: „Więcej rynku, mniej podatków, więcej wolności gospodarczej”. Bo już dziś widzimy przecież, że takie proste to niestety nie jest.

Te wszystkie lekcje Balcerowicz zdaje się ignorować. Widać to najlepiej w jego najnowszej książce „Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów”. Gruby na tysiąc stron zbiór klasycznych tekstów liberalnych od Adama Smitha i Johna Stuarta Milla po Janusza Korwin-Mikkego oraz Miltona Friedmana. Nie ma jednak wątpliwości, że to marka „Balcerowicz” sprzedaje całe przedsięwzięcie. To jego twarz uśmiecha się z okładki. Jest tu też liczący 60 stron jego wstępniak. Bo „Odkrywając wolność” to jego najnowsza interwencja w polską debatę ekonomiczną. Praca o przesłaniu podobnym do „Drogi do zniewolenia” Hayeka, absolutnego klasyka liberalnej myśli ekonomicznej. Balcerowicz twierdzi, że przygotował tę kompilację, bo dostrzega w Polsce etatystyczne przechylenie, które sprawia, że wolność gospodarcza jest zagrożona. A społeczeństwo powinno za wszelką cenę tej wolności bronić. Ta gruba cegła złożona z trudnych ekonomiczno-filozoficznych tekstów w ciągu kilku tygodni sprzedała się w ponad 20 tys. egzemplarzy. W Polsce to nakład bestsellerowy.

Jak to więc możliwe, że postać tego formatu ocenia świat i gospodarkę tak jednoznacznie. Przecież ci, którzy go znają i blisko z nim współpracowali, podkreślają, że jest „tytanem pracy”, człowiekiem, który „pochłania niesamowite ilości literatury i nowych informacji”. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej tej zagadce. Bo od jej rozwiązania zależy odpowiedź na pytanie, czy Leszek Balcerowicz (przy całym szacunku dla jego wcześniejszych dokonań) wciąż jest nam w stanie powiedzieć coś inspirującego o polskiej i światowej gospodarce.

Profesor – bo tylko tak mówią o nim najbliżsi współpracownicy – przyjmuje mnie w gabinecie na drugim piętrze starego gmachu warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Wygląda świetnie. Dużo lepiej niż w czasach pierwszego wicepremierowania na początku lat 90., gdy sprawiał wrażenie akademika kujona, który jakimś dziwnym trafem zbłądził do rządowych ław. Siedzimy w ciasnej uniwersyteckiej salce konferencyjnej i popijamy kawę rozpuszczalną, a Balcerowicz błyszczy, jakby był z zupełnie innego świata. Twarz opalona, sylwetka smukła, ruchy pewne i sprężyste, uśmiech i luz. Rozmowa z „polskim Hayekiem” do łatwych nie należy. Zwłaszcza dla tych, którzy nie do końca zgadzają się z jego spojrzeniem na gospodarkę. Dla takich rozmówców Balcerowicz nie ma zbyt wiele cierpliwości. Przyjaciele, współpracownicy i uczniowie uważają to za zaletę. – Leszek zawsze wszystko załatwiał punktami: raz, dwa, trzy. Nie lubił rozwlekłych dyskusji – mówi Marcin Święcicki, który z Balcerowiczem współpracował bardzo blisko od lat 70., najpierw gdy obaj byli ekonomistami przygotowującymi różne warianty reform polskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, a potem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Do legendy przeszły ówczesne ostre tarcia pomiędzy prężnym ministrem finansów a jego raczej powolnym i hołdującym zasadzie namysłu szefem pierwszego niekomunistycznego rządu. Z drugiej strony to właśnie dzięki temu zdecydowaniu Balcerowicza terapia szokowa trwała w Polsce bardzo krótko. Według koncepcji: bardzo zaboli, ale szybko zacznie się poprawiać. Tyle że prawdopodobnie drugą stroną jego determinacji (tak zbawiennej w 1989 r.) jest odporność na przyjmowanie argumentów innych niż te, do których jest już wcześniej przekonany. – On jest umysłem dość zamkniętym. Nie bada wątpliwości, odrzuca je na starcie i idzie dalej. To zdolność, która prowadzi nieraz do dużych osiągnięć. Ale właśnie dlatego ja już raczej wystąpień Balcerowicza nie śledzę. Bo dokładnie wiem, co w nich będzie – mówi Ryszard Bugaj, który z Balcerowiczem spierał się wielokrotnie: najpierw gdy obaj byli ekonomicznymi doradcami „Solidarności”, a po przełomie jako posłowie na Sejm oraz jako publicyści ekonomiczni.

