Istnieje już sprawdzona alternatywa dla komunistów – droga reform gospodarczych na chińską modłę. Ale dla Korei Północnej to byłoby zbyt niebezpieczne. Wojna to jedyna droga.

Zachowanie władz Korei Północnej może się wydawać krótkowzroczne i nieracjonalne obserwatorowi z zewnątrz, ale tak naprawdę nie mają one innego wyjścia niż trzymanie się przyjętego kursu, pisze felietonista agencji Bloomberg Andrei Lankov.

Wydawać by się mogło, że istnieje już sprawdzona alternatywa dla komunistów z Korei Północnej – droga reform gospodarczych na chińską modłę. Takie stopniowe przejście do kapitalizmu może być dobre dla Chin, ale dla obecnej elity reżimu Kim Dzong Una byłoby zbyt niebezpieczne, więc w najbliższej przyszłości nie należy się spodziewać zmian.

Historia Azji Wschodniej po II wojnie światowej to przede wszystkim historia spektakularnego wzrostu gospodarczego. Między rokiem 1960 a 2000 średni wzrost PKB per capita w tym regionie wyniósł 4,6 proc., w porównaniu ze wzrostem o 2,8 proc. w tym samym czasie dla całego świata. W 1960 r. pod względem PKB per capita Korea Południowa plasowała się za Somalią, a Tajwan za Senegalem.

>>> Czytaj także: Korea Południowa: Północ przygotowuje się do kolejnej próby nuklearnej

Machiavellizm doskonały

W połowie lat 80-tych pierwsze pokolenie tzw. “komunistycznych dyktatur prorozwojowych” doszło do władzy w Chinach i Wietnamie. W obu tych krajach partyjna elita zachowała stare slogany i pseudo-leninistyczne formy, żeby utrzymać stabilną sytuację polityczną, ale dla celów praktycznych przyjęły strategię wzrostu wzorowaną na Tajwanie i Korei Południowej. Ich wersja kapitalizmu była jeszcze bardziej brutalna – reżimy w Pekinie i Hanoi traktowały robotników bardziej surowo i były bardziej obojętne na ziejącą przepaść między bogatymi a biednymi. I tutaj również rezultaty były zaskakująco dobre. Wietnam, który w połowie lat 80-tych zmagał się z głodem w ciągu dekady został trzecim pod względem wielkości eksporterem ryżu na świecie.

Jednak ta historia nie zainspirowała władz Korei Północnej. Ich upór, by nie iść w ślady Chin nie jest niestety ani nieracjonalny, ani uwarunkowany ideologicznie – na nieszczęście dla obywateli. Wręcz przeciwnie – przywódcy tego kraju są skrajnie racjonalnymi, być może są nawet najbardziej machiavellicznymi przywódcami na świecie. Nie chcą reform, ponieważ zdają sobie sprawę, że w ich konkretnej sytuacji reformy to prosta droga do politycznego (i prawdopodobnie fizycznego) samobójstwa.

>>> Polecamy: Korea Północna: co zamierza Kim Dzong Un?

Istnienie bogatej i wolnej Korei Południowej sprawia, że uwarunkowania dynastii Kimów są zgoła inne niż niegdysiejszych przywódców Chin czy Wietnamu. Korea Północna graniczy z krajem, którego obywatele mówią tym samym językiem i są nawet uznawani za przedstawicieli tego samego narodu, ale mają 15-krotnie wyższy dochód per capita (niektórzy twierdzą, że nawet 40-krotnie wyższy). Nawet jeśli przyjmiemy najostrożniejszą wersję, jest to zdecydowanie największa różnica między krajami, które dzieli granica lądowa. Dla porównania: stosunek dochodów w Niemczech przed zjednoczeniem wynosił 3 do 1 i to wystarczyło, by Niemcy ze wschodu obalili reżim przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Można sobie tylko wyobrażać szok, jaki przeżyłby przeciętny Koreańczyk z północy, widząc zwykłą seulską ulicę, typowy sklep czy mieszkanie skromnego robotnika z Południa. Co pomyślałby taki człowiek, widząc, że jego bracia z południa, rzekomi niewolnicy amerykańskiego neokolonializmu, mają dostęp do luksusów, o których w jego kraju mogą marzyć jedynie przemytnicy narkotyków i członkowie Komitetu Centralnego?