Przeciwnego zdania jest Andrzej Rzońca, wychowanek Balcerowicza, a dziś członek Rady Polityki Pieniężnej. – Wbrew temu, co niektórzy mu zarzucają, nie ma doktrynalnego skrzywienia. Oczywiście trzyma się zasad, ale poglądy potrafi zmienić. Jeśli broni swoich ocen, to dlatego że stoją za nimi twarde wyniki badań. Ale jeżeli przedstawi się mu przekonujące nowe badania, to je przyjmuje – mówi. Ten argument w rozmowach z Balcerowiczem i jego sympatykami pojawia się bardzo często. Zwykle według zasady: „To nie tak, że Profesor nie pozwala się przekonać. Ale jemu trzeba pokazać twarde dane empiryczne. A skoro ktoś go nie przekonał, to takich danych najpewniej nie przedstawił”.

Klęska? Jaka klęska?!

Jeśli popatrzeć na wskaźniki antyrynkowych regulacji, jesteśmy przecież w czołówce – Balcerowicz wykłada swoje spojrzenie na gospodarkę. – Ale panie profesorze, to nieprawda! Z najnowszych analiz OECD wynika, że Polska należy do krajów, gdzie praca jest najtańsza. Wypadamy tak nawet na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej czy bałtyckich – oponuję. – Tu chodzi o regulacje, które ograniczają rynek. Zachowują go, ale jednocześnie deformują. Jeżeli pan poczyta publikacje OECD, to można się dowiedzieć, że nasze narzuty na płace są wysokie. – Ale właśnie to sprawdzałem i były dość niskie – bronię się. – Proszę pana, trzeba patrzeć na kluczowe wskaźniki. To na pewno należy do barier zatrudnienia – konkluduje profesor.

I przytacza przykład: – Dlaczego w Polsce nie ma tak bardzo potrzebnych mieszkań na wynajem budowanych przez kapitał prywatny? Czy dlatego że kapitał prywatny nie lubi budowy mieszkań na wynajem? Oczywiście, że nie. Mamy od lat absurdalną ustawę o ochronie lokatora uzasadnianą całą tą głupią frazeologią socjalną. A ponieważ w myśl tej ustawy nie można usunąć nawet wandala, to żaden rozsądny inwestor nie ulokuje swoich pieniędzy w mieszkaniu na wynajem. To przyczynia się do tego, że sprzątaczki z SGH, bardzo dzielne kobiety, z którymi często rozmawiam, dojeżdżają do pracy dwie godziny dziennie. Gdyby nie było tego absurdu, mielibyśmy więcej mieszkań na wynajem i może ci ludzie nie musieliby tak daleko jechać do pracy. To jest jeden przepis, który całkowicie eliminuje rynek – mówi.

Nie jestem jednak przekonany co do tego przykładu. I pytam profesora, czy nie jest to przypadkiem związane raczej z tym, że Polacy uważają mieszkanie własnościowe za jedną z najlepszych inwestycji. Tak wynika z opublikowanych właśnie badań Dominiki Maison z Uniwersytetu Warszawskiego, autorki książki „Polak w świecie finansów”. Próbuję też argumentować, że kult własności może być związany z odreagowywaniem okresu realnego socjalizmu, gdy własne cztery ściany były obiektem marzeń, westchnień i synonimem życiowego spełnienia. Profesora to nie przekonuje. Więcej. Wywołuje zdecydowany sprzeciw. – To są takie mgliste teorie, które odwołują się do jakichś mentalnościowych wpływów. Ludzie reagują na bodźce. Jeżeli nie ma podaży, to siłą rzeczy część dojeżdża do pracy, a reszta kupuje. A nie jakieś specyficzne dla Polaków upodobania – ucina.

Widać, że ta rozmowa donikąd nie prowadzi. Nie przytaczam więc już najnowszych badań ekonomicznego noblisty George’a Akerlofa albo dorobku ekonomii behawioralnej na czele z Danielem Kahnemanem (też Nobel z ekonomii), którzy pokazują, że właśnie takie czynniki jak kultura, upodobania, a nawet pora dnia i poziom zmęczenia mogą wpływać – i wpływają – na zachowania ekonomicznego aktora w przestrzeni publicznej, ograniczając jego racjonalność. Bo w Balcerowiczu nie widać ciekawości nowego spojrzenia i nowych argumentów.

Trochę światła rzuca na tę tajemnicę Andrzej Rzońca. – Ludziom się wydaje, że jak są dwa przeciwstawne stanowiska, to prawda leży gdzieś pośrodku. To nieprawda. Prawda leży tam, gdzie leży – mówi.

Takie nastawienie czasem faktycznie pomaga. Tak jak pomogło Balcerowiczowi, gdy był ministrem finansów w latach 1989–1991. Bo wtedy pewnie faktycznie miał rację. Ale co jeśli dziś ze swoimi liberalnymi receptami tej racji już nie ma? Albo ma jej tylko trochę? Czy wtedy nawet taki gigant jak Balcerowicz nadal może odgrywać konstruktywną rolę w debacie ekonomicznej? Na przykład tej dotyczącej analizy przyczyny obecnego kryzysu, w którym od pięciu lat tkwi cały zachodni świat (i który wpływa również na Polskę). – Z pewnymi wyzwaniami trzeba się zmierzyć. Krytyka dominującego w latach 50. i 60. keynesizmu, która zaczęła się od Miltona Friedmana jeszcze w latach 70., była zasadna. Ale z dzisiejszej perspektywy widzimy, że była też hurtowa i absolutystyczna. Poza tym dostrzegamy, że recepta neoliberalna objawiająca się w deregulacji rynków ujawniła swoje słabości. Nie sądzę, że istnieje powrót do lat 60., ale nie można też mówić, że nic się nie zmieniło. Stoimy przed poszukiwaniem nowego paradygmatu. Czy ktoś się spodziewał, że pełna deregulacja rynków finansowych tak bardzo zwiększa skłonność do destabilizacji? Chyba nie. A my widzimy, że tak jest – uważa Ryszard Bugaj.

Podobną linię argumentacji przedstawia dziś wielu zachodnich ekonomistów. Nie tylko tych tradycyjnie (jak nobliści Paul Krugman czy Joseph Stiglitz) kojarzonych z lewicą. Podobnie myślą na przykład Greg Mankiw (główny doradca republikańskiego kandydata na prezydenta Mitta Romneya) czy noblista Edmund Phelps, dla których wolny rynek pozostaje absolutną świętością. Albo przekładający te tematy na język zrozumiały dla szerszej publiczności Tomasz Sedlaczek („Ekonomia dobra i zła”) i Raghuram Rajan („Linie uskoku”), których książki ukazały się nawet po polsku. Oczywiście ich argumentacja różni się w szczegółach. Ale generalne nastawienie ekonomistów do kryzysu 2008 r. można zawrzeć w słowach obecnego prezesa NBP Marka Belki: „Był on klęską wiary w to, że świat jest prosty i można go opisać na podstawie prostych reguł”.



Więcej rynku

Balcerowicz rozumuje odwrotnie. Jego zdaniem wyjaśnienie przyczyn tego kryzysu jest dosyć proste: – Był on efektem prowadzonej od 50 lat polityki interwencjonistycznej. Polegała ona na tym, że gdy największe banki wpadały w tarapaty, to państwo je ratowało. To ukształtowało określone oczekiwania na rynkach. W ich oczach duże banki były mniej ryzykowne, czyli duzi dostawali tańsze finansowanie z rynku i stawali się jeszcze więksi. Tak państwo napompowało bańkę mieszkaniową i zgotowało problem banków zbyt wielkich, by upaść – mówi profesor. Podobnie jest z kryzysem zadłużeniowym.

To efekt prowadzonej przez dziesięciolecia nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej. Jego skutki najlepiej widoczne są w takich krajach jak Włochy, Hiszpania i Grecja, właśnie dlatego że te państwa przez lata prowadziły politykę tłamszenia wolnego rynku. – Wszędzie tam są bardzo duże trudności ze zwolnieniem pracownika, słabe działanie sądów pracy, które biorą stronę pracownika, duże narzuty na płace oraz ekspansywne mechanizmy negocjacji płac – uważa Balcerowicz.