Inwestycje zagraniczne i technologie są warunkiem udanego programu reform. Gdyby dopuszczono do takich zmian, wielu obywateli kraju pozyskałoby niebezpieczną wiedzę na temat świata i przede wszystkim – na temat Korei Południowej. Trzeba by rozluźnić zasady bezpieczeństwa. Nie da się przecież prowadzić biznesu w kraju, w którym podróż do stolicy wymaga czekania przez tydzień na niezbędne pozwolenia i w którym awans jest uzależniony nie tyle od wydajności pracy, ile od lojalności politycznej, w tym umiejętności zapamiętania długich przemów "Drogiego Wodza". Informacje zaczęłyby się przedostawać do kraju, a obywatele zaczęliby wyciągać niebezpieczne wnioski.

>>> Czytaj również: Konflikt Koreański: Północ zamyka strefę ekonomiczną w Kaesong

Żadnej przyszłości

Trudno przypuszczać, że ludność Korei Północnej zniosłaby kolejną dekadę ubóstwa i katorżniczej pracy po tym, jak dowiedziałaby się o innej Korei – dostatniej, wolnej i atrakcyjnej. Czy znosiłaby autorytarny i represyjny reżim, zakładając, że któregoś pięknego dnia zapewni jej dobrobyt podobny do tego za południową granicą? Bardziej prawdopodobnej jest to, że obywatele zrzuciliby jarzmo i zjednoczyli półwysep, by cieszyć się południowokoreańskim dobrobytem.

Tajemnicą poliszynela jest to, ze wielu chińskich urzędników skorzystało na reformach, by się wzbogacić – dzisiejsi przedsiębiorcy to w większości dawni urzędnicy, ich krewni oraz znajomi. Jednak elity północnokoreańskie nie mają szans zostać odnoszącymi sukcesy kapitalistami po upadku obecnego ustroju. Najprawdopodobniej najwyższe stanowiska w nowym systemie zajęliby Południowi Koreańczycy – przedsiębiorcy i menedżerowie z kapitałem, wykształceniem, doświadczeniem i, zapewne, poparciem politycznym.

Tyle rozumie przynajmniej część nomenklatury, ale większość ma inną, większą obawę. Wiedzą, jak bezwzględne były ich rządy. Wiedzą, jak sami potraktowaliby elitę południowokoreańską, gdyby wygrali konflikt. Nie boją się tylko utraty stanowisk i przywilejów – boją się śmierci i więzienia.

Kilka lat temu wysoko postawiony biurokrata z Korei Północnej powiedział zachodniemu dyplomacie: “Prawa człowieka i tym podobne rzeczy są świetnym pomysłem, ale jeśli zaczniemy o nich opowiadać naszym obywatelom, to zaraz zostaniemy zabici.” Wola utrzymania status quo wynika zapewne z przekonania elity, że nie ma żadnej przyszłości, jeśli reżim upadnie. To odróżnia Koreę Północną od innych dyktatur. Egipski urzędnik w administracji Hosniego Mubaraka mógł zakładać, że bez względu na to, czy rządy będą demokratyczne czy nie, islamistyczne czy świeckie, będzie nadal siedział za swoim biurkiem i wydawał, powiedzmy, pozwolenia na budowę. Podobnie wojskowi wiedzieli, że bez względu na to, kto przejmie rządy w Kairze, zachowają stanowiska. Dlatego nie postrzegali rewolucji jako zagrożenia i mogli ją poprzeć.

Powrót do 1984 roku

W Korei Północnej elita, czyli każdy kto jest kimś, wierzy, że nie ma nic do zyskania, a wszystko do stracenia na zjednoczeniu z południem. Te obawy mogą być wyolbrzymione, ale z pewnością są uzasadnione. Jaka jest według nich najlepsza strategia? Utrzymanie ludności pod ścisłą kontrolą, z wyraźnymi podziałami społecznymi i przede wszystkim w izolacji od świata zewnętrznego. Poza tym trzeba wycisnąć jak najwięcej pomocy od innych krajów, przez dyplomację i szantaż. Pomoc z zagranicy pozwala jakoś utrzymać gospodarkę na powierzchni, oddalić wizję klęski głodu, zapewnić elicie stosunkowo luksusowe życie i kupić poparcie strategicznych grup, takich jak wojsko czy policja. Nawet jeśli rządzący nie wierzą w ultra-stalinistyczny model rodem z książki Orwella, z ciągłą retoryką wojenną, i tak nie mają wyjścia: alternatywa jest dla nich zbyt niebezpieczna, by ją w ogóle rozważać.

>>> Polecamy: Korea Północna gotowa do wystrzelenia rakiet?