Jego diagnoza wybuchu kryzysu to nieporozumienie. To tak jakby lekarz Balcerowicz zapisał choremu puszczanie krwi. Pacjent zmarł, a Balcerowicz: pewnie za mało mu krwi upuściliśmy – mówi Kazimierz Łaski

Jego rozumowaniu trudno odmówić spójności. Trzeba jednak zmierzyć się również z argumentami tych, którzy pokazują drugą stronę medalu. Kazimierz Łaski, uczeń Michała Kaleckiego, jeden z nestorów polskiej myśli ekonomicznej i były szef Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych, uważa, że ustawianie szastających pieniędzmi rządów w roli głównych winowajców obecnego kryzysu zadłużeniowego jest pójściem na skróty. Bo przecież jest to również skutek niedoboru popytu w gospodarce, wynikający z kolei z rosnących różnic dochodowych obserwowanych w ostatnich 20 latach w większości zachodnich społeczeństw. Mówiąc krótko, bogacili się i tak już bogaci, którzy mieli zaspokojone potrzeby konsumpcyjne. Jednocześnie topniała klasa średnia, której wydatki tak naprawdę napędzają gospodarkę. Na dodatek sektor bankowy wciskał im kredyty. I przepis na nieszczęście gotowy. Jego zdaniem głoszenie, że drogą wyjścia z tej sytuacji jest więcej rynku, to nieporozumienie. – To tak jakby lekarz Balcerowicz zapisał choremu puszczanie krwi. Pacjent jednak zmarł, a Balcerowicz na to: och, to znaczy, że pewnie za mało mu krwi upuściliśmy – mówi Łaski w rozmowie z DGP.

Z wolnorynkową receptą Balcerowicza jest jeszcze jeden problem. – Roztaczanie wizji idealnego wolnego rynku, który gdyby istniał, toby nie dopuścił do żadnego z tych kryzysów, jest fantazjowaniem. Bo coś takiego jak czysty wolny rynek w praktyce nie istnieje. I nie jest to ani dobre, ani złe. Tak po prostu jest. Nawet w takich krajach jak USA czy Wielka Brytania, które uważa się za bardzo wolnorynkowe, to fikcja. W rzeczywistości zawsze jest jakaś grupa znajdująca się aktualnie u władzy, która decyduje, co jest wolnym rynkiem, a co nim nie jest – mówił nam Ha-Joon Chang, ekonomista z Uniwersytetu w Cambrigde.

Leszek Balcerowicz uważa, że takie stawianie sprawy to niebezpieczne zamazywanie pojęć. – To jakby powiedzieć: każdy jest chory, i nie zauważać różnicy pomiędzy katarem a gruźlicą – oburza się.

Wzorzec bez skazy

A jakie są rady profesora dla polskiej gospodarki? Oczywiście „więcej rynku”. Z kolei na pytanie, czy nie czas po dwóch dekadach liberalizacji wreszcie na poważnie zacząć rozmawiać nad Wisłą o rozsądnym państwie dobrobytu, Balcerowicz kręci głową. Zwalczanie „roszczeniowości” i wydatków socjalnych to zdecydowanie jego konik.

– Nie mam intelektualnego szacunku dla ludzi, którzy się zachowują jak psy Pawłowa – zaczyna ostro. – Pies Pawłowa ślinił się na dźwięk dzwonka. A tutaj wystarczy powiedzieć „społeczne” czy „socjalne” i od razu zyskuje się poklask. Tyle że cała ta frazeologia socjalna to intelektualna tandeta. Tu nie ma się co licytować na czułe słówka, tylko powiedzieć, czy chce się zmniejszać bezrobocie, czy nie. I albo się usuwa wadliwe bodźce na rynku pracy, albo nie. Od lat to obserwuję i wiem, ile nieszczęść ludzkich przynoszą zdeformowane interwencje socjalne forsowane przez socjalnych uzurpatorów – mówi Balcerowicz. Argumentacja o rozsądnym państwie dobrobytu, które nie jest następstwem bogactwa takich krajów jak Szwecja czy Niemcy, lecz tego bogactwa przyczyną (bo poszerza zdolną do konsumpcji klasę średnią i podnosi poziom zaufania społecznego), zupełnie do Balcerowicza nie trafia.

A szkoda, bo to argumenty, które są już dziś akceptowane przez wielu niegdysiejszych liberałów, którzy jak choćby harwardzki ekonomista Jeffrey Sachs. Ten sam, który w czasie polskiego przełomu tak bardzo zachwycił ówczesnych decydentów (zarówno tych z PZPR, jak i z „Solidarności”) i stał się duchowym ojcem planu Balcerowicza. Sachs w najnowszych książkach, takich jak „The End of Poverty” („Koniec z nędzą”) czy „Common Wealth” („Wspólne dobro”), przeszedł wręcz na stronę ostrych interwencji w gospodarkę w celu wyprowadzania biednych z ubóstwa (zwłaszcza w Trzecim Świecie), bez których wolny rynek nie jest w stanie wyplątać się ze sprzeczności, w które sam się zapędził.

On jest jak wzorzec z Sevres. Jak chcesz zobaczyć, jakie masz poglądy, to popatrz, jak daleko jesteś od Balcerowicza. Czy idziesz w kierunku etatyzmu, czy wolnego rynku – mówi nam Alfred Bieć, który już w latach 70. pracował z Balcerowiczem

Balcerowicza nie przekonuje również to, że po dwóch dekadach dominacji neoliberalnych sloganów (podatki w dół, koszty pracy w dół) warto by może polską debatę ekonomiczną poszerzyć o argumenty bardziej progresywne. Także po to, by przedstawić pełną paletę ekonomicznych pomysłów i rozwiązań. I dopiero z niej wybrać najbardziej pasujące do polskiej specyfiki środki. Do takiego podejścia przekonuje choćby Dani Rodrik z Uniwersytetu Harvarda w swojej wydanej dwa lata temu w Polsce książce „Jedna ekonomia, wiele recept”. W świecie Balcerowicza na taki pragmatyzm miejsca nie ma.

Sporo krytyki budzą również ostatnie duże interwencje Balcerowicza w polską debatę ekonomiczną. Na przykład spór o OFE. – Balcerowicz ganił rząd za to, że rozmontowuje jego reformę emerytalną i kładzie łapę na pieniądzach milionów Polaków. Ale przecież od początku było widać, że popełnił błąd przy samej konstrukcji systemu. Nie docenił, że na wolnym rynku są autonomiczni aktorzy ekonomiczni, tacy jak zagraniczne towarzystwa ubezpieczeniowe, którzy mają własne interesy. I dlatego ta reforma musiała doprowadzić do wzrostu polskiego zadłużenia. Bo oni natychmiast postawili na niesłychanie agresywną reklamę. W tej reklamie pojawiali się czerstwi staruszkowie, którzy z młodymi panienkami wypoczywali nad ciepłymi morzami. I było jasne, że im więcej ludzi w to uwierzy, tym więcej wejdzie w ten system. A im więcej wchodziło, tym więcej trzeba było z budżetu państwa do ubezpieczeń dołożyć. I powstała ogromna kwota zadłużenia. A Balcerowicz nie zrobił nic – mówi Ryszard Bugaj.

A kwestia polskiego długu publicznego? – Powiesił licznik zadłużenia? Może niech powiesi obok licznik pokazujący liczbę bezrobotnych – oburza się Kazimierz Łaski. A Bugaj dodaje: „Wyobraźmy sobie kraj, którego zadłużenie dochodzi do 55 proc. (kotwica wpisana do konstytucji po zabiegach Balcerowicza – red.). I wydarza się coś strasznego na rynkach. A rząd ma związane ręce, bo, żeby podać antyrecesyjny lek, musiałby zwiększyć zadłużenie. A do tego trzeba zmienić konstytucję”. Ale najgorsze jest to, że postawienie na ostre fiskalne oszczędności wcale nie musi podbudowywać naszej pozycji na rynkach finansowych. Bo one owszem ukarzą nas za nadmierny dług. Ale ukarzą nas również za recesję wywołaną podcięciem popytu. Tak jak teraz Grecję.

Z tymi argumentami libertarianin Balcerowicz mierzyć się jednak nie zamierza. I działa w ten sposób trochę na swoją własną szkodę. – On jest jak wzorzec z Sevres. Jak chcesz zobaczyć, jakie masz poglądy, to popatrz, jak daleko jesteś od Balcerowicza. Czy idziesz w kierunku etatyzmu, czy wolnego rynku – mówi nam Alfred Bieć, który już w latach 70. pracował z Balcerowiczem biurko w biurko w SGPiS (dziś SGH), a potem należał do jego drużyny robiącej reformy z lat 1989–1991. Bycie kotwicą polskiej debaty ekonomicznej to oczywiście bardzo ważna rola dla tej i tak pomnikowej postaci w historii polskiej polityki i ekonomii. Ale mocno ogranicza to możliwość odegrania przez niego stymulującej roli w debacie o najważniejszych wyzwaniach stojących przed polską gospodarką 23 lata po historycznej wolnorynkowej transformacji.